Dziś jedziemy do Turangi, czyli miejscowości niedaleko której można zrobić podobno najpiękniejszy jednodniowy trekking świata. Smaczku dodaje jeszcze fakt, iż w tym miejscu były kręcone sceny Mordoru znane z Władcy Pierścieni. Takiej okazji przegapić nie możemy, więc plan na jutro jest taki, że idziemy do Mordoru 🙂 Do Turangi docieramy bez kłopotu, jedziemy Manabusem (odpowiednik Polskiego Busa, nawet logo ma podobne, więc to pewnie ten sam właściciel).

Meldujemy się w hostelu i od razu próbujemy zebrać informacje, jak najtaniej się dostać się na i wrócić ze szlaku. Trasa kończy bowiem w innym punkcie niż zaczyna (nie jest to pętla). Istnieją „shuttle busy”, które zawożą Cię na początek szlaku, a popołudniu odbierają z końca i odwożą do miasta, są one jednak okropnie drogie (min. 45 dolarów). Rozważamy, że może spróbujemy tam dotrzeć na stopa. Pan z recepcji podpowiada nam jednak, że jutro na ten sam szlak wybiera się para z Argentyny (Ivan i Sara), która ma swoje auto i być może nie będzie miała nic przeciwko, by nas ze sobą zabrać. Szybko się z nimi dogadujemy i następnego dnia rano ruszamy razem na szlak.

Skoro jedziemy samochodem na początek szlaku, to też będziemy musieli do niego wrócić, więc nie dojdziemy do końca trasy. Ustalamy, że pójdziemy tylko do wulkanu Red Crater obok Emerald Lakes. Mamy więc do przejścia 12 km w jedną stronę, w górę około 1100 metrów. Do zrobienia, choć pewnie się zmęczymy. Początkowo idziemy lasem, im wyżej tym mniej drzew, a więcej krzaków. Pogoda nie rozpieszcza, jest mgła, lekko kropi, więc widoki nie powalają.

Idąc dalej robi się tylko gorzej. W pewnym momencie zaczyna padać śnieg i przy silnym wietrze wydaje się, że śnieg nie pada pionowo, a poziomo. Straszna nędza. Dochodzimy do Blue Lake, choć początkowo w ogóle go nie widzimy, a jest 20 metrów dalej! Jezioro pokazało nam się na około 2 minuty, później znów zniknęło w mgle.

Doczłapujemy do Emerald Lakes, skąd powinniśmy widzieć Red Crater. Pogoda jednak się nic a nic nie poprawia, z obejrzenia wulkanu nici. Jeziorka jednak widzimy. I czujemy, strasznie śmierdzą siarką (czyt. zepsutymi jajami). Nawet w takiej mgle prezentują się pięknie.

Skoro już mamy nie zobaczyć tych słynnych wulkanów, to przynajmniej ograniczamy straty i żeby się nie rozchorować, zaczynamy schodzenie w dół. Liczymy, że może się rozpogodzi, wtedy my obrócimy się na pięcie i naszym oczom ukażą się jakieś księżycowe widoki. No, nie, to się nie zdarzyło. Przejaśnienie przychodzi dopiero, gdy zostawiliśmy Tongariro daleko za plecami

Dochodzimy do samochodu ciężko zmęczeni, Argentyńczykom odpalamy 20 dolarów, które z nawiązką powinny im zwrócić koszty paliwa. W drodze powrotnej zabieramy autostopowiczkę, którą Jarek z daleka rozpoznaje jako jego koleżankę ze studiów!!! Serio, wzięliśmy na stopa Ewę, z którą Jarek zna się z akademika 🙂 Ewa będzie w Nowej Zelandii jeszcze przez najbliższe 2 miesiące, ze swojej podróży zdaje obszerne relacje na Facebook. Szkoda, że nie prowadzi bloga, bo byśmy podali dalej.

Następnego dnia rozpoczynamy sprint w stronę Queenstown na południu Południowej Wyspy. Bilety drogie, więc będziemy łapali stopa.

Na moment tworzenia tego wpisu, tj. 19 listopada, dolar amerykański kosztuje 4,20 zł. I zastanawiamy się, czy to złoty taki słaby, czy dolar taki mocny? Patrzymy na kursy innych walut i wychodzi na to, że i jedno i drugie. O ile na siłę dolara w Polsce raczej wpływu nie mamy, o tyle na słabość złotego już tak. I my przez tę słabość cierpimy, podróżowanie poza Polską dla Polaków jest obecnie ekstremalnie drogie, nasza waluta jest warta strasznie, strasznie mało. Musimy więc jeszcze bardziej zaciskać pasa. Inna rzecz, że wkrótce kończymy naszą podróż i chcielibyśmy wrócić do kraju, gdzie jest fajnie. A do czego wrócimy?

Reklamy