Dzień 11, Namche Bazar (3440) – Tengboche (3885), 9.2 km

Śniadaniowego żarcia zostało nam już tylko na 4-5 dni, decydujemy więc, że póki jest w miarę tanio, to dzisiejsze śniadanie zjemy w guesthousie. Dostajemy po małym omlecie, na trasie będziemy więc musieli dobić kalorie wcześniej zakupionymi batonami. Co wcale nam nie przeszkadza 🙂 Plan na dziś to dotrzeć do Tengboche, nieco ponad 9 km od Namche, na wysokości 3885 (Namche 3400). Jeszcze ostatnie spojrzenie na wioskę i w górę!

Wydaje się, że na trasie jesteśmy jednymi z pierwszych tego dnia. Po 30 minutach docieramy do stupy na szczycie lokalnego wzgórza, przed nami doskonale widać Mt. Everest, Lhotse, Nuptse, bliżej jest Ama Dablam i jakieś tam inne górki jeszcze. Jest tak pięknie, że zatrzymujemy się na dłuższą chwilę i robimy zdjęcia. Całej tej kompozycji, przed którą właśnie stoimy, dodają uroku powiewające modlitewne flagi.

Po chwili dochodzi do nas Francuzka (ma nawet imię, Isabelle), robimy sobie pamiątkowe zdjęcie, nie wiemy czy jeszcze się z nią spotkamy. Ona za chwilę odbija na trasę w stronę jezior Gokyo, my idziemy na Kala Pathar. Przerwa nam się przedłuża, dalej idziemy już w całkiem licznej grupie. Szlak jest dobrze utrzymany, jest w miarę płasko, mamy więc spacer w pięknej scenerii. Nie robimy dłuższych przerw, więc po 1-2 godzinach wychodzimy na czoło peletonu, zaś przed samym podejściem do Tengboche udaje nam się jeszcze znaleźć skrót (tj. bardziej pionową ścieżkę niż sugerowana), którą do Tengboche chadzają Szerpowie.

Dochodzimy do wioski jako jedni z pierwszych. I zaskoczenie – co za pipidówa! Gdzie ci wszyscy ludzie, którzy jeszcze są na szlaku, mają się pomieścić? Czy dla nas będzie w ogóle gdziekolwiek miejsce? Przecież większość osób idzie w zorganizowanej grupie, z przewodnikiem, tragarzami, więc mają porobione rezerwacje. W pierwszym miejscu, w którym pytamy o wolne pokoje, zostajemy odesłani z kwitkiem. Udaje się w kolejnym, dostajemy ostatni dostępny pokój, wyłącznie dlatego, że nie mamy ze sobą obciążenia pt. przewodnik i tragarz, dla których miejsca już by nie było. Siadamy do obiadu i słyszymy, jak kolejne osoby pytają o pokój i dostają odpowiedź „no, it’s full”. Tak, dziś mamy szczęście. Ale już wiemy, że następny dzień zaczniemy o 5:00, żeby być na szlaku przed wszystkimi. Niestety, od teraz uczestniczymy już w wyścigu o wolne łóżka. Późnym wieczorem okazuje się jak dużo mamy szczęścia, w jadalni na podłodze i na ławach, z braku miejsc, do spania szykuje się co najmniej 12 osób.

Dzień 12, Tengboche (3885) – Dengboche (4410), 10 km

Pobudka 5 rano, budzik dzwoni, tylko wyświetlacz coś cały czarny, jakby nie działał… Tylko tego nam brakowało, drugi popsuty telefon w ciągu tygodnia! Ewidentnie nie mamy szczęścia do elektroniki. Po 20 minutach prób reanimacji poddajemy się i szykujemy do drogi, telefonem zajmiemy się w Katmandu. Pakowanie, owsianka i chwilę po 6 siedzimy w jadalni na herbacie. Co niektórzy jeszcze tam dosypiają, reszta zbiera śpiwory z podłogi. W drogę ruszamy 6:35. Szybko dorabiamy się towarzysza, bo Justyna nie potrafi się oprzeć i bawi się z jakimś psiakiem. Jemu tak się podoba, że postanawia za nami iść 🙂

dsc09184

Początkowo ścieżka jest bardzo łatwa, biegnie w dół. Idziemy 500 metrów, pies dalej za nami. Po jakimś czasie mijamy wioskę Deboche, psa nie widać, dobrze, może po tym dłuższym spacerze postanowił wrócić? Za wioską zaczyna się pierwsze podejście, szybko się męczymy, brakuje powietrza. Na tej wysokości (ponad 4000) potrzebujemy już aklimatyzacji, bez dwóch zdań.

Do Pengboche (wioska po drodze) docieramy po niecałych 2 godzinach. Podeszliśmy jakieś 200 metrów w górę, a już musimy sobie zrobić odpoczynek. Odstawiamy plecaki, pijemy wodę i… widzimy psa. Niepostrzeżenie, ale całą tą trasę za nami szedł. My wstajemy, pies wstaje, idziemy dalej. Droga już tylko pod górę, jeszcze nieco ponad 400 metrów przewyższenia. Nie jest bardzo stromo, idzie się dobrze. Widoki zachwycające. Z naszym tempem nie jest chyba źle, bo mijamy wielu innych turystów. Po chwili docieramy do Dengboche. We trójkę, rzecz jasna 🙂

Przed 11:00 meldujemy się w guesthousie poleconym przez naszych gospodarzy w Tengboche. Chcemy zostać na 2 dni. Jutro musimy zrobić aklimatyzację, żeby ciało oswoiło się z niedostatkiem powietrza i nie wywinęło żadnego smutnego numeru powyżej 5000 (na tej wysokości ilość powietrza to około 50% tego, co na poziomie morza). Nie robiąc aklimatyzacji ryzykujemy bowiem chorobą wysokościową, która w skrajnych przypadkach kończy się obrzękiem płuc lub mózgu (a w konsekwencji wiadomo czym). Ale to w skrajnych przypadkach, w większości tylko boli głowa lub nie pracują jelita. Lekarstwem są liście koki (najsmaczniejsze są w formie herbatki, http://www.komuwdroge.pl lubi to!), a jak nie pomaga, to trzeba zejść niżej i odczekać. Dlatego aklimatyzacja jest ważna, pozwala uniknąć nieprzyjemności. Wracając jednak do opowieści, w guesthousie dostajemy pokój, ale tylko na 1 dzień. Bierzemy, a na jutro na pewno znajdziemy coś innego. Zamawiamy lunch, później zapijamy go herbatą i zajmujemy się nicnierobieniem, podziwiając jednocześnie ośnieżony szczyt Lhotse i czajnik, w którym woda podgrzewana jest przez odbicie i skupienie promieni słonecznych, a ognisko znajduje się na czajniku. Niezły patent!

Do stolika obok nas dosiada się wycieczka z Czech, z Ostrawy. Uczestniczy w niej Polak, ksiądz, który nawet zaprosił nas na modlitwę nieopodal lokalnej stupy. My się nie skusiliśmy, ale Czesi poszli całą grupą. A niby taki laicki naród! Z naszej strony najbliższa aktywność fizyczna przewidziana jest na jutro, spróbujemy się przejść na którąś z okolicznych górek. Wypatrujemy jeszcze psa, ale chyba postanowił wrócić do siebie.

Dzień 13, Spotkanie u Kukuczki, około 13 km w obie strony (4410-4900)
Dzień rozpoczynamy na dwa podejścia, tj. najpierw Jarek wstaje o 1:30 i wychodzi z aparatem robić zdjęcie Himalajów nocą. Noc jest bezchmurna, lecz mało gwieździsta, bo akurat jest pełnia i przy długim naświetlaniu kolejne zdjęcia wychodzą jakby były robione za dnia. Trudno, może spróbujemy jeszcze raz za parę dni. Właściwy poranek przychodzi o 7:00, jemy paszę, zapijamy ją herbatą, przenosimy graty do innego guesthousu. O 8:00 ruszamy na zaplanowany spacer aklimatyzacyjny. Planujemy iść w stronę Island Peak Base Camp, 11 km w jedną stronę, więc raczej nie dojdziemy do celu, ale jakoś nas to nie martwi. Tego dnia chodzi nam tylko o to, żeby spędzić parę godzin na wysokości między 4700 a 4900, by później nie mieć problemów w Lobouche i Gorak Shep (odpowiednio 4900 i 5100). Łącznie chcemy więc podejść 500 metrów powyżej Dengboche. Początek trasy jest stosunkowo męczący. Nie wiemy z czego to wynika, ale nie ważne jak wymagający byłby początek trasy, jest on zawsze dla nas najtrudniejszy. Po pół godzinie idzie nam się dużo lepiej. Towarzyszy nam nepalska rubinowa jesień.

W oddali widzimy poznanych wczoraj Czechów i księdza Polaka. Szybko ich doganiamy i do jedynej wioski na trasie dochodzimy razem. Przed samą wioską jest kurhan poświęcony trójce polskich himalaistów, którzy zginęli w Himalajach, m.in. Jerzemu Kukuczce, który zginął na południowej ścianie Lhotse. W kolejnych dniach będziemy widzieli jeszcze masę grobów wspinaczy z dawnych lat, całą galerię sław. Przypominają, że łatwo tu o fałszywy krok.

 

Przerwa na herbatę i dalej idziemy sami. Urealniamy plan i teraz już chcemy dojść tylko do jeziora, do którego brakuje nam teoretycznie 1-1,5 godziny, jezioro jest na 5010. Początek jest mocno w górę, wydaje nam się ze wspięliśmy się na 4900. Po drodze robimy dużo zdjęć, jesteśmy w pięknym miejscu.

Idziemy już jakiś czas, mijane osoby mówią nam, że do jeziora jeszcze godzina. Trochę nam się to nie zgadza z naszymi obliczeniami, więc chcemy zweryfikować tę informację w GPSie, ale smartfon Justyny, który czasem działa, a czasem nie, tym razem ma gorszy okres. A skoro cel nam się nie przybliża, a na szczytach wokół pojawiają się chmury, to znak, że czas na powrót. Za chwilę wybije 12, idziemy już prawie 4 godziny, a droga powrotna zajmie nam pewnie z 3. Ogólnie 7 godzin marszu pomiędzy 4400 a 4900 uznajemy za dobry wynik. Wracając widzimy lawinę schodzącą z Ama Dablam.dsc09337 Spotkany przewodnik mówi nam, że w ostatnim czasie to dosyć częste zjawisko, ocieplenie klimatu robi swoje. Dlatego też tym bardziej w obecnych czasach chodzenie po Himalajach to niebezpieczne zajęcie. Na trasie, w Chukhung, jemy obiad, a w Dingboche lądujemy o 15. Nie zobaczyliśmy ani Island Peak Base Camp, ani jeziora, możemy za to odhaczyć pomnik poświęcony polskim himalaistom, lawinę i widok przepięknej jesieni zatopionej w najwyższych górach świata. Przy kolacji poznajemy mała grupkę Polaków z Gdańska. Jedna Pani nawet czytała naszego bloga! Do tej pory sądziliśmy, że piszemy wyłącznie dla siebie, rodziny i grupki znajomych, a tu takie miłe zaskoczenie 🙂

Dzień 14, Dingboche (4400) – Lobuche (4910), 8 km

Rano wstajemy ok. 6:00. Wczoraj wieczorem poprosiliśmy gospodarza by zrobił nam rezerwację na dzisiaj w Lobuche, więc nie musimy zrywać się razem z pianiem koguta. W godzinę uwijamy się z porannymi czynnościami i punkt 7:00 wyruszamy. Mamy do przejścia 8,3 km w poziomie i 500 metrów górę. Niby niewiele, ale na tej wysokości to już wyzwanie, szczególnie idąc z ciężkimi plecakami. Początek jest łatwy, nie jest bardzo stromo, do tego przed nami i za nami przepiękne widoki.

Po 2 godzinach dochodzimy do Doughla (4610). Odkładamy plecaki i natychmiast rzucamy się na dzisiejszy przydział batoników. Mamy wrażenie, że im wyżej jesteśmy, tym więcej energii potrzebujemy. Normalnie po 2 godzinach marszu śniadanie powinno nas jeszcze trzymać, zwłaszcza, że zajadamy się paszą dla koni z suszonymi owocami. Ale teraz chętnie zjedlibyśmy tego konia 🙂 Chwila odpoczynku i idziemy dalej. Zostało jeszcze 3 km i 300 metrów podejścia. Zaczyna się mały koszmarek. Większość z tych 300 metrów podchodzi się po stromej kamienistej ścieżce. Poruszamy się powoli, żeby zanadto się nie zmęczyć i by nie zabrakło nam tchu. Po godzinie jesteśmy na szczycie wzniesienia i robimy odpoczynek. Przydałby się kolejny batonik, ale przydział na dziś już się wyczerpał 😦 Kilka fotek, łyk wody i ruszamy dalej.

Kolejne 2 km to już łatwizna, trasa jet niemal płaska. O 11:20 docieramy do Lobuche, meldujemy się w naszym guesthousie i od razu zamawiamy jedzenie. Jesteśmy okropnie głodni. Bierzemy dal bhata. Wybór nie jest przypadkowy, tę potrawę można uzupełniać w nieskończoność (za darmo). Nareszcie napełnimy nasze brzuszki do syta, co chwilę prosząc o dokładkę. Wieczorem przy kolacji poznajemy chłopaka z RPA, który odwiedza Nepal po raz czwarty. Po raz czwarty robi również trasę w kierunku Mount Everest. Tym razem narzucił sobie bardzo szybkie tempo, nie zrobił ani jednego dnia aklimatyzacyjnego (!) i teraz wygląda na mocno cierpiącego. Jak nie poprawi mu się do rana, będzie musiał zejść niżej. Z kolei nasz plan na jutro zakłada wejście na 5550, na szczyt Kala Pathar. Stamtąd Everest jest już tylko na wyciągnięcie ręki.

Reklamy