Przydałby się wpis o Queenstown, które jest chyba największym miastem południa wyspy. Pięknie położone, nad jeziorem, wszędzie dookoła góry. Przypomina trochę Bariloche w Argentynie. Naprawdę piękne miejsce, z którego, jak się okazuje, nie mamy ani jednego zdjęcia :/ Pewnie dlatego, że nie kręciliśmy się zupełnie beztrosko po mieście, tylko kombinowaliśmy, co by tu z tym nieszczęsnym aparatem zrobić. Obiektyw nie jest idealnie okrągły, więc nie „zwija się”, nie można więc manipulować ani zoomem, ani tym bardziej ostrością. Z obiektywem w tym stanie nie jesteśmy zrobić ani jednego zdjęcia. Robimy rozeznanie w lokalnych cenach, wychodzi że za nowy musielibyśmy zapłacić około 600 dolarów, co jest jakimś ponurym żartem, bo na polskim Allegro takie obiektywy chodzą po 600, ale złotych. Naprawy nikt nie chce się podjąć, co najwyżej mogą obiektyw wysłać do producenta i poprosić go o wycenę i ewentualną naprawę. Czyli słabo, w Queenstown tego nie załatwimy. Za parę dni powinniśmy być jeszcze w Christchurch, tam jest kilka miejsc, które reklamują się, że naprawiają obiektywy. Spróbujemy tam. Jak się nie uda, to na Trademe (lokalne Allegro) kupimy jakiś tani, używany aparat, byle tylko miał lepszą optykę niż telefon komórkowy. Bo zdjęcia z telefonu Justyny wychodzą niestety kiepsko.

Zanim jednak do Christchurch, mamy na południu kilka fajnych miejsc do zobaczenia. Pierwszym jest Milford Sound, które jest zatoką otoczoną fiordami. I choć na mapie z Queenstown do Milford wydaje się być blisko, to drogą jest to prawie 300 km. A że po drodze jest jeszcze Te Anau, to zatrzymujemy się tam na jeden dzień. Na miejscu robimy malutki (10 km) kawałek trasy Keplera.

Następnego dnia rano dowiadujemy się, że w nocy było bardzo silne trzęsienie ziemi na wschodnim wybrzeżu, z epicentrum w pobliżu Kaikoury, w której byliśmy jakiś tydzień temu. Wstrząs miał siłę 7,8 w skali Richtera, czyli był naprawdę mega silny. Dla porównania, w tym roku w Ekwadorze było trzęsienie ziemi o takiej samej sile, zginęło wówczas ponad 500 osób (nocowaliśmy 400 km od epicentrum, nic nie poczuliśmy), z kolei w Nepalu w zeszłym roku trzęsienie miało siłę 7,3 stopnia (czyli wg. tej skali było 3 razy słabsze niż to w NZ) i zginęło 9 tysięcy osób. Nowozelandzkie trzęsienie ziemi kosztowało tylko 2 ofiary w ludziach, spowodowało też lekkie spustoszenie w infrastrukturze drogowej i wodnej na wyspie, bo w wybrzeże uderzyło dwumetrowe tsunami. Kaikoura jest odcięta od świata, zarówno drogi prowadzące do Christchurch jak i Picton są nieprzejezdne, z miasta trzeba ewakuować kilka tysięcy turystów. My na szczęście jesteśmy jakieś 400-500 kilometrów dalej, tu wstrząsy nie były odczuwalne. Na wszelki wypadek sprawdzamy jeszcze przejezdność dróg na naszej trasie, wszystko jest ok, uszkodzona jest wyłącznie trasa koło Kaikoury, której naprawa zajmie kilka tygodni. Po południu jedziemy do Milford.

I to jest coś ekstra. Trasa jest niesamowicie malownicza. Nie mamy co prawda zbyt dobrych zdjęć, bo nie za bardzo jest gdzie się zatrzymać, poza tym pogoda jest kiepska. Ale ogólnie rzecz biorąc, trasa do zatoki jest chyba nawet lepsza niż sama zatoka.

 

Żeby dostać się na miejsce trzeba pokonać półtora kilometrowy tunel, gdzie przy obu wejściach rezydują zielone papugi kea, które wskakują na samochody, domagają się jedzenia i w ogóle nie boją się ludzi.

Do zatoki dojeżdżamy późno, idziemy jednak w stronę portu, bo może moglibyśmy jutro zrobić rejs, o ile nie będzie za drogo? Najtańsza oferta, którą znajdujemy jest za 45 dolarów, do tego pani mówi, że jak przyjdziemy rano tuż przed boardingiem to dostaniemy zniżkę. Zatoka z brzegu wygląda naprawdę pięknie, postanawiamy więc, że jeśli pogoda będzie dobra, to się przepłyniemy. Na parkingu spotykamy jakiegoś ptaka bez skrzydeł. Początkowo wydaje nam się, że to kiwi, robimy mu więc mnóstwo zdjęć. Dopiero później orientujemy się, że to jednak jakiś inny gatunek 🙂

W drodze powrotnej z Milford zajeżdżamy jeszcze do Chasm, które jest bardzo specyficznym potokiem, gdzie woda wyżłobiła w skale przedziwne kształty. Do tego dochodzi jeszcze piękny kolor samej wody. Fajne miejsce, zupełnie obok drogi. Podobno wiele osób przegapia ten punkt na trasie, koncentrując się wyłącznie na Milford. A to błąd. W ciągu tego 15 minutowego spaceru, oprócz potoku, można zobaczyć dużo ładnych roślinek. Nam podobają się zwłaszcza lokalne paprocie, które są po prostu gigantyczne. W zasadzie to wiele z nich przypomina palmy, jedyna różnica to dużo bardziej delikatne liście.

Na noc zatrzymujemy się na kempingu Gunns, który jest ładny i tani. Następnego dnia pogoda od samego rana jest bardzo dobra, jemy więc szybkie śniadanie i startujemy w stronę zatoki. Na miejsce docieramy na chwilę przed boardingiem, kupując bilety pytamy o obiecaną zniżkę, dostajemy 25%, za 2 osoby płacimy więc jakieś 67 dolarów, co jest naprawdę świetną ceną. Sam rejs nie jest bardzo długi, trwa zaledwie 2 godziny. W tym czasie wypływa się z zatoki w stronę Morza Tasmana i z powrotem. Po drodze widzimy foki, ktoś inny dostrzega pingwiny, Justyna z kolei widzi delfiny, które przez około 2 minuty płynęły obok naszej łodzi. Niestety nie mamy zdjęć, bo Jarek w tym czasie mordował się ze sfotografowaniem jakiegoś zupełnie nieistotnego wodospadu. Podczas rejsu poznajemy Polkę z jej chłopakiem Belgiem, którzy na stałe mieszkają w Krakowie, choć chcą się stamtąd przenieść do jakiegoś innego miasta z powodu fatalnej jakości powietrza. Oczywiście proponujemy im Trójmiasto 🙂

Bardzo fajny rejs. Co prawda zatoka nie jest tak powalająca jak Ha Long albo Lan Ha w Wietnamie, ale są przecież zupełnie różne, również pod względem geologicznym. Milford Sound jest zatoką powstałą na skutek cofania się lodowca, zaś Ha Long to wapienie (czyli skompresowane szczątki różnych żyjątek sprzed milionów lat).

W drodze powrotnej zahaczamy jeszcze o część trasy Routeburn, której nie zrobiliśmy parę dni wcześniej. Zamiast jednak iść 12 km w jedną stronę do jeziora MacKenzie, decydujemy się wejść na okoliczny pagór Key Summit, skąd dobrze widać okolicę. Co tu dużo mówić, jest pięknie.

 

Reklamy