Z Monkey Mia, po zakupie nowej opony w Geraldton, odwiedzinach w Yanchep, docieramy do Fremantle, bagatela 900 km dalej. Jesteśmy tam dość późno, istnieje więc spore ryzyko, że tak jak ostatniej nocy, tak i tę będziemy musieli spędzić w samochodzie. Na szczęście pierwsze miejsce które odwiedzamy jest jeszcze otwarte, instalujemy więc namiot, w sklepie kupujemy wino i kiełbaski na grilla, które pałaszujemy w ramach kolacji. Rano odwiedzamy lokalne muzeum, które przedstawia dzieje kolonizacji Australii Zachodniej. Są tam odrestaurowane kadłuby statków, silniki, slajdowisko z historią tego miejsca (oczywiście od czasów kolonizacji, historii Aborygenów nikt nie opowiada). Całkiem fajne miejsce, do tego za darmo.

Poszliśmy jeszcze pokręcić się po okolicznym porcie, który również uchodzi za atrakcję. Szału nie ma, a my nie mamy zbyt dużo czasu, wsiadamy więc do samochodu i jedziemy kolejne 200 kilometrów do Margaret River.

Do odwiedzenia Margaret River namówił nas chłopak z wypożyczalni samochodów, który mówił, że był tam niedawno odwiedzić jaskinię i był zachwycony. Jeśli będziemy mieli czas – musimy koniecznie tam pojechać. Najlepiej w drodze powrotnej z Albany (kolejne 300 kilometrów na na południe, z Perth 500 km), gdzie możemy pójść na ryby (i wieloryby, choć to o innej porze roku). Do Albany niestety nie zdążymy, brakuje nam dodatkowego dnia do naszego  wylotu. Ograniczamy się więc do Margaret River i okolic.

Znajdujemy pole, rozstawiamy namiot. W bezpośredniej okolicy jest niewiele atrakcji, idziemy więc na plażę. I choć nie jest to najpiękniejsza plaża w Australii Zachodniej, to spędzamy na niej sporo czasu. Wokół dużo psów i bawiących się dzieci. Mieliśmy przed sobą zabawne przedstawienie, jak jeden pies wbiega do morza wyławiając kijek, a później zakopuje go nie patrząc, że tuż za nim bawi się mała dziewczynka. Efekt na zdjęciu poniżej 🙂 Wieczorem wracamy na tę samą plażę, tym razem z winem. Obserwujemy ostatni zachód słońca w naszej rocznej podróży.


Margaret River słynie z produkcji wina, podobno robią tam najlepsze w Australii Zachodniej. Idziemy więc na degustację. Sprzedawca do określenia kolejnych smaków używa dosyć wyszukanych słów, jedno z win określa jako „brave”. Było smaczne, więc wzięliśmy 3. Łącznie wyszliśmy z 4 butelkami, częściowo dla siebie, częściowo z przeznaczeniem na prezenty. Nie doczytaliśmy jednak, że możemy mieć kłopot z przewiezieniem ich przez kolejne granice. Nadwyżkę trzeba oclić, a to wiąże się z $$$ i czasem na granicach. A na tym nam akurat zależy, bo nie mamy dużych buforów pomiędzy kolejnymi lotami. Bez cła każde z nas może mieć maksymalnie jeden litr alkoholu. Ostatniego wieczoru wypijamy więc całą nadwyżkę z Szymonem, którego poznajemy w hostelu w Perth. Ale to później. Najpierw jedziemy na jaskinie.

Jedziemy do Jewel Cave w miejscowości Augusta, nieopodal MR. Ogólnie w podróży byliśmy w wielu jaskiniach, odwiedzaliśmy te w Kolumbii, Tajlandii, Wietnamie. Ta w Australii jest relatywnie najmniej ciekawa, choć bardzo dobrze zachowana. Do tego stopnia, że są tam „słomki” (straws) czyli takie super cienkie stalaktyty, które powstały na skutek krystalizacji kolejnych kropel wody z wapieniem. Podobno przy pierwszym dotknięciu cała struktura się rozpada, można je więc oglądać wyłącznie z odległości kilku metrów, żeby nikomu nie przyszło do głowy ich zniszczyć.

Stamtąd jedziemy jeszcze kilka kilometrów na południe, żeby zobaczyć latarnię morską. Ta oczywiście jest dodatkowo płatna, nie fatygujemy się więc na górę, a jedynie kręcimy się po okolicy. Dalej już tylko na północ, w stronę Perth, skąd mamy lot do Polski. Oczywiście z przesiadkami, kolejne w Singapurze, Bangkoku, Kijowie, aż do Warszawy. Razem 32 godziny, choć może i trochę więcej, trudno się doliczyć przez zmiany stref czasowych.

W drodze na północ przejeżdżamy przez okolice gdzie swobodnie żyją kangury. Zatrzymujemy się więc i idziemy je fotografować. Te są jednak zupełnie dzikie, boją się człowieka i nie da się do nich podejść nawet na kilkadziesiąt metrów. Pozostają zdjęcia z daleka.

Zahaczyliśmy jeszcze o Busselton Jetty, czyli najdłuższe molo na południowej półkuli. Liczące ponad 1800 metrów molo służyło kiedyś do wywozu drewna (z molo było przeładowywane na statki), obecnie jest atrakcją turystyczną. Co bardziej leniwi mogą podjechać na sam koniec kolejką. Sporo osób z pomostu łowi ryby, można złapać też ośmiornice (co z resztą widać na zdjęciu). Podobno czasem widać wieloryby, choć nie o tej porze roku.

Wieczorem docieramy do Perth, zatrzymujemy się w hostelu, gdzie zostajemy zakwaterowani w wieloosobowym pokoju z Szymonem. Szymon skończył studia w Anglii, pracował w firmie logistycznej, z której się zwolnił, żeby podróżować. Był w podróży około pół roku, głównie w Azji Południowo Wschodniej i Australii. Również wkrótce wraca. Skoro mamy 2 nadmiarowe wina, wypijamy je wspólnie. Okazuje się, że Szymon wychował się we Wrzeszczu w Gdańsku. Parę tygodni później spotykamy się w „Stacji Deluxe”. Świat jest mały.

Ostatnią kolację zjadamy w restauracji prowadzonej przez Hare Krishna, gdzie za posiłek płaci się co łaska. Spory ruch, jedzenie bardzo smaczne, dorzucamy do skrzynki 10 dolarów i wychodzimy pokręcić się po mieście porobić kilka zdjęć Perth nocą. Miasto jest bardzo nowoczesne i super bogate, głównie dzięki surowcom. W Perth siedzibę ma Rio Tinto i BHP Biliton, 2 największe i najwyżej wyceniane firmy górnicze świata. BHP ma kapitalizację 75 miliarów dolarów, Rio Tinto niewiele mniej. Dla porównania nasze rodzime KGHM to obecnie jakieś 6 miliardów dolarów.

Ostatni wieczór w Australii spędzamy pijąc z Szymonem nasze australijskie wina, których nie przewieziemy przez granicę. Są świetne.

Następnego ranka oddajemy samochód do wypożyczalni, lekko otarty, bo Jarek mało umiejętnie wyjechał z hostelowego parkingu i zarył boczną częścią błotnika o krawędź budynku :/ Na szczęście uszczerbek jest niewielki, w wypożyczalni nie robią nam problemów z tego powodu. Tak samo z resztą jak z oponą. Australijski luz 🙂

Kolejne loty to już rutyna. Jedyny gorący moment to ten, gdy za późno wstaliśmy na samolot z Singapuru do Bangkoku (a nocowaliśmy na lotnisku) i musieliśmy wyprosić, żeby nas przepuszczono szybciej w kolejce do odprawy. Lotnisko w Kijowie jest dla nas pozytywnym zaskoczeniem, jest nowoczesne. Lądujemy w Warszawie po 20:00 lokalnego czasu, 13 grudnia. Odbiera nas Ela, siostra Justyny. Jesteśmy strasznie zmęczeni. Poza Elą, nie mówimy nikomu że jesteśmy już w kraju, chcemy spokojnie odpocząć.

Kolejne 2 dni spędzamy w Warszawie, gdzie lekkim szokiem (choć trudno mówić o zaskoczeniu, w końcu to połowa grudnia) jest dla nas zima i to, że do przygotowania śniadania trzeba zapalić światło w kuchni. 14 grudnia odnotowano w mieście rekordowy smog. Transport miejski jest za darmo.

Powoli oswajamy nową-starą rzeczywistość. Jarek odwiedza swojego pracodawcę, Justyna zaczyna dogrywać swoją nową pracę. Planujemy codzienność w kraju, rozpakowujemy pudła z naszymi rzeczami i ponownie wprowadzamy się do mieszkania w Warszawie (w czasie podróży Jarek je wynajmował). 2 dni później jedziemy do swoich rodzinnych domów.

W ten sposób, w ciągu 11 miesięcy i kilku dni, od stycznia do grudnia, okrążyliśmy kulę ziemską. Uznajemy 2016 za najlepszy rok naszego życia. Odwiedziliśmy 20 krajów, byliśmy w nieprawdopodobnie pięknych miejscach, poznaliśmy masę ciekawych osób i nazbieraliśmy kawał wspomnień, z których sporą część opisaliśmy na blogu.

Docelowo napiszemy jeszcze jedną-dwie notki z podsumowaniem, najlepszymi zdjęciami i naszymi luźnymi przemyśleniami. Postaramy się też uzupełnić bloga o packlistę, oszacowanie budżetu i garść porad dla osób, które chciałyby wyjechać w podróż dookoła świata i zastanawiają się w jaki sposób podejść np. do kwestii ubezpieczenia, wymiany pieniędzy, rozmów telefonicznych, noclegów etc. Bo o tym, że warto pojechać w podróż raczej nie będziemy pisać. Przecież to oczywiste 🙂

Dziękujemy wszystkim czytelnikom tego pamiętnika. I tym komentującym, i tym lajkującym, i tym tylko czytającym. Piona!

Reklamy