Początkowo z Auckland chcieliśmy pojechać do jaskini Waitomo, w której żyją takie małe, świecące robaczki. Dzięki nim jaskinia wygląda spektakularnie, niczym rozświetlone gwiazdami nocne niebo. Jednak gdy doczytaliśmy ile ta atrakcja kosztuje, zrezygnowaliśmy. Za 45 minut trzeba zapłacić 50$ od osoby (po naszemu to 140 zł). Jest to niestety powyżej naszego budżetu, dlatego jedziemy do kolejnego miejsca na naszej liście – do Rotorui.

Rotorua i jej okolice są położone na niezwykle aktywnym geotermalnie terenie. Nie jest tam niczym nadzwyczajnym, że ktoś ma w ogródku dołek z bulgoczącym i parującym błotkiem 🙂 Turyści z grubszym portfelem mogą skusić się na kąpiel w lokalnych centrach SPA. My jednak ograniczymy się tylko do bezpłatnych atrakcji tego miejsca, których z resztą jest całkiem sporo.

Zanim to nastąpi musimy zrobić porządek z kostką Justyny, która dalej boli i jest spuchnięta. Postanawiamy, że pójdziemy do lekarza, bo jeśli noga jest nie tylko skręcona, a np. jakaś kość pękła, to nasze plany trekingowe będziemy musieli odłożyć na później. Do Nowej Zelandii zawsze będziemy mogli wrócić, zdrowie zaś ma się jedno i trzeba o nie dbać 😉 Pierwszy raz w naszej podróży mamy okazję testować nasze ubezpieczenie podróżne, które kupiliśmy jeszcze w Polsce w Gothaer. Spodziewamy się problemów, wypytywania itp. a tutaj takie miłe zaskoczenie, zero problemów. Justyna opisała sytuację, uprzejmy Pan z infolinii w ciągu 30 minut znalazł miejsce (szpital), do którego Justyna ma się udać w dowolnym momencie i po sprawie. Ubezpieczyciel nawet próbował dogadać się ze szpitalem, aby od razu przejąć koszty, szpital jednak nie wyraził zgody, bo odpłatność tutejszej służby zdrowia jest dopiero w momencie hospitalizacji, a nie wiadomo, czy ta będzie potrzebna. SMSem dostajemy adres, ewentualne koszty będziemy musieli pokryć z własnej kieszeni, a później faktury wysłać do ubezpieczyciela, a ten nam zwróci pieniądze.

Wstajemy rano, Justyna stwierdza, że z nogą jest lepiej, ale skoro możemy zrobić badania w ramach ubezpieczenia to i tak idziemy do szpitala. Na recepcji Justyna opisuje sytuację, a uprzejma pani pielęgniarka informuje nas, że jeśli wypadek miał miejsce w Nowej Zelandii, to niezależnie skąd się jest i czy ma się dodatkowe ubezpieczenie, pomoc należy się za darmo. Co za kraj! Justyna w ciągu 2 godzin ma wizytę u lekarza, rentgen i diagnozę. Lekkie zwichnięcie kostki, bez złamania ani żadnych pęknięć. Dostaje opaskę uciskową i zalecenie, żeby nogi nie forsować przez jakiś czas. Jeśli zaś ma wysokie buty za kostkę, to lekarz nawet powiedział, że może iść na tramping (tak tu się mówi na trekking). Super. Zarówno nasze ubezpieczenie, jak i nowozelandzka służba zdrowia zdały egzamin na 5. Wracamy do hostelu, Justyna zakłada trekkingowe buty i idziemy na krótki spacer, żeby obejrzeć te siarczyste, bulgocące tereny.

Następnego dnia z nogą jest coraz lepiej, więc znów idziemy na spacer, tym razem po lokalnym parku. Mnóstwo tam bulgoczących, parujących i różnokolorowych jeziorek i błotek. Jest też miejsce z basenami z naturalnie podgrzewaną wodą, gdzie można sobie wymoczyć nogi. Jarek korzysta na całego, Justyna zaś moczy tylko jedną, tą nie uszkodzoną.

Po południu z kolei idziemy już na większy spacer, do poleconego nam wcześniej Red Wood Forest, które znane jest z bardzo dużych, czerwonych drzew. W drodze do tej atrakcji przechodzimy oczywiście obok kolejnych śmierdzących siarką, aktywnych termalnie terenów. Spotykamy tam też przeróżne ptaki.

Gdy docieramy do lasu, przechodzimy dwoma krótkimi ścieżkami widokowymi. Pierwsza z nich wiedzie przez bardzo zielony las z dużą ilością mchu i paproci. Całkiem ładnie! Następnie spacerujemy trasą wśród dużych (bo słowo „ogromnych” to chyba jednak w tym wypadku przesada) drzew, których kora faktycznie ma czerwone zabarwienie. Znów całkiem ładnie, choć rodzimy dąb „Bartek” nie miałby się czego wstydzić w tym towarzystwie 😉

Jutro jedziemy do Turangi, gdzie planujemy zrobić jeden z najpopularniejszych trampingów w Nowej Zelandii – Tongariro Alpine Crossing, który wiedzie nieopodal Red Crater, lepiej wszystkim znanego jako Mordor z „Władcy Pierścieni”.

Reklamy