Na dotarcie do Queenstown, nieopodal którego rozpoczyna się Routeburn Track, mamy trzy dni. Szlak jest bardzo popularny zarówno wśród turystów, jak i samych Kiwi (tak o sobie mówią mieszkańcy Nowej Zelandii), w związku z czym miejsca na polach namiotowych i w schroniskach są w dużej części zarezerwowane na pół roku wprzód. My aż tak zorganizowani nie jesteśmy, wiec wybór dostępnych terminów mamy bardzo ograniczony. A właściwie to nie mamy go wcale, musimy zarezerwować pole namiotowe na 8 listopada, bo na późniejsze terminy nie ma już kompletnie nic. Dobrze, że w ogóle coś zostało 🙂 Tym sposobem zaczynamy dziś wyścig z czasem. Z Turangi, które znajduje się w środku północnej wyspy, musimy przedostać się do Queenstown, położonego na południu południowej wyspy. Obie miejscowości dzieli od siebie ponad 1200 kilometrów. Bezpośredniego połączenia oczywiście nie ma, autobusy są bardzo drogie, idziemy więc łapać stopa.

Wychodzimy na drogę wylotową z Turangi i wystawiamy kciuki. Ruch jest całkiem spory, mija jednak 40 minut i niestety nikt się nie zatrzymuje. W oddali widzimy, że dołącza para Francuzów, która nocowała w tym samym hostelu. Również próbują łapać stopa, stanęli jakieś 200 metrów przed nami (oszuści!) i za 15 minut ktoś im się zatrzymuje. Stwierdzamy, że widocznie stoimy w złym miejscu, bierzemy graty i przenosimy się. Nie uszliśmy jednak zbyt daleko, bo ten sam kierowca, który wziął Francuzów zatrzymuje się także obok nas. Ha! Jedziemy więc do Wellington. Nasz kierowca jest żołnierzem armii nowozelandzkiej, wcześniej służył w Wielkiej Brytanii. Okazuje się, że w armii brytyjskiej mogą służyć obcokrajowcy z krajów Commonwealth i jest to dość powszechne. Na trasie mamy jeszcze przymusową przerwę, psuje się tłumik, nie ma go jednak jak naprawić na pustkowiu przez które jedziemy, więc ruszamy w dalszą drogę, choć tym razem słychać nas trochę głośniej 🙂 Do samego Wellington nie dojeżdżamy, nasz kierowca wysadza nas przy kolejce, skąd bierzemy pociąg pod sam port. Jest na tyle wcześnie, że uda nam się od razu przepłynąć do Picton, które jest już na południowej wyspie.

Prom płynie 3 godziny, pod koniec płyniemy przez zatokę Marlborough, piękne widoki. Niestety zdjęcia możemy zrobić tylko telefonem komórkowym Justyny, bo duży aparat zostawiliśmy w Turangi! Zapomnieliśmy o nim przy pakowaniu, został w salonie hostelu. Na szczęście udaje nam się skontaktować z właścicielem, znalazł zgubę. My online opłacamy kuriera, dogadujemy się z hostelem w Queenstown, że przyjdzie paczka. Może więc odzyskamy aparat jeszcze zanim wyruszymy na szlak? Choć w sumie to najbardziej zależy nam na tym, żeby go po prostu odzyskać, mamy na nim sporo zdjęć, których jeszcze nie zgraliśmy na komputer. No i aparat sam w sobie ma dla nas dużą wartość, choć już teraz przede wszystkim sentymentalną. Po wkulaniu się do krateru wulkanu w Indonezji jest mocno zmasakrowany, widać po nim, że sporo z nami przeszedł 🙂 Dopływając do Picton zastaje nas zachód słońca. Nigdzie dalej już tego dnia nie dotrzemy, szybko znajdujemy hostel i tam kończymy dzień. Plan jest taki, że jutro chcemy dotrzeć do Christchurch (CH), a pojutrze do Queenstown, odpowiednio 350 i 450 kilometrów. Powinniśmy dać radę.

Wstajemy wcześnie rano i zastajemy, jak mówią lokalni mieszkańcy, prawdziwą nowozelandzką pogodę. Czyli leje 😦 W takiej pogodzie łapanie stopa nie jest najprzyjemniejsze. Zanim wyjdziemy z hostelu czekamy godzinę, deszcz trochę ustaje, choć ciągle lekko pada. Wtedy dopiero wychodzimy na drogę wylotową i znów wystawiamy kciuki. Tym razem idzie nam lepiej, średnio raz na 20 minut ktoś się zatrzymuje, problem jest jednak taki, że ludzie jadą w kierunku Nelson, a nie CH 😦 Dopiero czwarta zatrzymana osoba zabiera nas w naszym kierunku, niestety zawozi nas tylko jakieś 40 km dalej. Dobre i to, teraz już przynajmniej jesteśmy na trasie, gdzie wszyscy kierowcy poruszają się w stronę naszego celu. Po raz kolejny wystawiamy kciuki. Poszło szybko, niecałe pół godziny i znów siedzimy w aucie. Podwozi nas para, która na co  dzień strzyże owce (w Nowej Zelandii na jednego mieszkańca przypada 6 owiec). Dowiadujemy się, że nie jest to wcale łatwa robota, wymaga dużo wprawy, ale za to bardzo opłacalna, minimalna stawka to 25$ za godzinę! Wysiadamy po 60 km i łapiemy dalej. Nie zdążamy zjeść kanapek, które Jarek zaczął przygotowywać, bo zatrzymało się kolejne auto, tym razem busik panów wracających z wieczoru kawalerskiego. Panowie podwożą nas aż do Kaikoury. Widoki po drodze są przepiękne, z jednej strony wysokie góry, z drugiej zaś zatoki, plaże, skały, a na skałach wylegujące się foki. Co prawda nie mamy zdjęć z trasy, ale zrobiliśmy kilka samemu miasteczku, jest cudne!

Gdy dojeżdżamy jest już po 14:30, do pokonania pozostało jeszcze 180 km. O 16:00 z Kaikoury jest ostatni autobus do CH, mamy zatem niecałe 1,5 godziny na złapanie stopa, w przeciwnym razie płacimy za autobus. Wychodzimy kawałek za miasto i próbujemy szczęścia. Niestety już nikt się nie zatrzymał. Płacimy więc słono za bilety (37$/os) i ładujemy się na swoje miejsca. Do CH docieramy przed 20:00. Nie mamy rezerwacji na hostel, więc bierzemy pierwszy, który ma w miarę rozsądną cenę.

Justyna idzie po zakupy na kolacje, a Jarek w tym czasie szuka auta do wynajęcia. Autostop idzie nam tu ze zmiennym szczęściem, do tego pogoda jest taka sobie, więc bywa mało przyjemnie, zwłaszcza jak pada. Nie chcemy też ryzykować, że nie zdążymy na tramping w Routeburn. A już na pewno nie chcemy przepłacać za bilety autobusowe, które na południowej wyspie są kosmicznie drogie. Szczęśliwie Jarek wynajduje super okazję, auto za 21$/dzień, dostępne od jutra. Ekstra! Nawet wliczając koszty paliwa (1,90 $/litr) jest to dużo bardziej korzystne niż autobus. Auto rezerwujemy do końca naszego pobytu,  czyli na kolejne 23 dni. Bujać się będziemy Nissanem Tiidą (w Europie odpowiednikiem jest Almera).

Rano zgłaszamy się po auto, pierwotnie umowa miała być podpisana na 2 kierowców, ale firma nie zgadza się na wpisanie Jarka, bo na jego międzynarodowym prawie jazdy starła się data ważności dokumentu. Trochę bez sensu, że takie informacje drukuje się na okładce tego prawka, a nie w środku książeczki, gdzie jest jej miejsce. Nie przechowywaliśmy jednak tego kwitka w odpowiednich warunkach, więc w sumie to nasza wina. Trudno, umowa idzie na Justynę.

Początkowo jest dziwnie. Raz, że ruch jest lewostronny. Dwa, że kierunkowskazy uruchamia się prawą ręką, więc zamiast sygnalizacji ciągle uruchamiamy wycieraczki 🙂 Trzy, że hamulec ręczny wcale nie jest ręczny, tylko wciska się go nogą, jest od tego osobny pedał. Zasady prowadzenia pojazdu się jednak nie zmieniają, szybko się przestawiamy i na trasie jedzie się nam już normalnie. Piszemy „nam”, bo choć to Justyna prowadziła jako pierwsza, dała się przejechać Jarkowi aż do samego Queenstown 🙂 Po drodze zabieramy dwójkę autostopowiczów, parę z Argentyny, którzy tak samo jak my wyjechali w podróż dookoła świata. Na miejsce docieramy jeszcze za dnia, po około 6 godzinach w trasie. img_20161108_090945

Udało nam się więc w 3 dni pokonać 1250 kilometrów. Co prawda potrzebowaliśmy do tego 4 autostopów, pociągu podmiejskiego, promu, autobusu i wynajętego samochodu. Ale udało się. Mamy nadzieję, że kurier będzie równie ambitny jak my i dostarczy nasz aparat z samego rana. W końcu jutro ruszamy na szlak!

 

 

Reklamy