Zanim ruszymy na szlak, jedziemy do Nelson. Na trasie dostajemy mandat 80 dolarów za przekroczenie prędkości o 13 km/h w terenie zabudowanym. Jarek co prawda dohamował przed wjechaniem do miejscowości (przed każdą jest duży cyfrowy licznik, który wyświetla prędkość kolejnych pojazdów), ale widać za słabo. W Nelson odwiedzamy Visitor Center, bukujemy noclegi na polach namiotowych i odbieramy bilety wstępu. Nelson to kolejne miasto, z którego nie mamy ani jednego zdjęcia, a jest bardzo ładne.

Następnego dnia jedziemy do Marahau, skąd rozpoczniemy szlak. Zatrzymujemy się na polu namiotowym, pogoda jest piękna, więc idziemy na plażę. Wieczorem idziemy jeszcze na zachód słońca, a w nocy robimy zdjęcia gwiazd rozświetlających zatokę. Nasz namiot i samochód też się załapały 🙂

Następnego dnia z samego rana ruszamy w drogę. Przygotowujemy jedzenie na najbliższe 3 dni, dojeżdżamy na początek szlaku, zostawiamy samochód na pobliskim parkingu i w drogę. Dziś mamy do przejścia tylko 12 kilometrów, idziemy do pola namiotowego przy zatoce Anchorage. Jest w miarę płasko, jeśli są jakieś przewyższenia, to nie przekraczają one 200 metrów. W większości idziemy plażami, czasem jakimś laskiem. Mamy świetną pogodę, a krajobraz jest boski.

Po rozstawieniu namiotu idziemy jeszcze nad zatokę Torrent Bay, trwa przypływ. Jutro, gdy będziemy nią szli podczas odpływu, krajobraz będzie „nieco” inny.

To powyżej to to samo miejsce w odstępie 12 godzin! Podczas odpływu, w zatoce poziom wody obniża się o jakieś pół metra, a że zatoka jest płytka to po prostu wysycha. Zanim jednak przyjdzie kolejny dzień, idziemy w nocy na plażę robić zdjęcia gwiazdom na południowej półkuli. Niebo tutaj wygląda inaczej niż na północy. Nie ma Wielkiego Wozu, Gwiazdy Polarnej, widzimy za to np. Krzyż Południa, którego w Europie nie widać. Na jednym ze zdjęć udaje nam się nawet złapać spadającą gwiazdę. Nie widzimy jej na własne oczy, ale aparat podczas 30 sekundowego naświetlania złapał ją za nas 🙂

Drugiego dnia mamy do przejścia 20 kilometrów. Mielibyśmy 23, ale dzięki temu, że idziemy podczas odpływu, to możemy przejść przez Torrent Bay suchą stopą w poprzek, zamiast iść wzdłuż brzegu na około. Początek mamy zaskakująco powolny, jest bardzo gorąco, nogi nas nie niosą. Piasek na plażach jest dość sypki, co też nie pomaga. No i widoki też nie pomagają 🙂

Nadal trwa odpływ, po drodze widzimy sporo łódek, które zamiast w wodzie, są zanurzone w piasku. Na trasie robimy sporo przerw na picie i przekąski. Obiad łączymy z krótką drzemką na plaży. Paręset metrów dalej spotykamy jeszcze fokę, która chyba przegrała z innym osobnikiem walkę, bo ma ranę w okolicy oka. Foka chowa się pomiędzy kamieniami, żeby zrobić jej zdjęcie musimy się trochę nagimnastykować.

Na miejsce docieramy około 17:00, trwa przypływ, widzimy jak morze wlewa się do zatoki Awaroa, nad którą dziś nocujemy. Zeszło nam dużo dłużej niż się spodziewaliśmy, w pełnym słońcu marsz jest wyczerpujący. Mamy nadzieję, że widać to na zdjęciach!

Następnego dnia mamy do przejścia ledwie 7 kilometrów, chcemy dojść do Totaranui, skąd odpływają powrotne motorówki do Marahau. Musimy jednak poczekać, aż odpływ umożliwi nam przejście przez zatokę. Powoli jemy śniadanie, pakujemy namiot, jemy drugie śniadanie i o 11:00 uznajemy, że poziom wody jest już na tyle niski, że powinniśmy być w stanie przejść na drugą stronę. Wyszliśmy w samą porę, momentami woda była po kolana, ale dało się przejść.

Pierwotny plan zakłada, że wrócimy na parking w Marahau na stopa, bo na pewno ktoś będzie jechał w tę samą stronę, nie będziemy więc musieli wydawać po 47 dolarów na motorówkę. Życie jednak zweryfikowało ten pomysł negatywnie, po dojściu do Totaranui zastajemy może 4-5 samochodów na parkingach i kompletny brak życia w okolicy. Mamy jednak odłożone pieniądze na motorówkę, zalegamy więc na plaży i czekamy aż coś przypłynie. Na pierwszą się nie załapujemy, dostajemy miejsce na kolejnej. Płyniemy wzdłuż wybrzeża, które jeszcze przed chwilą przemierzaliśmy pieszo. Przepływamy również obok wyspy Tonga, która jest domem dla dużej kolonii fok. Dopływając do brzegu, nasza motorówka, z pasażerami na pokładzie, „wpływa” na przyczepę ciągnika, który czeka na płyciźnie. Podczas odpływu łódka nie jest w stanie dopłynąć do brzegu, więc trzeba ja przywieźć. Kierowca motorówki zasiada za sterami nowozelandzkiego Ursusa, wjeżdżamy na plażę, później na drogę i dojeżdżamy do miasta. Stamtąd już tylko paręset metrów pieszo i dochodzimy do parkingu, gdzie czeka na nas nasz Nissan. Którego, nawiasem mówiąc, bardzo lubimy.

Nocujemy w Nelson, tym razem w hostelu. Spanie pod namiotem jest ok, ale dobrze czasem wyspać się na materacu, a nie karimacie. Po 6 kolejnych nocach pod namiotem to miła odmiana.

Powoli zbliża się dzień naszego wylotu, kierujemy się więc w stronę Christchurch. Chcielibyśmy przejechać przez Kaikourę, która bardzo nam się podobała. Gdy jechaliśmy w stronę Queenstown obiecaliśmy sobie, że jeszcze tam wrócimy. Ale nie ma jak, Kaikoura jest odcięta od reszty wyspy, zarówno od północy jak i południa drogi są nieprzejezdne, naprawa zajmie jeszcze kilka tygodni. Musimy więc jechać środkiem wyspy. Zostajemy na 2 noce w Hanmer Springs. Ładna okolica, podobno są jakieś gorące źródła, ale drogie, więc się nie decydujemy. Za to oglądamy wszystkie 3 części Władcy Pierścieni, Mad Maxa i chyba piszemy jeszcze jakieś wpisy na bloga. Ale tu pewności nie ma. Ogólnie pogoda jest kiepska, wychodzimy tylko na jeden dłuższy spacer po okolicy.

Z Hanmer jedziemy już bezpośrednio do Christchurch, tam zatrzymujemy się w hostelu, w którym byliśmy bardzo miło przyjęci ostatnim razem, wieczorem pijemy wino i oglądamy jakąś amerykańską komedię. Następnego dnia oddajemy samochód i lecimy do Melbourne.

 

 

Reklamy