Wbrew pozorom Nepal to nie tylko Himalaje, na południu tego kraju jest dżungla, a w niej tygrysy, słonie, krokodyle, kobry i nosorożce. Zwierzaki żyją w Parku Narodowym Chitwan, który graniczy z Indiami. Ci po swojej stronie też mają park, łącznie więc powierzchnia dżungli jest całkiem spora.

Gdy już doszliśmy do siebie po blisko 3 tygodniach w Himalajach, pojechaliśmy zobaczyć to miejsce na własne oczy. Dostanie się tam jest stosunkowo proste, za 500 rupii (20 zł) można kupić bilet autobusowy prawie pod samo wejście do parku. Tak też robimy, do przejechania mamy niecałe 150 km, wyjeżdżamy rano, ale jak to w Nepalu, drogi są w dramatycznym stanie i na miejscu jesteśmy dopiero wieczorem. Szybka rundka po okolicznych guesthousach, w międzyczasie orientujemy się też w aktualnych cenach poszczególnych atrakcji parku. Jednego dnia chcielibyśmy pójść na cały dzień do dżungli z przewodnikiem, zaś drugiego pojechać do dżungli na słoniu (podobno w tej sposób można zobaczyć dużo zwierząt). Znajdujemy miejsce gdzie dostajemy najlepszą cenę, udaje się też sprawnie ogarnąć organizację tych dwóch wycieczek. Wieczór spędzamy przy pięknym zachodzie słońca.

Następnego dnia wstajemy wcześnie rano, pakujemy się, a przeglądając rzeczy Justyna orientuje się, że w torebce nie ma sakiewki z paszportami… Nie pierwszy raz odkładamy coś nie na swoje miejsce, więc spokojnie przeglądamy plecaki, przetrząsamy pokój, odsuwamy łóżka. No, kiepsko, nie ma. Idziemy więc na recepcję, pytamy czy wczoraj przy rejestracji nie zostawiliśmy może paszportów albo czy ktoś z obsługi ich nie znalazł, ale nic z tego, nie ma. Jeszcze raz przewertowaliśmy plecaki i nic 😦 Pozostaje opcja, że albo wypadły nam z torby w autobusie albo po drodze z przystanku do guesthousu. Dzwonimy do firmy w której kupiliśmy bilety, ale tam o żadnych paszportach nic nie wiedzą. Idziemy więc drogą, którą przyszliśmy z przystanku. Rozglądamy się dookoła, pytamy kolejnych ludzi… nic… 😦 W tym momencie zaczynamy myśleć o konsekwencjach, wesoło nie będzie, tym bardziej, że za kilka dni kończy nam się wiza, a lot do Nowej Zelandii mamy już wykupiony. Docieramy na przystanek autobusowy i widzimy autobus, którym przyjechaliśmy do Chitwan. Biegniemy do kierowcy i pytamy się, czy nie znalazł naszych dokumentów. Mówi, że nie. Wczoraj wysprzątał cały autobus i nic nie znalazł, ale jak chcemy, to możemy się rozejrzeć w środku. Zrezygnowani i już prawie pogodzeni ze stratą i szybszym niż planowany powrotem do Polski, podejmujemy ostatnią próbę. Justyna wchodzi sprawdzić miejsca na których siedzieliśmy. Na fotelach, pod nimi, ani nad nimi nie ma. Masakra!!! Na sam koniec Justyna sprawdza jeszcze szparę miedzy fotelem a ścianą i JEST!!! Tak się schował że nawet przy sprzątaniu go nikt nie zauważył. Uffffff, co za ulga! A już widzieliśmy siebie jak nas deportują z Nepalu.

Pa takiej dawce adrenaliny kawa nie będzie już nam potrzebna przynajmniej przez tydzień. Uradowani wracamy do guesthousu i już na spokojnie wyruszamy na trek po dżungli. Idziemy w czwórkę, tzn. nasza dwójka i dwóch przewodników. Ze względów bezpieczeństwa my idziemy w środku, przewodnicy na początku i końcu, uzbrojeni w kije. Zostajemy poinstruowani jak się zachować gdyby zaczął nas gonić nosorożec (trzeba coś rzucić za siebie, uciekać zygzakiem i schować się za najbliższe drzewo) albo tygrys (tu już szanse są raczej marne, pozostaje modlitwa). Przeprawiamy się przez rzekę i wkraczamy do lasu. Chodzimy tak z godzinę i nie widzimy ani jednego zwierzaka, są za to ciekawe roślinki i owady.

Dalej zmierzamy w kierunku wysokich traw, w których podobno nosorożce lubią uciąć sobie drzemkę. Po drodze trafiamy na ślad odciśnięty w błocie. Nasz przewodnik mówi że to ślad tygrysa. Nieźle! dsc09703

Przedzieramy się przez gęste i bardzo wysokie trawy. Raz na jakiś czas nasz przywódca próbuje coś wypatrzeć przez lornetkę, jednak poza ptakami nic więcej nie dostrzega. Niestrudzeni przemierzamy tę gęstwinę dalej, aż słyszymy jakiś szmer, szelest. Czyżby to był nosorożec? TAK! Spotykamy go jak pałaszuje trawę. Nie możemy podejść zbyt blisko, bo to niebezpieczne. Nosorożce są bardzo terytorialnymi zwierzętami i mogą nawet zabić człowieka, potrafią się też rozpędzić do 40 km/h. Z oddali Jarek stara się zrobić jak najlepsze zdjęcie, niestety trawa nieco przeszkadza. Wychodzi też nieumiejętność wyłączenia autofocusa, który nie łapie ostrości na zwierzaka i robi zdjęcia trawy :/ Tak czy siak, nosorożec jest naprawdę ogromny, nie wiedzieliśmy, że to takie potężne zwierzęta! Musimy jednak się spieszyć, robimy kilka zdjęć i odchodzimy na bezpieczną odległość. Bardzo się cieszymy, spotkanie nosorożca w październiku nie jest czymś zupełnie oczywistym, dużo łatwiej go spotkać w maju, przed monsunem, kiedy trawy są niskie.

Odhaczenie pierwszego nosorożca spowodowało jednak, że nasi przewodnicy poczuli, że ich misja na dziś jest spełniona i strasznie się rozleniwili. Zrobiliśmy sobie ponad godzinną przerwę na obiad, po 2 godzinach przerwę na drzemkę i ogólnie od tego momentu przestało być ekscytująco. dsc09738

Widzimy jeszcze sporo małp, kilka słoni (ale nie takich co żyją na wolności), jakieś niedźwiedzie kryjówki (ale bez niedźwiedzi w środku), sporo jeleni, a wracając łódką widzimy krokodyle. Lepiej więc z niej nie wypaść! Na plus możemy też zaliczyć to, że nie stanęliśmy oko w oko z tygrysem lub kobrą. Oba zwierzęta są nieśmiałe i unikają ludzi, ale rozdrażnione są śmiertelnie niebezpieczne. Około 17:00 wróciliśmy do guesthousu. Dzień zdecydowanie na plus – znaleźliśmy i paszporty, i nosorożca 🙂

Następnego dnia jedziemy na słonie. W sumie to nie słyszeliśmy dużo o tego typu wędrówce przez dżunglę, ale z tego co przeczytaliśmy w internecie wynikało, że słonie poruszają się z dużą gracją, są ciche i dzięki temu inne zwierzęta nie uciekają przed nimi w gęstszy busz. Siedząc na słoniu można więc zobaczyć więcej niż podczas samochodowego safari lub idąc z przewodnikiem przez dżunglę. Powinniśmy byli jednak poświęcić nieco więcej czasu na research. Gdy rano dojeżdżamy na miejsce, uderza nas, że jesteśmy jedynymi białymi turystami. Oprócz nas sami Hindusi i Nepalczycy. Szybko zaczynamy rozumieć dlaczego, gdy po paru minutach od wejścia na słonia widzimy, jak nasz przewodnik bambusową pałką bije tego biedaka po głowie! W drugiej ręce ma taki metalowy pręt zakończony piką, którą dźga słonia, żeby szedł tak jak on chce. Patrzymy na naszych towarzyszy z Nepalu, którzy siedzą razem z nami, ale oni w żaden sposób nie reagują. Justyna zwraca się więc do tego przewodnika, żeby przestał bić słonia. Podziałało jednak tylko przez chwilę, po parunastu minutach słoń ponownie otrzymuje cios. Najchętniej byśmy zrezygnowali z tej wycieczki, jesteśmy jednak już zbyt daleko, musimy ją dokończyć.

Z całej naszej podróży dookoła świata ta konkretnie wycieczka jest najgorszą, najbardziej koszmarną w której uczestniczyliśmy. Nie zobaczyliśmy żadnych zwierzaków, byliśmy świadkami znęcania się nad słoniem i do tego zapłaciliśmy za to. Postanawiamy więc pójść na policję i opowiedzieć w jaki sposób traktuje się zwierzęta. Pytamy ludzi w wiosce o to, czy jest tu jakiś komisariat, idziemy we wskazane miejsce, ale go tam nie ma. Idziemy więc złożyć reklamację w naszym guesthousie, bo to skandal, że ktoś w ogóle sprzedaje bicie zwierząt jako atrakcję turystyczną. Tu jednak nic nie udaje nam się wskórać, operator wycieczki nie chce zwrócić pieniędzy ale twierdzi, że zwróci uwagę przewodnikowi, żeby na przyszłość tak nie robił. Fajnie, zwróci mu uwagę, żeby nie znęcał się nad słoniem, ten posłucha i od teraz będzie sielankowo. Najlepiej jakby ktoś po prostu zamknął ten przybytek, bo szkoda zwierząt, a na dodatek jest to jedna wielka antyreklama tego parku i powód do wstydu dla Nepalu. Niestety, niewiele możemy zrobić, po prostu odradzamy wszystkim tego rodzaju atrakcje.

Następnego ranka wyjeżdżamy z Chitwan, wieczorem dojeżdżamy do Katmandu, skąd za parę dni mamy lot do Nowej Zelandii.

Reklamy