„Ostatnie 2 tygodnie naszej podróży spędzimy w Australii”. Tak powinniśmy zacząć ten wpis, gdybyśmy zaczęli go pisać 2 miesiące temu, czyli wtedy gdy tam faktycznie byliśmy. Pod koniec naszej podróży mieliśmy jednak spore opóźnienie w prowadzeniu bloga, wpisy o Nepalu powstawały w Nowej Zelandii, wpisy o Nowej Zelandii w sporej mierze w Australii. No i na samą Australię zabrakło nam już kolejnego kraju, gdzie moglibyśmy nadrobić zaległości 🙂  Ale lepiej późno niż później, więc…

Ostatnie 2 tygodnie naszej podróży spędzimy w Australii. Plan z grubsza przedstawia się następująco:  zaczynamy w Melbourne, oglądamy co jest warte zobaczenia, dalej wynajmujemy samochód, jedziemy na południowy zachód na Great Ocean Road, powrót do Melbourne, lot na drugą stronę kraju do Perth, 1000 kilometrów samochodem na północ do Monkey Mia i jak wystarczy czasu to pojechać jeszcze na południe od samego Perth i wdrapać się na gigantyczne drzewa nieopodal Albany. W międzyczasie mamy nadzieję zobaczyć kilka kangurów, emu, koali i nie spotkać rdzennych, pełzających mieszkańców tego spalonego słońcem kontynentu.

W Australii lądujemy po północy. Na lotnisku Jarek jest oczywiście szczegółowo sprawdzany, zostaje wysłany na dodatkową kontrolę bagażu. Miesiąc wcześniej w Brisbane sprawdzali jego ubranie na obecność materiałów wybuchowych, a teraz też został wyciągnięty z kolejki, tym razem na przeglądanie czy nie wwozi czegoś nielegalnego w stylu miodu, roślinek etc. W sumie to trochę mamy szczęście, że urzędnik nie jest zbyt dociekliwy, bo zamiast swojego plecaka Jarek na kontrolę przypadkiem bierze plecak Justyny, więc zawartość plecaka „delikatnie” rozmija się z jego deklaracją wjazdową 🙂 Na szczęście pogranicznik nie znajduje ani przypraw, ani 0,5 kg leków.

Skoro już nas wpuścili to ruszamy w poszukiwaniu naszej noclegowni. Na miejsce docieramy po 1:00 w nocy. W drodze pomaga nam nieznajomy, który obdarowuje nas kartą na przejazd komunikacją miejską, bo o tej porze nie mamy już gdzie kupić biletów.

Następnego dnia przeżywamy lekki szok kulturowy. Po spokojnej Nowej Zelandii, gdzie praktycznie nie widzi się ani bezdomnych, ani narkomanów, pijaństwo też jest rzadkością, spodziewaliśmy się, że w Melbourne powinno być z grubsza podobnie. W końcu to miasto, które regularnie pojawia się w czołówce rankingów najlepszych miejsc do życia. Widać nie ma jednak ideałów, bo dużymi tematami społecznymi są tam narkomania i bezdomność właśnie. I jest to naprawdę mocno widoczne na ulicach. I w hostelu w którym się zatrzymaliśmy też. Sporo osób mieszka tam po kilka tygodni, powietrze momentami ma specyficzny zapach, niekoniecznie trawki.

Następnego dnia po przylocie idziemy na free walking tour. Po 20-30 minutach Jarka zaatakowała alergia na jakiś lokalny pyłek. No i to chyba na tyle ze zwiedzania. Mamy ze sobą leki antyhistaminowe, te jednak działają z opóźnieniem, postanawiamy więc wrócić do hostelu i dać Jarkowi odpocząć. Sama reakcja alergiczna wynika pewnie z tego, że w Australii, a zwłaszcza w miastach, przyroda jest mieszana – Europejczycy zwieźli sporo zwierząt hodowlanych. Pozwozili i rośliny, posadzili swoje drzewa itd. I tym sposobem to co Jarka uczula w Polsce, uczula go również w Australii.

Skoro powietrze w Melbourne nam nie sprzyja, planujemy Great Ocean Road. Najpierw robimy rundkę po kolejnych lokalnych wypożyczalniach samochodów, niestety ceny są sporo wyższe niż w Nowej Zelandii. Coś jednak musimy wynająć, pada na Thrifty. Bookujemy samochód z 2 godzinnym wyprzedzeniem, bierzemy oczywiście najtańszą opcję, samochód klasy Nissan Micra („or similar”), bez ubezpieczenia. Te dokupujemy przez internet w Allianz, bo wychodzi sporo taniej niż w pakiecie z samochodem z wypożyczalni. Gdy pojawiamy się koło dworca kolejowego, skąd mamy odebrać samochód, okazuje się, że na parkingu nie ma samochodu w klasie jaki zabookowaliśmy, dostajemy darmowy upgrade. Pani wręcza nam kluczyki do Mitsubishi Outlandera. Auto bardziej przypomina minibusa niż Micrę 🙂 Przez najbliższe 5 dni będziemy się więc bujać samochodem z napędem 4×4. Zapowiada się nieźle!dsc00563

Great Ocean Road

Pierwszy nocleg mamy zaplanowany w Angelsea, gdzie podobno możemy zobaczyć kangury. Jedziemy tam raczej powoli, trasa co jakiś czas wiedzie wzdłuż oceanu. W drodze robimy zakupy na najbliższe kilka dni, bo dalej na trasie nie ma już dużych miejscowości. Na miejsce dojeżdżamy pod wieczór, dzień żegnamy razem z kolorowym zachodem słońca.

Pole namiotowe dzielimy razem z całą grupą ogromnych, białych papug, które swoim skrzekiem budzą nas z samego rana. Jemy śniadanie, składamy namiot, pakujemy go do samochodu i jedziemy na kangury. Niestety za wejście na pole golfowe, gdzie można je spotkać, właściciel żąda od nas po 10 dolarów na głowę. Skoro tak, to postanawiamy sobie odpuścić, kangury powinniśmy zobaczyć w naturalnym środowisku w parku Tower Hill za jakieś 3 dni.

Jedziemy więc w stronę 12 Apostołów, po drodze zatrzymujemy się przy latarni morskiej i wodospadach w okolicy Lorne. W samym Lorne zatrzymujemy się na dłuższą chwilę, robimy sobie kanapki, które pałaszujemy nad samym oceanem. Idziemy jeszcze do kawiarni, gdzie obsługuje nas dziewczyna z Portugalii i jak dowiaduje się, że jesteśmy z Polski to postanawia się z nami podzielić swoją znajomością naszego języka, które ogranicza się do jednego słowa, mianowicie do „kurwa”. Dziewczyna jest z siebie wyraźnie dumna, mówi, że to niesamowite, że w Portugalii to słowo oznacza zakręt, a w Polsce dziwkę! Podstaw polskiego nauczyła się oczywiście na Erasmusie.

Dalej jedziemy w stronę Cape Otway, gdzie mamy nadzieję spotkać koale. W drodze „do” nie widzimy ani jednego, dopiero w drodze powrotnej widzimy kilka samochodów zaparkowanych wzdłuż drogi. Postanawiamy się również zatrzymać. Mamy szczęście, na najbliższym drzewie, na niskiej gałęzi, śpi miś koala. Nic sobie nie robi z wianuszka 10 osób stojących tuż pod nim. Ani drgnie, śpi jak zabity. Paręnaście metrów dalej widzimy kolejnego koalę, tym razem już wysoko, nie udaje nam się zrobić dobrego zdjęcia. Ale i tak się bardzo cieszymy, koala odhaczony 🙂

Dalej pojechaliśmy już bezpośrednio w stronę 12 Apostołów. Jesteśmy tam dwukrotnie, najpierw około 15:00, drugi raz na zachód słońca. Przepiękne miejsce, przepiękna trasa. Niektórzy stawiają Big Sur w Kaliforni w jednej linii z Great Ocean Road. I rzeczywiście, trasa w USA jest piękna. Ale naszym zdaniem – raczej nie ma sensu jej porównywać do tej w Australii. Nie ten rozmiar kapelusza.

Jeszcze kilka słów wyjaśnienia – apostołowie to określenie na kolumny wystające z oceanu. Kiedyś podobno było ich 12, obecnie jest (chyba) 9, w wyniku silnych pływów po prostu się zwaliły. Taka przyszłość czeka również te które ciągle się trzymają. Na ich miejsce pojawią się nowe kolumny, bo klify przy brzegu są nieustannie podmywane.

Na wczesną kolacją przyjeżdżamy do Port Campbell. Rozstawiamy namiot, jemy i  z powrotem na klify. Niby to samo miejsce, ale jakby inne.


Następnego dnia jedziemy dalej wzdłuż wybrzeża, najpierw w stronę „London Bridge”, a później w stronę wysepek, gdzie rozbijały się kolejne statki z kolonizatorami i poszukiwaczami przygód. Południowe wybrzeże Australii dostaje bardzo mocne pływy, jest silny prąd. Ale dzięki temu jest i pięknie.


Po południu jedziemy do parku Tower Hill Wildlife Reserve, żeby zobaczyć kangury i emu żyjące na wolności. Niestety zastajemy tylko emu. Które w sumie też są fajne i trochę głupiutkie, bo można je wystraszyć przez podniesienie ręki. Wtedy wydaje im się, że człowiek ma ponad 2 metry, tzn. jest większy niż one i uciekają. Widzimy też misia koala, schował się w koronie drzewa i nie udało nam się zrobić zdjęcia. Idziemy też do krateru największego wulkanu w Australii, w środku którego znajduje się jezioro, a w nim czarne łabędzie. Sam wulkan jest już dawno wygasły i wyglądał jak trochę większy wał kolejowy 🙂


W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Genworth. Miła mieścinka, w sumie to takie dalekie obrzeża Melbourne. Na miejscu idziemy na spacer po okolicznej plaży, kawałek dalej jest latarnia. Cisza i spokój. Niestety jest bardziej zielono niż w okolicy 12 Apostołów, Jarek znów zaczął odczuwać pylenie, więc kolejny raz musimy skrócić nasz spacer.


Rano kolejnego dnia oddajemy samochód do wypożyczalni. Zrobiliśmy małą ryskę na przedniej szybie, możliwe więc, że będziemy musieli za nią zapłacić. Na szczęście mamy ubezpieczenie.

Reklamy