Dziś, po 30 dniach, żegnamy się z Nepalem, lecimy do Nowej Zelandii. Mamy 2 przesiadki, w Kuala Lumpur i na lotnisku koło Brisbane. Szybko odprawiamy się na malutkim lotnisku w Katmandu i wsiadamy do samolotu wraz z ogromną grupą młodych Nepalczyków lecących do Malezji do pracy. Zauważyliśmy to już wcześniej, ale podróż samolotem jeszcze bardziej utwierdza nas w przekonaniu, że nepalscy chłopcy przykładają ogromną wagę do swojego wyglądu. Stroją się, układają finezyjne fryzury a’la Tokyo Hotel, farbują włosy, niektórzy malują paznokcie. Jak wszyscy Azjaci robią sobie mnóstwo selfie. Na lotnisku, przed samolotem, w samolocie. Jarek nawet na kilka się załapał, został mistrzem drugiego planu robiąc głupie miny albo „rogi” w momencie pstrykania zdjęcia 🙂 Szczęśliwie pogoda jest całkiem dobra, mamy więc okazję podziwiać Himalaje z lotu ptaka a później jeszcze spektakularny zachód słońca.

Podczas pierwszego lotu początkowo nie siedzimy razem przez idiotyczną politykę cenową AirAsia, za siedzenie razem musielibyśmy dodatkowo zapłacić. Taki sam kłopot jak my ma jednak sporo osób, więc w trakcie lotu ludzie się przesiadają, przesiadamy się i my. Z tego całego zamieszania Jarek wychodzi jednak z nową znajomością i wyczyszczonym sensorem w aparacie 🙂 Początkowo siedzi obok Ryana Purvisa, który jest podróżnikiem i żyje z wrzucania filmików na youtube i ze sprzedawania fragmentów swoich nagrań do telewizji. W USA jest całkiem znany, bo nagrał filmik, jak za jego plecami dochodzi do erupcji wulkanu, a on zamiast uciekać to zaczął to nagrywać i robić sobie zdjęcia 🙂 W podróże jeździ z dronem i całą aparaturą do kręcenia filmów. Do drona mocuje aparat Sony a6300 (my mamy wcześniejszy model, a6000), twierdzi, że to najlepsze urządzenie do kręcenia filmów w HD, przynajmniej jeśli chodzi o takie, które można zamontować do drona. Ma też ze sobą wszystkie akcesoria do konserwacji aparatu, proponuje, że  wyczyści nasz sensor (jakkolwiek to nie brzmi), bo w paru miejscach jest lekko zabrudzony i niektóre zdjęcia musimy trochę retuszować, żeby nie było widać takich ciemniejszych, małych plamek na zdjęciach. W Nepalu robił trasę wokół Annapurny, mówi, że ma tyle dobrego materiału, że chyba zrobi cały film dokumentalny z tego 🙂 Naprawdę fajny gość!

W Malezji zostajemy na jedną noc, staramy się spisać nasze notatki z trekkingu w stronę Mount Everest, ale jest tego tak dużo, że udaje nam się uporządkować zaledwie kilka dni. Do tego dochodzi przejrzenie 1000 zdjęć które tam zrobiliśmy. Tak jak usuwanie zdjęć z pierwszych dni jest dość łatwe, dobrych zdjęć mamy stosunkowo niewiele, bo pogoda nie dopisywała i niewiele na tych zdjęciach widać, tak po wyjściu z Namche mamy już spory ból głowy. Widoki i pogoda były przepiękne, praktycznie nie mamy takich zdjęć, które chcielibyśmy odsiać! Po pierwszym podejściu z 1000 zdjęć zostaje nam około 300, po drugim sporo ponad 200, ostatecznie na bloga decydujemy się załadować aż 175 zdjęć. Choć te 125, które się nie załapały wcale nie są gorsze. Z kolei spisywanie treści z naszego różowego zeszyciku i korekta zajmą nam kolejnych kilka wieczorów.

Przesiadka w Australii poszła sprawnie, choć Jarek został wyciągnięty z tłumu, aby przejść kontrolę na obecność materiałów wybuchowych na ubraniu (?!) Z kolei gdy wylądowaliśmy w Auckland pracownicy lotniska umyli nasze buty i wyczyścili namiot i kije trekingowe, żebyśmy przypadkiem nie przywieźli ze sobą jakichś robaczków, które mogłyby zagrozić bioróżnorodności tutejszej przyrody. Buty mieliśmy akurat brudne, więc miło, że się nimi zajęli 🙂

Parę dni wcześniej popracowaliśmy jeszcze nad noclegiem w Auckland, jest tam strasznie drogo, więc wysłaliśmy kilka wiadomości na couchsurfingu. Odezwał się Ed, zaprosił nas do siebie na 2 noce, z czego my skrzętnie skorzystaliśmy. Na lotnisku kupujemy nowozelandzką kartę SIM, piszemy wiadomość do naszego hosta, jedziemy autobusem w umówione miejsce, skąd Ed razem ze swoją dziewczyną Sarą nas odbierają i jedziemy do ich domu. Bo choć w Auckland mieszka prawie tyle samo osób co w Warszawie, to mieszkańcy brzydzą się mieszkaniem w blokach i prawie wszyscy mają lub wynajmują całe domy. Tym sposobem powierzchniowo Auckland jest miastem ogromnym i niestety mocno zakorkowanym (ich zdaniem oczywiście, my żadnego korka nie uświadczyliśmy). Pierwszego wieczora kładziemy się wcześnie, jesteśmy zmęczeni długim lotem. Następnego dnia we czwórkę płyniemy do Devonport, które jest na półwyspie nieopodal Auckland, gdzie jest malutki pagór z którego świetnie widać całą panoramę miasta. Przechadzamy się też po lokalnym muzeum i dowiadujemy się, że na początku XX wieku Nowa Zelandia obawiała się inwazji carskiej Rosji, dlatego na wybrzeżu rozlokowana jest broń przeciwpancerna 🙂

Po powrocie do Auckland przechadzamy się też po porcie Waitemata i ścisłym centrum miasta.

Wieczorem gotujemy naszym gospodarzom obiad, dokładamy do tego butelkę nepalskiego czerwonego wina (niestety smakowało trochę jak Komandos, do tego o smaku jabłkowym). I spędzamy miły wieczór. Ed i Sara są zainteresowani naszą podróżą, pokazujemy więc dużo naszych zdjęć, zwłaszcza z Ameryki Południowej.

Następnego dnia bukujemy autobus w lokalnym odpowiedniku Polskiego Busa, jedziemy do Rotorui, znanej z aktywności geotermicznej. Zanim jednak to, idziemy załatwić sobie adapter, bo w Nowej Zelandii mają strasznie nietypowe gniazdka. Schodząc po schodach, Justyna ześlizguje się z jednego ze stopni i mocno wykręca kostkę. Strasznie boli, początkowo zastanawiamy się nawet, czy przypadkiem czegoś sobie nie złamała lub nie zerwała. Kostka jednak początkowo nie puchnie, nie pojawia się też żaden siniak, ból ustępuje przy siedzeniu. Pojawia się jednak ponownie przy chodzeniu. Idziemy więc usiąść do okolicznego McDonaldsa, do odjazdu autobusu mamy jeszcze około 2 godzin. W tym czasie kostka lekko zaczyna puchnąć. Mimo wszystko decydujemy więc pojechać do Rotorui, najpewniej pójdziemy tam do lekarza.

Reklamy