Dzień 15, Lobuche (4910) – Gorak Shep (5140) – Kala Patthar (5550) – Gorak Shep, 8 km

To dziś jest ten wielki dzień, kiedy w końcu zobaczymy Mount Everest z bliska. Tak bliska, jak na wyciągnięcie ręki. Trzeba tylko odpowiednio wcześnie wstać, znaleźć pokój w Gorak Shep i wspiąć się na szczyt małej, okolicznej górki Kala Patthar. Taki sam plan jak my ma też całe mnóstwo osób, jest bowiem wiedzą w miarę powszechną, że Gorak Shep to pipidówa z bardzo niewielką liczbą guesthousów (naliczyliśmy jakieś 4). Znów więc startujemy w wyścigu, żeby spać na łóżku, a nie na podłodze. Ruszamy o 6:30, jesteśmy jakieś 10-15 minut za peletonem. Na trasie wszystko jednak nadrabiamy, osoby zaczynające od Lukli i idące w dużych grupach są sporo wolniejsze od nas. Początek trasy jest w miarę łatwy, lekko pod górę, dalej po płaskim. Po godzinie marszu dochodzimy do przełęczy Lobuche Pass, które jest na 5110 i które jest pierwszym miejscem, gdzie mamy okazję się mocno zmęczyć w drodze do Gorak Shep. Robimy sobie sporo przerw, idziemy powoli, powłócząc nogami i mocno sapiąc. W drodze mijają nas równie umęczone jaki (choć to kiepskie określenie, zwierzęta wyglądają na półżywe), dajemy się też wyprzedzić grupce osób które szły bez plecaków.

Za przełęczą trasa w teorii jest płaska, ale w praktyce jest mocno pofalowana, idzie się po rumowisku, ciągle trochę w dół i trochę w górę. Co odczuwają nasze kolana, a zwłaszcza mocno zmęczone lewe kolano Jarka, które już od paru dni woła do niego o litość. W pewnym momencie wyprzedza nas poznany wczoraj Erpeańczyk (mieszkaniec RPA?), który co prawda jeszcze rano wyglądał, jakby miał wrócić do Katmandu na sygnale, ale nagle wstąpiły w niego nowe siły i stwierdził, że przejdzie się 10 minut. Z tych 10 minut ostatecznie zrobiły się 4 godziny, których potrzebował na wejście na Kala Patthar. Szacun!

Gdy doszliśmy do Gorak Shep (ok 9:00), rozdzielamy się z Justyną i idziemy szukać pokoju. Pierwsze miejsce – pudło, wszystko zajęte. Drugie – może coś będzie, ale trzeba poczekać, nie wiadomo. Udało się za trzecim razem, gdzie początkowo dostajemy pokój gospodarczy, który współdzielimy z jakimś agregatem spalinowym. Po pół godziny możemy jednak przenieść się w bardziej przyjazne miejsce, tj. do pokoju z oknem. W międzyczasie zaznajamiamy się z parą Francuzów, którzy są już w Nepalu od ponad miesiąca, a dziewczyna będzie podróżować jeszcze kolejnych 7 miesięcy dookoła świata. Jemy bardzo wczesny obiad i chwilę później ruszamy na Kala Patthar.

Kala Patthar (5550)

W teorii z Gorak Shep na szczyt idzie się 3 godziny w jedną stronę. Ostatecznie na szczycie meldujemy się po 2:10 godziny marszu w górę, zaś samo zejście trwało około godziny. Po drodze spotykamy niewiele osób, zaś na samym szczycie jesteśmy kompletnie sami! A widoki dookoła są naprawdę wspaniałe, zapierają dech w piersiach. Wokół nas same 8, 7 i 6-tysięczniki, na niebie ani jednej poważnej chmurki. Zza Lhotse wyłonił się w końcu Mount Everest, który rzeczywiście wydaje się być tak blisko, że można by na niego zrobić jednodniową wycieczkę. Robimy sesję zdjęciową i po pół godzinie schodzimy ze szczytu.

Tym razem mijamy sporo osób, mamy więc szczęście, że w czasie gdy byliśmy na górze szczyt był tylko dla nas. Wróciliśmy do guesthousu i przycięliśmy komara. Choć jest dopiero 14:00, dzień możemy uznać za udany. Wieczorem gramy z nowopoznanymi Francuzami w makao. Nie znają zasad, więc ich ogrywamy 🙂

Dzień 16, Gorak Shep (5140) – Debuche (3745), 20 km

Dziś rozpoczynamy 3-dniowy proces schodzenia do lotniska w Lukli. Do Katmandu wracamy bowiem samolotem. Po południu chcielibyśmy dojść do Pengboche, które jest oddalone od Gorak Shep o 17 km. Daleko, ale biorąc pod uwagę, że przez prawie całą trasę powinniśmy mieć z górki, wydaje się do zrobienia. Rano wstajemy późno, bo możemy 🙂 Już z nikim się nie ścigamy, powoli pałaszujemy ostatnią owsiankę, wypijamy ciepłą herbatę i o 8:45 żegnamy się z Gorak Shep. Początkowo, aż do Lobuche Pass, trasa wiedzie rumowiskiem. Raz w górę, raz w dół, do tego mijamy się z całą chmarą turystów, tragarzy, jaków i ich poganiaczy, którzy zmierzają w przeciwnym kierunku. Poruszamy się więc raczej powoli. Inna sprawa, że wciąż jesteśmy powyżej 5000 metrów, więc pośpiech nie jest wskazany.

Po około 2 godzinach marszu spotykamy najpierw tragarza Irańczyków, a dalej ich samych. Rozdzieliliśmy się za Namche, oni poszli w stronę Gokyo, my Kala Patthar. Obie trasy można połączyć w pętlę idąc przez przełęcz Cho La Pass (5400), na co właśnie oni się zdecydowali. My jednak Gokyo odpuszczamy. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia, wstępnie umawiamy się z nimi w Chitwan i idziemy dalej.

W Lobuche zatrzymujemy się jeszcze na szybką herbatę i batona. Idąc dalej spotykamy kolejną towarzyszkę naszego marszu z Jiri – Francuzkę Isabelle. Ona również była w Gokyo, opowiadała o tym miejscu z zachwytem. Wielka szkoda, że my w obecnym stanie nie nadajemy się na przejście przez Cho La Pass, bo miejsce musi być piękne. Sytuacja jest jednak taka, że mamy popsute oba telefony, Justynę pobolewa głowa i gardło, Jarka boli lewe kolano, do tego idziemy przecież bez tragarza, a przełęcz na 5400 sama się  nie przejdzie. Nawet przy najlepszych chęciach nie damy rady. Około 14:00 dochodzimy do Periche. Idziemy naprawdę malowniczą doliną, w której roślinność przygotowuje się do zimy. Jest cała masa czerwonych, żółtych i burozielonych liści, w tle wysokie góry. Jedyny minus – strasznie wieje. W sumie to nawet nie jest zimno, ale przez wiatr musimy się szczelnie opatulić.

Z Periche dzieli nas jeszcze 6 km do naszego dzisiejszego celu – Pengboche. Najpierw trochę w górę, później mocno w dół. Psuje się pogoda, idziemy we mgle, chcemy dojść jak najszybciej, bez dłuższych przerw. Po ok. 2 godzinach wydaje się, że już powinniśmy dojść na miejsce. I popełniamy fatalny błąd, sugerujemy się znakiem, a nie zdrowym rozsądkiem. Mamy do wyboru 2 ścieżki, jedna lekko w górę, druga w dół. Znak wskazywał, że Pengboche jest w górę, tak też idziemy. Dochodzimy jednak do Pengboche GÓRNEGO, gdzie trafić nie chcieliśmy. Możemy się cofnąć lub pójść dalej, spróbować dojść do kolejnej wioski. I znów zły wybór, decydujemy się iść dalej. Do zmierzchu coraz bliżej, idziemy już dość długo, a kolejnej wioski ciągle nie widać na horyzoncie. Wkrada się w nas trochę więcej zdenerwowania, w myślach przeklinamy autora mylących znaków i naszą decyzję o dalszym marszu. Dochodzimy do Debuche jak zaczyna się szarówka, jeszcze pół godziny i zapadnie czarna noc. Dostajemy pokój, jemy kolację. Jest mało smaczna, jak z resztą cała końcówka tego dnia. Jutro idziemy do Namche, tam na pewno trafimy bez problemów.

Dzień 17, Debuche (3745) – Namche Bazar (3440), 10 km

Wstajemy nieśpiesznie, dziś tylko 10 km, wyruszamy około 8:00. Mimo iż Namche jest o jakieś 400 metrów niżej, to droga prowadzi raz w górę, raz w dół. Na początku jest mega zimno, więc tym bardziej przemy do przodu, by było trochę cieplej. Całe szczęście od Tengboche zza chmur wychodzi słońce. Maszerujemy w dół, potem w górę, trochę płaskiego i znów w górę. Tak przez 4 godziny. Ale za to jest ładnie.

Trochę po 12:00 już jesteśmy w Namche. Meldujemy się w guesthousie, w którym spaliśmy parę dni wcześniej. Zapamiętaliśmy to miejsce, bo wieczorami urzęduje tam kucharz, który potrafi cuda. Postarał się i tym razem, to co jemy na obiad i kolację to niebo w gębie, a momo jego roboty to chyba najlepsze pierogi świata. Oprócz jedzenia raczymy się również gorącym prysznicem. W końcu możemy zmyć z siebie kilkudniowy bród i pot. Wyżej na szlaku prysznic jest mega drogi i do tego najczęściej jest na zewnątrz, więc do najprzyjemniejszych nie należy. Tego dnia kupujemy jeszcze bilety z Lukli do Katmandu na pojutrze. Mają stałą cenę (wszystkie linie sprzedają bilety za 159 dolarów), lotów jest sporo, więc nic nie straciliśmy na tym, że nie zabukowaliśmy ich z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Zyskaliśmy zaś elastyczność.

Dzień 18. Namche Bazar (3440) – Lukla  (2850), 18 km

Nadszedł ten dzień – ostatni dzień naszego treku. Zostało nam do przejścia tylko 18 km do Lukli. Pogoda niezbyt dopisuje, jest zimno i pochmurno, wygląda jakby miało zacząć padać. Trochę nas to martwi, bo to może oznaczać opóźnienia, a nawet brak lotów z Lukli. Tuż za Namche, w jednym z Check Postów, meldujemy koniec naszej wyprawy. Nie ma już odwrotu, za chwilę kończymy przygodę z Himalajami. Po 4 godzinach dochodzimy do Phakding, w sam raz na obiad. Po godzinnej przerwie ponownie wracamy na szlak. Mijamy się z dużymi grupami turystów i tragarzy, sporo osób z Polski. Niektórzy niosą duże plecaki z doczepionymi namiotami. Oni jeszcze tego nie wiedzą, ale za 2-3 dni zostawią te namioty na przechowanie w jakimś guesthousie, bo nie będą mieli z nich żadnego pożytku (chyba że chcą zejść ze szlaku, ale to już trochę szaleństwo). Idzie też spora grupka Azjatów z koszulkami z napisem Ama Dablam Expedition. Parę dni temu z tej góry zeszła duża lawina, odrywają się kolejne fragmenty lodowca i my byśmy na ich miejscu się tam nie pchali. Ale może to taka ekspedycja, co by zdjęcia z daleka robić 🙂

Z lotniska w Lukli wraca też wielu tragarzy, którzy transportują towary i jedzenie w stronę Namche. To jest strasznie, strasznie ciężka praca. Trudno to nawet opisać. Żeby sobie uzmysłowić jakie ciężary przenoszą Ci ludzie, wystarczy spojrzeć co niosą. I tak pewien 15-latek (na oko) niósł 10 kartonów piwa, w każdym kartonie 24 puszki po 0,33 litra . 10 x 24 x 0,33=80 litrów samego płynu. Do tego dochodzi waga puszek, kartonów i kosza w którym je niósł. Wychodzi więc co najmniej 85 kilogramów!!! 85! A sam waży maksymalnie 60. I ten biedak musi dziś je przenieść 18 kilometrów pod górę, żeby zarobić parę dolarów. Kosze zrobione są w ten sposób, że ciężar spoczywa na głowie, a nie na barkach. Od samego patrzenia pęka serce.

W drodze raz na jakiś czas robimy przerwy, podczas jednej Justyna wygrzebuje coś z plecaka, czym budzi zainteresowanie okolicznych dzieci. Najpierw podchodzi dwójka, później kolejne i tak oto Justyna robi furorę we wsi 🙂 Co prawda nikt nie umie powiedzieć o co dokładnie chodzi, ale dzieci zaczynają się kolejno przedstawiać, podchodzą, dotykają, później się gonią, jest śmiesznie 🙂 Ogólnie ludzie w Nepalu są bardzo pogodni i otwarci.

Do Lukli jeszcze jakieś 2 godziny, trochę się nawet rozpogadza. Niestety nepalska pizza którą wcześniej zjedliśmy nie posłużyła Jarkowi i końcówka trasy jest dla niego wyczerpująca. W Lukli jesteśmy po 15:00, szybko znajdujemy pokój. Jarek pada na wyro, wygląda na mało przytomnego i najbliższe parę godzin spędzi w pozycji embrionalnej, Justyna z kolei idzie potwierdzić jutrzejszy lot. Lot z najbardziej niebezpiecznego lotniska na świecie. Jak dobrze pójdzie, jeśli pogoda dopisze, to już jutro będziemy w Katmandu. Trochę nam żal, a trochę nie możemy się już doczekać. Żal pięknych widoków i przygody, ale przydałoby się w końcu porządnie umyć, wyprać rzeczy i wykurować.

Dzień 19 – wylot.
Lot mamy o 10:00, w okolice lotniska doczłapujemy więc ok. 8:00. W drodze obserwujemy kolejne starty i lądowania samolotów na tym mikrusie. Pas startowy jest bardzo krótki, ma zaledwie 500 metrów (choć wygląda raczej na 200) i jest mocno pochylony, żeby samoloty po wylądowaniu szybciej wyhamowały. Podobno jest to najniebezpieczniejsze lotnisko świata i patrząc na nie z bliska – wcale nas to nie dziwi.

Czas do wylotu spędzamy na ważeniu się, patrzeniu na samoloty i czytaniu książek. Chwilę przed 10:00 wchodzimy do malutkiego samolociku, oprócz nas jest jeszcze jakieś 10-14 osób. Pilot włącza silniki, nagle robi się głośno i ruszamy w dół stoku, który imituje pas startowy. Po chwili jesteśmy już w powietrzu. Lecimy na niskiej wysokości, pomiędzy górami. Na niebie są chmury, nie widzimy więc ośnieżonych szczytów Himalajów, możemy za to obserwować kolejne wioski, pola ryżowe i zielone doliny, które rozpościerają się pod nami. Po niecałych 30 minutach dolatujemy do Katmandu, twarde lądowanie i jesteśmy na miejscu! Teraz to już z górki – taksówka, dojazd do hostelu, odebranie zdeponowanych rzeczy, Jarek idzie oddać wypożyczone śpiwory, przy okazji zahacza też o serwis telefonów komórkowych, apteka, sklep z owocami. Na kolejny przemarsz do miasta zabiera ze sobą 9 kg brudów i idzie z nimi do pralni. Resztę dnia spędzamy na doczytywaniu internetu, jedzeniu i spaniu. Powoli planujemy też kolejny wyjazd, tym razem do Parku Narodowego Chitwan, w którym żyją nosorożce.

Podsumowanie
Łącznie w 16 marszowych dni przeszliśmy około 195 km w poziomie, w pionie około 10000 metrów pod górę i 10000 metrów w dół. Popsuliśmy 2 smartfony, z powrotem przywozimy też parę kilogramów Polaków mniej (to akurat na plus). Ogólnie to najlepszy trek jaki do tej pory zrobiliśmy. I najpiękniejsze miejsce w którym byliśmy. Jeszcze tu wrócimy!

Reklamy