Z Melbourne do Perth, choć to lot wewnątrzkrajowy, lecimy jakieś 5 godzin. Obie miejscowości dzieli prawie 4000 kilometrów, są po przeciwnych stronach kontynentu. Przykładając europejską skalę – to podróż z Barcelony do Moskwy. Spodziewamy się więc, że przyroda w Australii Zachodniej będzie się różnić od tej, którą widzieliśmy w Victorii. Zwłaszcza, że Australia Zachodnia to ogromne, pustynne i półpustynne przestrzenie, które lubimy.

Lądowanie jest twarde, na chwilę przed uderzeniem kołami w ziemię samolot ciągle mocno się chybota, jest więc trochę straszno. Myślimy, że może mocno wieje, okazuje się jednak, że to typowe lądowanie pilotów w Tigerair. Więc jeśli ktoś odczuwa lekki strach przed lataniem, to latając tanimi liniami w Australii raczej się go nie wyzbędzie 🙂

Idziemy do wypożyczalni samochodów, parę godzin wcześniej zarezerwowaliśmy samochód przez pośrednika. Na szczęście nie mają dla nas klasy, którą sobie zamówiliśmy (ekonomiczna), więc kolejny raz dostajemy upgrade. Tym razem jedynie o 2 klasy, jedziemy Toyotą Corollą. Samochód o wiele mniejszy niż Outlander, ale w zasadzie to wielkość bagażnika to jego jedyny minus. Prowadzi się super, do tego mało pali (5l/100 km w trasie jadąc 100 km/h, na tempomacie), co biorąc pod uwagę tutejsze odległości jest sporym atutem.

Zwiedzanie Perth zostawiamy sobie na sam koniec. Po odebraniu samochodu od razu ruszamy na północ, w stronę Monkey Mia. Po przejechaniu 150 kilometrów dojeżdżamy do Parku Narodowego Yanchep. I tam w końcu widzimy naszego pierwszego kangura! A w zasadzie dziesiątki kangurów. Zwierzaki już są oswojone z ludźmi, można do nich podejść na 5-10 metrów. Jesteśmy na miejscu tuż przed zachodem słońca, światło nie jest więc idealne do robienia zdjęć zwierzakom. Choć sama sceneria nad jeziorem jest piękna.

W parku planujemy przenocować, jedziemy więc na pole namiotowe rozstawić namiot. W międzyczasie odbywamy krótką pogawędkę ze strażnikiem, który na nasze naiwne pytanie, czy w parku są jadowite węże odpowiada twierdząco. Trzeba patrzeć pod nogi, zanim włoży się nogę do buta należy się upewnić, że nie zainstalował się w nim jakiś pająk lub skorpion. Ale ogólnie nie ma co panikować, nie powinno nam się nic stać. A skoro tak, to w środku nocy decydujemy się pójść oglądać koale. One rzadko są aktywne w ciągu dnia, najczęściej wtedy śpią i dlatego warto pójść na spacer po parku w nocy. Jest wyznaczona jedna strefa, w której jest ich stosunkowo dużo, tam też kierujemy się z naszymi latarkami. Koali widzimy kilka, wyglądają jednak na bardzo onieśmielone naszą obecnością, nie chcą pozować do zdjęć. Choć nawet aktywne są bardzo powolne, ruchy wykonują w zwolnionym tempie. Zupełnie jakby dopiero się obudziły i prosiły o chwilę drzemki 🙂

Następnego dnia jedziemy już bezpośrednio do Monkey Mia. Mamy do pokonania jakieś 700 kilometrów. I poza naprawdę niewielkimi odcinkami, jest to 700 kilometrów drogi poprowadzonej po pustyni, czasem zahaczającej o wybrzeże. Niby nuda, bo jedzie się jednostajnie, z włączonym tempomatem i jedyne na co trzeba uważać, to żeby nie usnąć. Jednak co jakiś czas pojawiają się znaki ostrzegające przed dzikimi zwierzętami przy drodze, a spotkanie z emu, kangurem albo jakimiś dużymi gryzoniami przy prędkości 100 km/h mogą skończyć się źle nie tylko dla zwierzaków. Podczas trasy widzimy kilka martwych kangurów przy drodze, więc znaki nie są tak zupełnie bez pokrycia. Nam całe szczęście nic nie wyskoczyło przed maskę. W tę stronę. Bo, uprzedzając trochę fakty, w drodze powrotnej z Monkey Mia parędziesiąt metrów przed nami przez drogę przebiegła nam cała rodzina emu. Trzeba uważać.

Dojeżdżamy na miejsce pod wieczór, w Denham znajdujemy pole namiotowe i idziemy kupić alkohol. Cały boży dzień za kółkiem, % więc się należą 🙂 Wybór między piwem a winem był najpoważniejszym wyborem tego dnia. Padło na piwo, bo winem regularnie raczymy się już od ponad miesiąca. Raz na jakiś czas przyda się odmiana.

Rano jedziemy na największą atrakcję i gwóźdź programu Australii Zachodniej – delfiny. Człowiek przyzwyczaił te zwierzaki, że codziennie o poranku 5 wybranych delfinów dostaje po 1 małej rybce. Mało, żeby dalej miały motywację do polowań. W przeszłości nie było limitów na karmienie i po czasie okazywało się, że delfiny nie umiały już wyżywić się same. Akurat tego dnia nie pojawia się ich szczególnie dużo, ledwie 4. Podobno czasem przypływa 20, a raz zdarzyło się 50! Zasada jest taka, że wszyscy ustawiają się w jednej linii w wodzie po łydkę, prowadząca odpowiada o delfinach, te podpływają do ludzi, ustawiają się bokiem i obserwują kto przyszedł. Ot, delfiny podpływają na odległość wyciągniętej ręki i się na Ciebie patrzą jednym okiem:) Na koniec jest jest karmienie. Przy drugiej turze karmienia Justyna zostaje wybrana z tłumu, dostaje rybkę, daje się oblukać delfinowi i go karmi 🙂

W pobliżu lata jeszcze kilka pelikanów, które też mają ochotę na rybę, ale muszą obejść się smakiem.

W drodze powrotnej do Denham musimy jechać powoli, bo raz za razem mijamy dzikie emu. Pogoda jest piękna, sceneria również, więc udaje nam się zrobić kilka ciekawszych zdjęć. Jemy jeszcze drugie śniadanie przy publicznej plaży, gdzie stoją darmowe barbecue.

Przed południem docieramy do Shark Bay. To widowiskowa zatoka, w której przy odrobinie szczęścia można dostrzec rekiny. Widzimy jednego, ale jest na tyle mały i jest daleko, że na zdjęciach trudno go zobaczyć. Sama zatoka ma fantastyczne kolory, ale jednocześnie jest bardzo surowa przez otaczającą ją pustynię.

Dalej jedziemy oglądać stromatolity, które są kamieniami ze szczątków sinic. To najstarsze formy życia na ziemi, które zakonserwowały się dzięki wysokiemu zasoleniu wody. Formowały się około 3 miliardów (!) lat. Później jedziemy na plażę ciągnącą się przez kolejne 45 kilometrów i składającą się z samych muszelek.

Teraz jedziemy już na południe, w stronę Geraldton. Mamy do pokonania 400 kilometrów, na miejsce zajedziemy więc pewnie pod wieczór. Powoli zaczyna nam brakować wody, zajeżdżamy do najbliższej stacji benzynowej (kolejna za jakieś 300 kilometrów) i Jarek pyta swoim polskim akcentem „How much is a bottle of water”. Sprzedawca nie rozumie, Jarek podejmuje więc kolejną próbę dowiedzenia się „ile za wodę” i znów bezskutecznie. Gość skumał dopiero, jak sam sobie w myślach powtórzył pytanie i odpowiedział coś w stylu: You mean hał-ma-is-a-boddl-of-łora? 5 dollars! 🙂

Gdy byliśmy już 150 kilometrów za Monkey Mia i 250 km od Geraldton, gdzie chcemy przenocować, samochodem zaczyna mocno rzucać. Złapaliśmy gumę! Justyna zatrzymuje się na poboczu. Pierwszy rzut oka – poszła tylna opona. Jest kompletnie rozszarpana, wygląda jakby ktoś ją potraktował nożycami. Jakieś inne straty? Nie widać… Hm. Aaaa czy my w ogóle mamy zapasowe koło?! Wyrzucamy wszystkie rzeczy z bagażnika, uff, na szczęście jest. Pozostaje więc tylko nauczyć się jak się zmienia koło 🙂 Ze schowka wygrzebujemy instrukcję obsługi, rozdział z oponami i tam wyjaśniają w formie obrazkowej jak się za to zabrać. Początkowo Jarek pobiera naukę poza samochodem w towarzystwie zapasowego koła. Na zewnątrz jest jednak 42 stopnie, a na środku pustyni o samym cieniu można przecież tylko pomarzyć. Robota idzie całkiem sprawnie, a dalszą część trasy do Geraldton pokonujemy powoli. Na miejsce zajeżdżamy późno. Za późno żeby znaleźć sobie miejsce na polu namiotowym, wszystko zamknięte. Tej nocy śpimy więc na parkingu.

Z samego rana dzwonimy do wypożyczalni, później do ubezpieczalni gdzie wykupiliśmy polisę. Odwiedzamy też dwa serwisy opon samochodowych, niestety w żadnym nie mają dokładnie tego samego typu opony jaka nam poszła. Na szczęście wypożyczalnia idzie nam na rękę, akceptują, że kupimy oponę w tym samym rozmiarze, ale innej marki. My oczywiście bierzemy tę najtańszą, za 80 dolarów (Bridgestony kosztują 200, jesteśmy więc 120 do przodu). Zbieramy też kolejne kwity z warsztatu, żeby mieć podstawę do zwrotu od ubezpieczyciela. Na marginesie – na zwrot czekamy do tej pory. Allianz, nie polecamy.

Skoro temat samochodu mamy już załatwiony, jedziemy dalej na południe. Kierujemy się do Fremantle, a po drodze kolejny raz zatrzymujemy się w Yanchep na kangury. Stamtąd już tylko 100 kilometrów do celu.

 

Reklamy