Z Milford Sound jedziemy do Manapouri nad zatoką Doubtful Sound. Spędzamy tam bardzo przyjemny jeden dzień, w czasie którego nie robimy niczego wartego odnotowania. Miejsce jest fajne, choć raczej dla tych co mają dużo pieniędzy, można np. zrobić całodniowy rejs po zatoce za 250 dolarów (!). Nieopodal jest jeszcze kilka ładnych tras pieszych. Jest miło i spokojnie.

Następnego dnia jedziemy do Wanaki, nieopodal której chcemy zrobić trasę wokół lodowca Rob Roy w PN Aspring. Do zrobienia mamy pętlę długości 10 km, nie powinno nam to zająć więcej niż 3-4 godziny, w sam raz na aktywne popołudnie. Pogoda dopisuje, jedziemy. W drodze mamy świetne widoki, przed nami i za nami ośnieżone szczyty gór, poniżej nich na żółto zakwitają jakieś krzaczki, co jakiś czas przejeżdżamy też koło jeziorka lub potoku.

Dojeżdżając do granicy parku narodowego kończy się asfalt, wjeżdżamy na drogę szutrową, o podwozie uderzają kamyczki, jedziemy więc powoli. Tak powinniśmy jechać przez najbliższe 30 kilometrów. Na 10 kilometrów przed początkiem szlaku musimy jednak anulować wycieczkę. Naszą drogę przecina potok, który mogą pokonać samochody z napędem 4×4, a my jadąc naszą zwykłą osobówką moglibyśmy ją uszkodzić. Eh, szkoda, bo bardzo cieszyliśmy się na ten lodowiec 😦 Wracamy więc do Wanaki. Zostajemy tam na 2 noce. Prognoza pogody dla całej wyspy na najbliższe dni to deszcz, ograniczamy więc naszą aktywność i w tym czasie piszemy kilka wpisów na bloga, organizujemy się na Australię i kupujemy bilet do Polski.

Powrót. To dziwne uczucie, nie wiemy jak je dobrze opisać. W sumie to się cieszymy. Ale równocześnie się nie cieszymy 🙂 Oswoiliśmy się z życiem nomadów, nawet je polubiliśmy, zobaczyliśmy dużo pięknych miejsc, spotkaliśmy wielu ciekawych ludzi, sporo przygód. Długo jednak nie widzieliśmy się z rodziną, przyjaciółmi. Nie ma też co ukrywać, że pieniędzy na koncie nam raczej nie przybywa, więc choćby z tego przyziemnego powodu musimy wrócić. A jest jeszcze tyle miejsc, które chcemy zobaczyć, Iran, południowa część Afryki, Alberta w Kanadzie, Bałkany, Skandynawia, Japonia, Meksyk, Pamir, północna część Indii… I pewnie zobaczymy, bo chcemy zobaczyć. A Iran to może nawet niedługo? Oby!

Ale wracając do Wanaki. Nieopodal jest jezioro Diamond Lake i pagórek Rocky Peak,  z którego roztacza się piękny widok na całą okolicę.

Zdjęć z samej Wanaki, podobnie jak wcześniej z Queenstown, nie mamy. Ale ta miejscowość jest również bardzo ładna, góry, jezioro, szlaki do pieszych wędrówek. Przy dobrej pogodzie jest co robić.

Z Wanaki jedziemy do Christchurch naprawiać aparat. Mamy do przejechania spory kawałek, jakieś 400 km, ale w Nowej Zelandii podróżowanie autem to sama przyjemność, widoki są świetne. W drodze zatrzymujemy się przy jeziorze Pukaki, które ma piękny, jasnoniebieski kolor. Z tego miejsca, przy dobrej pogodzie, widać też Mount Cook, najwyższą górę w Nowej Zelandii. Jednocześnie to miejsce, gdzie Ed Hillary przygotowywał się przed ekspedycją na Everest. Niestety na zdjęciach góry nie widać, na cały tydzień postanowiła skryć się za chmurami 😦

Generalnie im bardziej zbliżamy się do Christchurch, tym bardziej pogoda się psuje, a w pewnym momencie zaczyna nawet padać grad (!). I to taki wielkości orzecha laskowego. Z przerażeniem słuchamy jak obija nasze wypożyczone auto. Schronienie znajdujemy pod dachem na stacji benzynowej, czekamy aż przestaje i jedziemy dalej. Nie mija jednak więcej niż 10 minut i sytuacja się powtarza, z ta różnicą, że tym razem nie mamy się za bardzo gdzie schować. Zauważamy jak inni zjeżdżają do pobliskiego zagajnika i stawiają samochód pod drzewami, tak robimy i my. Grad ustaje dopiero po jakiś 30 minutach, szczęśliwie nie uszkodził naszego wymiatacza szos.

Do Christchurch dojeżdżamy pod wieczór. Następnego dnia idziemy do sklepu, w którym dają nam nadzieję na odratowanie obiektywu. Pan poprosił nas o chwilę cierpliwości, poszliśmy więc na kawę. Po powrocie dostajemy informację, że obiektywu raczej nie da się naprawić w rozsądnej cenie, taniej wyjdzie zakup nowego obiektywu lub innego, małego aparatu. Szkoda, ale pogodziliśmy się już z tą myślą. Ale chwila, coś tu nie gra. Justyna zaczyna się bawić aparatem, chodzi ciężko, ale pstryk, robi zdjęcie. Pstryk, i kolejne. Jarek przejmuje, celuje w Justynę i robi zdjęcie! Obiektyw rzeczywiście ciężko chodzi, ale chodzi! Nie wiemy, co wydarzyło się w czasie, kiedy byliśmy na kawie, ale jakimś cudownym sposobem nasz aparat działa! Ha! Nic z tego nie rozumiemy, ale może to i lepiej 🙂 Niech tylko wytrzyma najbliższy miesiąc 🙂 Serdecznie dziękujemy panu sprzedawcy o magicznych dłoniach, jesteśmy bardzo uradowani.

Skoro mamy działający aparat, to jedziemy dalej! Kierujemy się na drugą stronę wyspy, w stronę lodowców Franz Josef i Fox. Jedziemy przez góry, nic się nie zmienia, jest pięknie.

 

 

 

Reklamy