W Katmandu spędziliśmy w sumie około 6 dni. I mamy z tym miejscem kłopot, bo pomimo dużej ilości czasu tam spędzonego nie możemy o nim zbyt wiele powiedzieć. Może poza tym, że jest stolicą Nepalu i bazą turystyczną jest dzielnica Thamel. Nie zwiedziliśmy zbyt dobrze tego miejsca, szczerze mówiąc, to nie mieliśmy na to najmniejszej ochoty. Poruszanie się tu jest koszmarem. Wąskie uliczki, tysiące osób próbujących się przecisnąć pomiędzy budynkami, samochodami, motorkami i krowami (!). Trudno nawet się ze sobą rozmawia, bo wszędzie słychać klaksony. Widać też, że miasto ucierpiało w wyniku zeszłorocznego trzęsienia ziemi. Drogi są w dramatycznym stanie, co jakiś czas widać też ruiny domów, tj. całe góry gruzu, który do tej pory nie został uprzątnięty. Jakość powietrza również jest fatalna, sporo osób chodzi w maskach.

Swój pobyt w Katmandu ograniczyliśmy więc do niezbędnego minimum, którym było: przygotowanie się do wyprawy w Himalaje, odpoczęcie po wyprawie, naprawienie telefonów (udało się naprawić oba smartfony), przygotowanie wyjazdu do Chitwan oraz dotarcie na lotnisko, co by się z Nepalu się ewakuować.

Zupełnie nie mamy tam ochoty wracać, ściskamy jednak kciuki, żeby podniosło się z tego dramatycznego stanu w którym znajduje się obecnie. Bo może być już tylko lepiej.

Nepal naprawdę jest magiczny, góry na północy są po prostu niesamowite, Himalaje to chyba najpiękniejsze miejsce na Ziemi, a na pewno najpiękniejsze które widzieliśmy w swoim życiu. Żyją tam też dobrzy ludzie, Nepalczycy są bardzo przyjaźni i uczciwi. Szkoda, że mieszkając w mieście żyje się w tak złych warunkach.

Reklamy