Z Christchurch, z działającym aparatem w ręku, ruszyliśmy w kierunku regionu lodowców. Od jutra pogoda ma się poprawić, nie ma już padać, więc nie ma co tracić czasu w mieście. Kolejny raz trasa jest piękna, jedziemy przez Arthur’s Pass, które jest bardzo malowniczą przełęczą górską. Na miejsce dojeżdżamy pod wieczór, szybko znajdujemy hostel, a spacer w stronę lodowca Franz Jozef zostawiamy sobie na jutro.

Opcji na zwiedzenie tego miejsca jest kilka. Można wybrać się tam na własną rękę i pójść jednym ze szlaków, albo zafundować sobie wypasioną wycieczkę małym samolotem, helikopterem lub pójść z przewodnikiem po lodowcu. Te ostatnie opcje są oczywiście koszmarnie drogie, jednak ku naszemu zdziwieniu są bardzo popularne. W hostelu, w którym się zatrzymaliśmy, taki sposób zwiedzania wybiera jakaś jedna trzecia osób. Mało backpackerskie towarzystwo 🙂  Nas zadowala w zupełności tramping do punktu widokowego. Co by nie było zbyt prosto, zamiast najbardziej popularnego i najłatwiejszego szlaku wybieramy trudniejszy, ale podobno z lepszymi widokami – Roberts Point. W biuletynie informacyjnym ten szlak jest oznaczony jako trudny, przed wyruszeniem należy się udać do Visitor Center, żeby potwierdzić, czy w ogóle jest tego dnia otwarty. Tak też robimy.

W budynku informacji turystycznej meldujemy się chwilę po otwarciu. Idziemy do okienka i pytamy, czy ta trasa jest dostępna, pani mówi, że tak, ale gdyby była na naszym miejscu, to wyruszyłaby godzinę temu, bo chmury wkrótce zakryją lodowiec. Świetna rada! Skoro pani taka pomocna, to idziemy za ciosem i pytamy, czy może nam zaproponować inny punkt, z którego możemy zobaczyć lodowiec, na który zdążymy przed chmurami. Kobieta patrzy na nas zdziwiona i pyta „ale jaki punkt?”. Jakość obsługi jak w dziekanacie 🙂  Nic tu po nas, niczego się tu nie dowiemy.

Trzymamy się naszego planu i idziemy do Roberts Point. Początek jest super łatwy, po drodze mijamy staw, zapowiada się nieźle!

dsc00138

Po przejściu nieco ponad kilometra zaczynamy rozumieć, dlaczego trasa jest opisana jako trudna. Wielokrotnie trzeba przechodzić przez rzeczki i strumienie po stromych i śliskich kamieniach. Żeby nie upaść idziemy trzymając się rękami wystających korzeni i gałęzi. Oczywiście bez drobnych potknięć i poślizgnięć się nie obyło, jednak tym razem bez większych kontuzji. Na platformę widokową docieramy po ok. 2,5 godzinach. Niebo jest białe, ale chmury są wysoko, więc lodowiec możemy podziwiać w pełnej okazałości.

Do auta wracamy 3 godziny, czyli więcej niż wchodziliśmy, ale jest tak ślisko, że musimy ważyć każdy krok. Dziś nocujemy na prostym polu namiotowym nad samym morzem. Jak tylko docieramy na miejsce przekonujemy się, że jest to strzał w dziesiątkę! Zaraz zachód słońca, więc prędko rozkładamy namiot i idziemy na plażę z wcześniej zakupionym winkiem. Przy tej okazji dowiadujemy się, że dziś mieszkamy tuż obok lotniska, co nam  zupełnie nie przeszkadza:)

Kolację robimy przy ognisku, które rozpaliliśmy z drewna, które morze wyrzuciło na brzeg.   Następnego dnia rano budzi nas ćwierkanie ptaków. Szybko się uwijamy z porannymi czynnościami i jedziemy zobaczyć drugi lodowiec w okolicy, lodowiec Fox. Dziś idziemy na łatwiznę i wybieramy najprostszy i najkrótszy możliwy szlak. Bardzo nam się podoba, lodowiec jest bardzo blisko parkingu, pieszo idzie się do niego jakieś 20 minut. W sumie to nie rozumiemy dlaczego Franz Jozef jest o wiele popularniejszy od Foxa, naszym zdaniem powinno być na odwrót.

W drodze powrotnej do samochodu Justynę zaczepia starsza pani i mówi, że 60 lat temu też tu była. Lodowiec sięgał z 500 metrów dalej i był o wiele bardziej niebieski. Dla nas to kolejny namacalny przykład skutków globalnego ocieplenia, po bielejących w zastraszającym tempie rafach koralowych.

Po udanym wczorajszym wieczorze na plaży, dziś też śpimy na polu namiotowym nad morzem, jednak w innej miejscowości, w Greymouth. W drodze mijamy rzeczkę, która wygląda jakby ktoś ją pomalował farbką. Kolor zwala z nóg!

dsc00222

Wieczór spędzamy na plaży podziwiając widowiskowy zachód słońca.

Jutro zmierzamy dalej zachodnim wybrzeżem w kierunku Nelson, stamtąd chcemy rozpocząć słynny tramping Abel Tasman Track.

Reklamy