Dzień 6, Junbesi (2700) – Nunthala  (2360), 16 km

Dziś przed nami 17 km. Najpierw pod górę jakieś 350 m., potem w dół ok 450 m., by znów podejść 450 m., na sam koniec 700 metrów dół. Nie najgorzej, tym bardziej, że kilka kilometrów idzie się po w miarę płaskiej ścieżce. Wstajemy z lekką dozą optymizmu, wsuwamy paszę, popijamy herbatą i 7:20 ruszamy na szlak. Początek stromy, po kamieniach i nieco po błotku, łatwo nie jest, na szczęście to tylko 350 metrów podejścia.

dsc08853

Kiedy dochodzimy na górę spotykamy znajomego tragarza, któremu nadaliśmy ksywę Strongman, gdyż niesie dla pary z Iranu jakieś 30 kg. My z naszymi 13 czasami jesteśmy wolniejsi od niego. Po krótkiej przerwie idziemy dalej. Jest ekstra, nie ma kamieni, jest prawie płasko i widoczki są świetne (w końcu chmury się rozeszły).

Nasze szczęście kończy się wraz z przejściem mostu. Zaczyna się kolejne podejście, znów nie jest lekko, ale siły nam dodaje fakt, że za 1 km. jest wioska z restauracją. Jesteśmy strasznie głodni. Do wioski docieramy po 11, w międzyczasie doganiają nas Irańczycy, a Francuzka jest już na miejscu. Zamawiamy zupę, bo robi się ją najszybciej. Droga jak cholera (tzn. równowartość 2 dolarów, ale jak na Nepal to tak z dwa razy za dużo), ale zależy nam na czasie. Jemy szybko i o 12 ponownie jesteśmy na trasie, oczywiście jest pod górę. Po 50 minutach zaczyna padać (co za zaskoczenie!), na szczęście mijamy jakiś domek. Decydujemy się poczekać aż przestane padać popijając herbatę. Cena 30 rupii, czyli tanio (100 rupii do 1 dolar). Domek bardzo skromny, zrobiony z desek i blachy falistej. W Polsce ludzie baliby się zostawić pod czymś takim samochód, a tutaj to normalka, ludzie tak żyją. Gdy dochodzi do płacenia to okazuje się, że 30 to było, ale chyba za 2 herbaty, bo chłopiec wydaje nam resztę. Zazwyczaj tego nie robimy, ale tym razem postanowiliśmy zostawić napiwek (tzn. tę resztę którą mieliśmy dostać).

Po 15 minutach docieramy na szczyt przełęczy Taksindu La. Widoki bardzo ładne, za to droga to masakra… Schodząc w dół Jarek w ciągu 20 minut zalicza 2 gleby, za każdym razem na mokrych kamieniach. Mogło być gorzej, trasa oprócz kamieni składa się też z błota, oślich kup oraz mikstury tych składników, w dowolnych konfiguracjach.Musimy też uważać na pijawki. Parafrazując Sienkiewicza Jr., „chuj, dupa, kamienie i kupa”. Schodzimy z 3 godziny, normalnie powinno być 2 lub mniej. Mamy już naprawdę mało cierpliwości do tej pogody. Trekking w takich warunkach po prostu nie ma sensu. Na poważnie rozważamy, czy jeśli dalej też będzie taka nędza, to czy sobie nie odpuścić i po prostu wrócić samolotem do Katmandu. Będziemy mieli ku temu okazję w Lukli, do której powinniśmy dojść za 3 dni. Dajemy więc monsunowi 72 godziny, albo my, albo on!

O 16 dochodzimy do Nunthala, spotykamy Francuzkę i zostajemy w tym samym guesthousie co ona. Potem dołączają Irańczycy i tym sposobem spędzamy miły wieczór

Dzień 7, Nunthala (2365) – Khariakola (2015), 7.7 km

Pobudka poszła sprawnie, z wyjątkiem Jarka smartfona, który tego poranka postanowił się z nim pożegnać i przeszedł na drugą stronę rzeki, do świata popsutych telefonów. Pomimo licznych próśb, gróźb i błagań nie uruchomił się ponownie (później w Katmandu zdiagnozowano go i przeszczepiono nową płytę główną). Miał już swoje lata, dobrze służył od maja 2014, a skoro gwarancja producenta już minęła, to awaria była już tylko kwestią tygodni. W sumie dziwne, że nie popsuł się równo po dwóch latach!

Co do trasy to dziś mamy ambitny plan dojścia do Puiyan, oddalonego o 18 km., z sumą przewyższeń 1500 metrów. Po okrutnym śniadaniu, na które mieliśmy to co zwykle, szybko orientujemy się, że nasz plan może być niezwykle ciężki do zrealizowania. Od nocy nie przestaje padać, my najpierw musimy zejść ok. 1200 metrów po śliskiej kamienistej ścieżce, co oznacza, że musimy iść powoli i ostrożnie. Na chwilę przestaje padać, decydujemy się wyruszyć. Przeszliśmy jednak ledwie 500 metrów i znów leje jak z cebra. Chowamy się w jakimś domku, w którym zamawiamy herbatę. Czekamy. Mija co najmniej 30 minut, nim decydujemy się ruszyć dalej. Schodzimy po kamieniach, pomiędzy którymi wytworzył się mały potok. Jest nędznie. Ciągle się ślizgamy, więc chwila nieuwagi może być dla nas zgubna. Musimy wchodzić w grząskie błoto, bo kamienie wymyło. I w końcu zdarzyło się to, na co zapowiadało się od początku. Justyna wywija widowiskowego orła i naciąga sobie jeden z mięśni w udzie. Zastanawiamy się chwilę czy nie cofnąć się do Nunthala, ale zajęłoby to nam około 2-3 godzin. Ból na szczęście jest niewielki, uznajemy, że zejdziemy w dół do kolejnej wioski i zobaczymy jak będzie. A dalej na trasie było Jubing, do którego idziemy kolejne 2,5 godziny w dół, do mostu i kolejne 200 metrów w górę. Po dojściu na miejsce Justyna stwierdza, że w sumie to nie boli bardziej, ale udo jest lekko opuchnięte. W aptece (szczęście, że była) kupujemy maść na ból mięśni i… idziemy dalej. Droga w górę, 700 metrów, jest bardzo zniszczona.Cały czas stromo, po mokrych kamieniach, błocie i gównie.. dochodzimy na szczyt (2100) zupełnie wyczerpani.

Tam spotykamy Irańczyków, siadamy razem z nimi i jemy obiad. Wtedy też odzywa się Justyny udo, które mówi, że na dziś to już wystarczy. Zmieniamy plany, zostajemy w wiosce (Khariakola) i dajemy odpocząć nodze Justyny. Jeśli nie będzie lepiej, to zamiast pod Everest, to dojdziemy do Lukli i stamtąd samolotem wrócimy do Katmandu w poszukiwaniu lekarza. Mamy więc już dwa dobre argumenty, żeby dać sobie spokój z tymi górami, zdrowie i pogoda. Śmierć telefonu Jarka również nie pomaga. Ale decyzję będziemy podejmowali jutro. Na dziś basta.

Dzień 8, Khariakola (2015)- Surke (2300), 16 km

Budzimy się około 6. Justyna robi szybki test nogi i stwierdza, że jest lepiej, dużo lepiej, prawie nie boli, opuchlizna też już tylko śladowa. Zatem idziemy dalej. Plan to dojść do Surke, najpierw 900 metrów pod górę, następnie 700 metrów w dół. Pewnie wszystko będzie stromo, po poprzednich dniach niczego innego się nie spodziewamy. Dziś nie jemy naszej paszy, dla odmiany jemy śniadanie w restauracji naszego guesthousu. Zamawiamy chapati z miodem/dżemem, jak tylko je dostajemy na naszych twarzach pojawia się rozczarowanie. Placki są małe, zupełnie się nie najedliśmy. Choć nasza pasza najsmaczniejsza nie jest, to energii dodaje z 10 razy więcej. Wychodzimy 7:40. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami jest stromo, ślisko i gównianie, za sprawą licznych, przeklętych osłów. Dobrze, że dziś nikt z nas nie zalicza upadku, bo śmierdziałby do końca świata 🙂 Marne śniadanie się szybko odezwało i już po niecałych 2 godzinach musieliśmy poratować się snickersem zakupionym na trasie (150 rupii za jednego, co za zdzierstwo). Kolejne 2 godziny wdrapujemy się na szczyt, na wysokość 2900 metrów.

Jest koło południa, zatem czas na lunch. Dostajemy słuszne porcje, mamy siłę iść dalej. Justyny noga też jest w dobrym stanie, więc o 12:30 ponownie jesteśmy na szlaku. Tym razem niby płasko. Niby, bo raz 50 metrów w górę, zaraz 50 w dół, po kamieniach i gównie oczywiście. Co chwile mijają nas stada osłów. Po 2 godzinach zaczyna się droga w dół. Tylko 3,5 km., teoretycznie powinno pójść szybko. Nic z tych rzeczy. Zaczyna padać, droga zamienia się w strumień i znów kamienie, i błoto, i gówno, i osły, przeklęte osły…

Do Surke docieramy po 2,5 godzinach, po godzinie 17, czyli tuż przed zmrokiem. Wchodzimy do pierwszego homestaya i kogo tam spotykamy? Irańczyków! Mamy do siebie dużo szczęścia. Od razu decydujemy się zostać i znów spędzamy miły wieczór. Na jutro nie robimy dużych planów, niecałe 10 km. do Phakding (w wariancie podstawowym) lub Lukli (gdybyśmy nie widzieli już światełka w tym tunelu i postanowili wracać do Katmandu).

Dzień 9, Surke (2300) – Phakding (2610), 9.3 km

Rano pogoda jest dobra (!), więc dziś idziemy około 10 km do Phakding. Trasa mało wymagająca, jedno podejście na 500 metrów, dalej z górki lub płasko. Nie powinno nam to zająć więcej niż 4-5 godzin, dlatego uznajemy, że możemy pospać dłużej niż zwykle i na trasę wychodzimy o 7:40, chwilę przed Irańczykami.

Początek trasy zaskakująco mało przyjemny, ale po godzinie robi się lepiej. Szlak się wypłaszcza. Przechodząc obok Lukli widzimy całe hordy nowych turystów, którzy przylecieli z Katmandu. Nagle na szlaku robi się tłoczno. Ludzie robią zdjęcia na mostach, fotografują potoki, góry, uśmiechają się do selfie. Musimy iść trochę wolniej, szlak jest raczej wąski i nie da się wszystkich wyprzedzić. Domy na trasie wyglądają na dużo bardziej zadbane niż te w poprzednich wioskach. Widać już pieniądze które przynosi ze sobą turystyka. Szlak również robi się zaskakująco zadbany, tylko miejscami błotko.

Dochodząc do Phakding rozmawiamy z Meksykaninem którego poznaliśmy wczoraj. Podróżuje już od 2 lat, w zeszłym roku był w Polsce przez miesiąc. Bardzo mu się podobało, odwiedził Gdańsk, Toruń, Zieloną Górę, Poznań, Białowieżę, Kraków i pewnie jeszcze coś. Spotykamy też znajomą Francuzkę, którą ostatni raz widzieliśmy w Nunthali. Ma lepsze tempo niż my, dziś planuje podejść kolejne 8 km. Nieco ułatwia jej to tragarz, którego sobie dokoptowała koło Lukli, niesie część jej rzeczy. Ale nawet jak go nie miała, to i tak była szybsza niż my. Dla nas to już jednak meta na dziś. Rozglądamy się po guesthousach, znajdujemy najtańszy (tj. najtaniej wychodzi spanie + jedzenie + prysznic). Po pół godziny w tym samym miejscu co my meldują się też Irańczycy.

Dzień 10, Phakding (2610) – Namche Bazar (3440), 10 km

Wstajemy rano, patrzymy przez okno, a tam znów bezchmurne niebo… niemożliwe! Nawet jakieś szczyty widać! Zapowiada się dobrze. Może w końcu monsun się skończył? Szybkie pakowanie, śniadanie, herbata, Irańczykom mówimy do widzenia i punkt 7 ruszamy. Początkowo trasa jest bardzo łatwa, prawie płaska, tylko co jakiś czas pojawiają się podejścia/zejścia. Mamy do pokonania 10 km, powinniśmy zdążyć na lunch w Namche.

Idąc, kilka razy przechodzimy przez rzekę podwieszanymi mostami, przez które przechodzą również zwierzęta. Pogoda dalej dopisuje, przed nami ukazują się kolejne szczyty. Po drodze mijamy jaki, osiołki widać coraz rzadziej. Trzeba z nimi trochę uważać, bo potrafią się wkurzyć i skopać. Dlatego lepiej się z nimi nie siłować i nie spoufalać się, lepiej stanąć z boku powyżej ścieżki i przeczekać aż przejdą. Na trasie są chyba z 3 „Check posty”, przy których trzeba pokazać pozwolenie na wejście do Parku Narodowego Sagarmatha (tak też w Nepalu mówi się na Mount Everest, Czomolungma jest z kolei nazwą tybetańską). Ostatnie 4 km to podejście o 800 metrów w górę. Wymaga to od nas już trochę więcej wysiłku, jednak trud rekompensują widoki.

Po 11 dochodzimy do punktu widokowego na Mount Everest. Mamy szczęście, niebo nadal bezchmurne i nareszcie widzimy najwyższy szczyt świata! Co prawda z bardzo daleka, ale od czego jest zoom w aparacie? 🙂 Robimy kilka fotek, posilamy się ciastkami i bardzo zadowoleni idziemy dalej. Oczywiście pod górę, ale luz, nie mamy nic przeciwko. Teraz będzie już tylko pod górę, aż do samego Kalla Pathar. Co jest akurat bardzo dobrą wiadomością. Wyszliśmy już z dolin, idziemy w wysokie góry, krajobraz wokół nas również szybko się zmienia. dsc09070dsc09071

Do Namche Bazar docieramy o 12:30. Idziemy do hotelu w którym umówiliśmy się z Irańczykami, ale dowiadujemy się, że na 1 noc nie dostaniemy pokoju. Trudno. Jarek nieopodal znajduje inne miejsce, gdzie jest tanio i przyjemnie. Generalnie większość turystów zostaje w Namche na 2 noce na tzw. aklimatyzację. My jednak nie jesteśmy większość, nie przylecieliśmy wczoraj z Katmandu, a idąc z Jiri byliśmy już na wyższej wysokości, więc aklimatyzacja na 3400 jest nam zbędna. Zamawiamy obiad, w międzyczasie Jarek idzie oddać buty Justyny do szewca (trochę się porwały). Buty będą gotowe tego samego dnia, nic więc nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy jutro z samego rana ruszyli dalej. Jako że z jedzenia zostało nam już tylko trochę owsianki i suszone owoce, na rynku dokupujemy jeszcze 16 Marsów. Są w miarę tanie i dobre. Przydadzą się!

 

 

Reklamy