Naszym nowym wymiataczem szos bezproblemowo dotarliśmy do Queenstown. Nocujemy w hostelu, do którego wysłaliśmy aparat. Niestety przesyłka jeszcze nie dotarła, szkoda, ale spróbujemy wycisnąć co się da z telefonu Justyny. Ponieważ mamy auto, plan jest taki, że dojeżdżamy na początek szlaku (Routeburn Shelter), tam na parkingu zostawiamy samochód i idziemy 20 km do pola namiotowego przy Mckenzie Lake. Tam nocujemy i następnego dnia wracamy do miejsca skąd przyszliśmy. Pozostałą część szlaku (12 km) zrobimy za kilka dni, jak będziemy w okolicach Milford Sound. Gdybyśmy chcieli zrobić całe 32 km szlaku „na raz”, musielibyśmy zapłacić za autobus, który zawiózłby nas na początek i odebrał z końca szlaku (koszt około 120 dolarów od osoby, bardzo drogo).

Rano meldujemy się jeszcze w Visitor Center i odbieramy wcześniej zarezerwowane bilety na camping. Pani przedstawia nam informacje o szlaku, upewnia się, czy wszystko co potrzebne na trek mamy ze sobą. Niestety przedstawia nam też dokładną prognozę pogody. Cały dzień ma padać, a po południu to nawet lać. Radzi nam więc, byśmy wszystkie rzeczy w plecaku pochowali do worków foliowych tak, by nie przemokły, a w szczególności śpiwory. Bo co do tego, że sami w trakcie marszu przemokniemy do suchej nitki to Pani nie ma żadnych wątpliwości.

Po takim mało zachęcającym wstępie, jedziemy na początek szlaku. W drodze zaczyna już kropić. Stwierdzamy więc, że jak będzie nędznie to po prostu się wrócimy. Nocleg na kempingu już jest co prawda zapłacony, ale najwyżej nam przepadnie, trudno, nie będziemy się przecież zamęczać.

Początek trasy jest bardzo łatwy, ścieżka wiedzie przez las, delikatnie pod górę. Deszcz trochę pada, ale na razie nie jest to uciążliwe. Trochę bardziej stromo zaczyna się robić przed pierwszym schroniskiem Routeburn Falls Hut. Tam też robimy sobie pierwszy przystanek i pałaszujemy przygotowane wcześniej kanapki. W międzyczasie zaczyna coraz mocniej padać. To jest właśnie ten moment, w którym możemy jeszcze anulować trekking i cofnąć do auta. Pytamy się więc strażnika, jak trasa wygląda dalej. Momentami może być stromo, no i już nie będzie lasu, więc zmokniemy. Ale nie mamy się co martwić, damy sobie radę. No to dobra, to idziemy! Wspinamy się na pagór, z którego widać wodospady. Pewnie w słońcu prezentują się pięknie, ale w deszczu wszystko wygląda tak sobie. Spotykamy tam rodzimego turystę, który idzie w przeciwnym kierunku. Pyta, jak nam się podoba, my że fajnie, ale narzekamy, że pogoda brzydka. On na to, że jak to? Przecież tu pada 300 dni w roku, więc jest tak, jak być powinno! „It’s lovely!” I to jest właśnie nowozelandzka pogoda ducha 🙂

Maszerujemy dalej. Przed nami pojawiają się góry miejscami pokryte śniegiem. Mijamy też jakieś jeziorka, czasem musimy przebrnąć przez ośnieżone zbocze. Oczywiście jesteśmy już totalnie przemoczeni, w butach nam chlupie. Dochodzimy do kolejnego schroniska, tam również robimy przerwę. Pozwalamy naszym kurtkom odcieknąć, w tym czasie posilamy się batonikami. Dalsza część trasy to już dla nas udręka, pada coraz mocniej robi się zimno i wietrznie. Żałujemy, że zdecydowaliśmy się kontynuować trekking, powinniśmy byli się jednak cofnąć. Teraz jest już jednak za późno i jedyne co nam pozostało, to jak najszybciej dostać się na pole namiotowe. Jest bardzo ślisko, musimy iść ostrożnie. Ostatnie kilometry trwają wieki, idziemy w ulewie, w końcu jednak dostrzegamy zarys jeziora nad którym nocujemy. Docieramy tam po 18:00. Zauważamy, że jedna osoba rozbiła się po dachem,  w miejscu przeznaczonym do przygotowywania posiłków. Bierzemy przykład i rozkładamy namiot obok, przynajmniej nie będziemy się martwić, że nam namiot przemoknie albo że nas zaleje w nocy. Przebieramy się w suche rzeczy, w namiocie gotujemy kolację i pakujemy się w śpiwory. Bardzo się cieszymy z naszej decyzji o rozstawieniu namiotu w tym konkretnie miejscu, na zewnątrz własnie szaleje burza, co chwila błyskają pioruny. I tak przez całą noc…

Rano deszczu już nie ma, gdzieś tam w oddali zaczyna się przebijać słońce. Jemy śniadanie, zakładamy mokre ciuchy i mokre buty, i zaczynamy powrót. Dziś mamy okazję podziwiać trasę w zupełnie innej odsłonie. Jak się okazuje, jezioro nad którym spaliśmy ma całkiem ładny kolor, do tego otoczone jest pięknymi górami. Dziś marsz jest o wiele łatwiejszy, momentami nie możemy uwierzyć, że wczoraj przechodziliśmy ta samą drogą. Do auta docieramy po 17:00.

Na koniec dnia czeka nas jednak jeszcze przykra niespodzianka. Kiedy odbieramy aparat okazuje się, że w transporcie musiał się trochę poobijać i znów nie działa obiektyw 😦 Co za pech! Będzie trzeba go naprawić, co tutaj na pewno będzie sporo kosztować, być może taniej będzie po prostu kupić nowy. Ale tym zajmiemy się jutro.

Reklamy