Jesteśmy w Nepalu. To zupełnie nie po drodze, bo lecimy tam z Wietnamu, a dalej do Nowej Zelandii. Robimy jednak ten „skok w bok”, bo na naszej drodze spotkaliśmy wiele osób, które były zakochane w Nepalu, często słyszeliśmy, że to czyjś numer 1, że góry, ludzie i sama atmosfera tego miejsca są niesamowite. Będąc jeszcze w Polsce i planując naszą podróż sporządziliśmy taką bardzo naiwną tabelkę z krajami, liczbą dni i dziennym budżetem w każdym z nich. Wpisaliśmy tam 14 dni w Nepalu i chyba z 20-parę w Indiach. Po paru miesiącach podróży, w Kolumbii (której z resztą w pierwotnym planie w ogóle nie było) zrewidowaliśmy plany, postanowiliśmy zupełnie zarzucić kwestię Indii, zaś przy Nepalu wykasowaliśmy 14 i wstawiliśmy 30. I oto jesteśmy! Na pierwszy cel wybieramy jeden z najpopularniejszych, a zarazem najpiękniejszych treków w Nepalu – idziemy w stronę najwyższego szczytu świata, pod Mount Everest. Ahoj przygodo! 🙂

To co poniżej pochodzi z naszych notatek, które robiliśmy w formie dziennika pisanego każdego wieczora. Mamy ich sporo, więc wrzucimy je w 3-4 częściach, żeby zanadto nie męczyć zarówno czytelnika, jak i przepisujących te bazgroły autorów.

Dzień 1. Sprawy Organizacyjne

W Katmandu postanawiamy zostać najkrócej jak się da, tzn. zorganizować wszystko, czego potrzebujemy i jak najszybciej wyruszyć na szlak. Mamy 30-dniową wizę, trekking zaczynamy z Jiri (a nie z Lukli, skąd rusza 95% osób), planujemy spędzić na szlaku około 20 dni. Nie mam więc zbyt wiele czasu do stracenia. Zresztą, samo miasto nie zrobiło na nas dobrego wrażenia. W Katmandu jest tłoczno, brudno, piesi rywalizują o przestrzeń z samochodami, więc na ulicach łatwo o wypadek. Wygląda jak w biedniejszych rejonach Filipin, tj. drogi są w fatalnym stanie, zazwyczaj nie ma chodników, auta i motorki jeżdżą gdzie chcą i jak chcą. „Nieład” w tym przypadku to bardzo wyrafinowany eufemizm.

Do ogarnięcia mamy kilka spraw:

  • karty TIMS (każdy turysta ruszający na szlak musi mieć taką kartę, kosztuje 2000 rupii/osoba, czyli na nasze 80 zł)
  • bilety wstępu do parku narodowego Sagarmatha, kolejne 2000 rupii/osoba
  • bilet autobusowy do Jiri
  • wyjąć zapas gotówki (na szlaku bankomaty są tylko w Namche, ale podobno zdarzają się awarie, więc lepiej wybrać je w Katmandu)
  • zakupić jedzenie
  • wynająć śpiwory na -20 stopni (nasze są tylko do +8 stopni, o wiele za mało)
  • kupić mapę
  • kupić przejściówkę, z której można pobierać prąd z gniazdka na żarówkę (12V, na szlaku pokoje są podobno bez gniazdek, a ładowanie telefonu jest dodatkowo płatne)

Początkowo wydaje nam się, że możemy to wszystko zrobić w jeden dzień, ale szybko zostajemy uświadomieni, że jutro jest sobota i na dodatek jakieś święto, czyli dzień wolny od pracy. O dziwo udaje nam się załatwić całkiem sporo, w zasadzie wszystko, poza 3 pierwszymi pozycjami i przejściówką. W niedzielę załatwiamy resztę z wyjątkiem przejściówki. Nigdzie nie mieli takiego wynalazku. Szkoda, bo czytaliśmy jedną relację, gdzie komuś udało się taką przejściówkę dostać i zaoszczędził dzięki niej sporo pieniędzy. My po prostu będziemy płacić.

Wieczorem idziemy jeszcze na piwko ze spotkaną parą Polaków (Jaga i Marek, pozdrawiamy!!!), którzy kiedyś podróżowali przez dłuższy czas po Azji. Bardzo lubią chodzić po górach, więc w sumie nic dziwnego, że spotkaliśmy ich w Himalajach 🙂 Rozluźnieni lokalnym piwkiem i gorącym winem w doborowym towarzystwie, wracamy do naszego hostelu i przepakowujemy plecaki. Sądziliśmy, że finalnie powinny być lekkie, w końcu zostawiamy w Katmandu naprawdę sporo rzeczy, nie bierzemy ze sobą namiotu, lekkich butów, ograniczamy ciuchy i kosmetyki, a wyszło po jakieś 12-13 kilogramów. Robimy kolejny przegląd, żeby upewnić się, czy aby na pewno to wszystko potrzebne, ale z niczego nie możemy już zrezygnować. Trudno, będziemy musieli nieść ten ciężar na własnych barkach w dosłownym tych słów znaczeniu. Resztę rzeczy pakujemy do 100 litrowego worka na śmieci i zostawiamy w hostelu na przechowanie. Spać idziemy dopiero po północy, parę godzin snu musi nam wystarczyć, o 4 wstajemy na autobus.

Dzień 2. Podróż do Jiri

Jedziemy do Jiri, skąd chcielibyśmy wziąć kolejny autobus do Bhandar. 4 rano pobudka na umówioną na 4:30 taksówkę na dworzec. Wychodzimy – taksówki nie ma. Nie mamy czasu, idziemy w kierunku ulicy, bierzemy pierwszą lepszą, krótkie negocjacje ceny i jedziemy. Korków nie ma, więc dojeżdżamy na dworzec Tinkune przed czasem. No właśnie, dworzec to za dużo powiedziane. Wygląda to jak polana z autobusami. Na środku stoi minibus z megafonem na dachu, a w środku siedzi pan, który pełni rolę dworcowego. Wsiadamy do naszej Taty, każdy ma swoje miejsce, więc jest spoko. Do czasu… Otóż w Nepalu nie ma takiego stanu, jak pełny autobus. Na kolejnych przystankach ludzie się raczej tylko dosiadają, jadą z workami kartofli albo kurami. Jarek ma doskonały widok na „smutne oczy drobiu”. Kurki są załadowane do luku bagażowego tuż nad jego głową, wyglądają na naprawdę przerażone. Trudno im się dziwić, raczej nie jadą do Jiri smakować lokalnej paszy. Droga jest tragiczna, nieszczęście umila nam nepalska muzyka, do której kilku nastolatków rytmicznie porusza szyjami. Do Jiri docieramy po 16:00, czyli za późno na kolejny autobus. Pierwotnie planowaliśmy przejechać dalej do Bhandar, ale dowiadujemy się, że deszcz zmył drogę. Trzeba poczekać aż przestanie padać i będzie można doprowadzić trasę do używalności dla samochodów. Zmieniamy więc plan, do Bhandar dojdziemy pieszo, a dziś bierzemy już tylko pokój, pijemy herbatę i idziemy spać.

dsc08664

Dzień 3. Jiri (1900) – Deurali (2700), 15 km

Wieczór wcześniej przygotowaliśmy sobie owsiankę w butelce z szerokim otworem. Przez noc spęczniała i na rano mieliśmy do opędzlowania jakieś 1,5 kg tego „czegoś”. Zdecydowanie nie mamy jeszcze wyczucia ile sypać 🙂 Dla lepszego smaku dodajemy miodu i suszone owoce, pomaga, ale tylko trochę. Jemy ile dajemy radę, pakujemy się i chwilę po 7:00 jesteśmy już na szlaku.

Skoro dzień wcześniej nie mogliśmy dojechać do Bhandar, to plan na dziś zakłada, że tam dojdziemy pieszo. Do zrobienia 17 kilometrów, które można podzielić na odcinki

  • (1) Jiri – Shivalaya (przewyższenie 500 m, odległość 9 km),
  • (2) Shivalaya – Deurali (przewyższenie 1000 m, odległość 7 km),
  • (3) Deurali – Bhandar (droga wyłącznie w dół, odległość 2 km).

Odcinek (1), choć wydaje się mało wymagający, wyciąga z nas dużo siły. Początkowo idzie się w górę w miarę przyjemną ścieżką, która po jakimś czasie przechodzi w schody z kamieni, które są bardzo strome. Wchodzi się jakieś 2 godziny, część trasy wiedzie przez drogę, którą normalnie jeżdżą autobusy. Szybko przekonujemy się, dlaczego obecnie ruch na niej jest wyłączony – wygląda jak dwa błotniste wąwozy. Autobus to pewnie jeszcze z tydzień tędy nie pojedzie.

dsc08677

Po wspięciu się na 500 metrów, szlak zaczyna bardzo szybko opadać, co daje się we znaki naszym kolanom. Zejście 700 metrów w dół jest koszmarem, większość trasy prowadzi po stromych, kamienistych schodach i wymaga od nas regularnych przerw. Po 4 godzinach dochodzimy do doliny, gdzie jest Shivalaya. Tam robimy godzinną przerwę, płacimy za wejście do Parku Narodowego Gaurishankar po 2000 rupii/os. i o 12 z minutami wyruszamy na drugą część trasy.

Odcinek (2) prowadzi wyłącznie w górę, z 1700 do 2700. Trasa nie byłaby tak dramatyczna, gdyby nie spadł deszcz. Ten przeczekaliśmy pijąc herbatę w tea housie (czyli w czyimś domu, którego mieszkańcy dorabiają serwując herbatę i jedzenie), ale szlak potem był już błotnisty, kamienie mokre i śliskie, do tego szliśmy już prawie wyłącznie we mgle. I tak przez 4 godziny, z kilkoma przerwami, żeby dać odpocząć plecom. Dźwigamy w końcu ze sobą po 13 kg, w tym chyba z 6 kg żarcia (z tego 2 to owsianka), 4 litry wody, ciężkie śpiwory, ciuchy, kosmetyki itd.

Docieramy do Deurali o 16:00, do zmroku zostały jeszcze 2 godziny. Decydujemy się zakończyć dzień, odcinek (3), który wydaje się stosunkowo łatwy, zrobimy jutro. Znajdujemy miejsce do spania, pijemy herbatę i zjadamy pysznego dal bhata i smażone noodle. Szybko orientujemy się, że Deurali mocno ucierpiało w wyniku zeszłorocznego trzęsienia ziemi, sporo uszkodzonych domów zastąpionych budami z blachy falistej. Rozmawiamy z jednym tragarzem, którego regularnie mijamy na trasie. Pytamy, czy jego dom też ucierpiał. Odpowiedź twierdząca, zawalił się. Teraz mieszka w blaszaku. Ciężkie życie w Nepalu jest.

A sam dzień podsumowujemy jako ciężki, podeszliśmy łącznie 1500 metrów, zeszliśmy o 700, szliśmy 8 godzin + 1,5 godziny przerw.

Dzień 4. Deurali (2700)- Sete (2595), 15 km
Pierwszy budzik o 5:30. Ciężko, bo ciężko, ale wstajemy o 5:45. Choć w sumie i tak już nie spaliśmy gdy zadzwonił pierwszy budzik. Deurali jest na wysokości 2700, co na ten moment jest chyba trochę za wysoko i jakość snu mieliśmy niską. Do tego Jarek czuł się jak z krzyża zdjęty, strasznie bolały go plecy. Ale nie ma się co mazać, jemy naszą paszę, pakujemy się, Jarek poranny zestaw uzupełnia paracetamolem i o 7 jesteśmy na trasie.

dsc08707

Zejście do Bhandar miało być łatwe, a jest takie sobie. Niby w dół, ale za to po śliskich kamieniach i stromo na maksa. Po 1 godz. i 20 min. docieramy. Spodziewaliśmy się czegoś dużego, tak to było oznaczone na mapie, a tu kilka domów na krzyż. Siadamy na herbatę i rozmawiamy z panią właścicielką. Okazuje się, że zeszłoroczne trzęsienie ziemi wyrządziło całkiem duże szkody również i w tej wiosce. Pani miała wcześniej 3 piętrowy dom, który się zawalił. Teraz musiała wybudować nowy, ale stać ją było tylko na 2 piętra. Smutne. Życzymy pani wielu turystów i idziemy dalej.

Droga jest o wiele lepsza, mniej kamieni i nie taka stroma. Nie może jednak być nam za dobrze, nagle zaczyna lać! Najpierw chowamy się pod jakimś drzewem, czekamy paręnaście minut, ale nic się nie zmienia, decydujemy się iść dalej w deszczu. Idziemy tak jakiś kilometr, przeklinając w myślach i pod nosem, aż zauważamy chatkę z daszkiem. Czekamy 10, 20, 30 minut i nic, bez zmian, jak lało, tak leje dalej. W międzyczasie minęła nas grupka turystów z przewodnikiem, stwierdzając, że szybko nie przestanie padać i nie ma co tracić czasu, trzeba iść dalej. Tak też robimy i my, droga nie jest trudna, ale deszcz zabiera nam z niej całą przyjemność.

Po 12 docieramy do Kinja. Robimy tam przystanek na zupę, choć zupa jest tu tylko pretekstem, po prostu chcemy się gdzieś schować przed deszczem. Jesteśmy kompletnie przemoczeni, w butach nam chlupie, mamy dość. Wjeżdża zupa, którą ze smakiem pałaszujemy i nawet nie zauważamy, jak przestaje padać. Uff, co za ulga. Rozmawiamy z właścicielem, słyszymy, że do Sete jeszcze 3 godziny. Taa, na pewno, z naszymi plecakami i aktualnym wigorem będzie to pewnie 4 z haczykiem. Początkowo ścieżka, a właściwie schody z kamieni, są strome tak, że co chwilę je przeklinamy pod nosem (i w myślach, i głośniej niż pod nosem w sumie też). Ale nic, trzeba iść, deszczowe chmury zaczęły się znów zbierać, więc czas nie jest naszym sprzymierzeńcem.

Końcówka trasy jest już nieco mniej stroma, więc przyśpieszamy kroku. Po 3,5 godz. meldujemy się w homestayu (inne nazwy na tego rodzaju przybytki to lodge i guesthousy). Od razu zamawiamy dal bhata (trzeba na niego czekać 1,5 godziny), ładujemy się do pokoju i pod prysznic. Tym razem pozwalamy sobie na odrobinę luksusu i bierzemy odpłatny, z ciepłą wodą. Ogólnie dobrze raz na jakiś czas się umyć 🙂 Po prysznicu idziemy na kolację do jadalni. Tam spotykamy wszystkich naszych współtowarzyszy treku – jest Francuzka z Nepalczykiem, starsze małżeństwo z Anglii (ojciec kobiety był Polakiem, walczył w bitwie o Anglię i został po wojnie), Niemka i para z Izraela z przewodnikiem i tragarzem (jak się później okazało, nie byli wcale z Izraela, a z „zaprzyjaźnionego” kraju – Iranu). I jeszcze jacyś ludzie, ale ci nie chcieli się integrować. Jest miło i przyjemnie. Wspólnie narzekamy na trudy szlaku i pijawki (Jarka dziś possały 3). Po posiłku, zmęczeni idziemy na zasłużony odpoczynek. Przyda się, jutro zmierzamy do Junbesi, dokąd prowadzi przełęcz na 3700. Lekko nie będzie.

dsc08743

Dzień 5. Sete (2595) – Junbesi (2700), 13 km

Kolejny dzień rozpoczyna się tak samo jak poprzedni, czyli pobudka o 5:30, na śniadanie pasza dla koni zmieszana z orzechami miodem i owocami, a na drugie śniadanie dla Jarka tabletki z paracetamolem, żeby choć na początku marszu stłumić ból w barkach. Wyruszamy na szlak o 7, a pierwszą przerwę robimy 0 7:10. No dramat, jakby ktoś z nas spuścił powietrze. Pierwszy fragment tego odcinka jest ostro w górę, kamienie są śliskie bo całą poprzednią noc padało. Bierzemy się w garść i udaje się nam dokulać do Dakchu, które jest jakieś 300 m. nad Sete. O 8:30 wypijamy tam herbatę, zagryzamy ciastkiem i stwierdzamy, że tego nam właśnie było trzeba. Czegoś ciepłego. Nasz poranny zestaw śniadaniowy składał się bowiem wyłącznie z zimnej owsianki, wody potraktowanej tabletką zabijająca bakterie i paracetamolem. Postanawiamy na stałe dołączyć do repertuaru ciepłą herbatę.

Sam dzień ogólnie zapowiada się na ciężki, zaczynamy z Sete na ok. 2600, żeby dojść do przełęczy Lampura La (3700) by później zejść do doliny i nocować w Junbesi na 2700. Początek nie zwiastuje sukcesu, ale po przerwie na herbatę idzie się nam już dużo lepiej. Trasa się też lekko wypłaszacza, nie mamy już wrażenia, że się wspinamy po schodach, idziemy powoli, stopniowo w górę. Z czasem zmienia się tez przyroda wokół nas, wchodzimy do pięknego lasu, gdzie drzewa są porośnięte gęstym mchem.

Regularnie przechodzimy przez małe wodospady, a widoczność nie przekracza 20 metrów, bo jesteśmy już tak wysoko, że idziemy w chmurze. Około 12 dochodzimy do jakiejś restauracyjki w pobliżu Lampura La. Tam zatrzymujemy się na obiad. Wlekliśmy się tak bardzo, że w środku byli już prawie wszyscy, których spotkaliśmy wieczór wcześniej w Sete. Wracamy na szlak o 13, ale zaczyna padać, więc skoro mamy go gdzie przeczekać, to wracamy do środka.Po 15 minutach deszcz ustaje i ruszamy na przełęcz. Dochodzimy do niej po chwili, w nogach mamy już 1000 metrów w górę. Dużo, ale nie jesteśmy aż tak wyczerpani jak po wczorajszym podejściu z Kinja do Sete. Jest nieźle.

Skoro dalej droga wiedzie już tylko w dół, to wiemy, że damy radę dojść do Junbesi. Na samej przełęczy jest niestety bardzo gęsta mgła (a może to chmura). Nie ma też tabliczki, z którą moglibyśmy sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie 😦 Schodzimy w dół nieco niepocieszeni, choć znów pięknym lasem. Tak mija nam czas do 14:00, 15:00 i końca nie widać. Po drodze łapie nas deszcz, mijamy tragarzy, pasące się krowy, kozy, zwalone budynki i kurhany. Planowo powinniśmy być o 16, ostatecznie jesteśmy o 17, po 4 godzinach schodzenia.

Po deszczu szlak jest bardzo śliski, więc schodziliśmy ostrożnie. Szybko znajdujemy nocleg, jemy kolację i padamy na łóżko. Dopiero teraz wychodzi z nas całe zmęczenie. Przeszliśmy kawał drogi, w tym 1000 m pod górę. Łącznie przez 3 dni treku podeszliśmy już 3400 metrów w górę (w dół nie liczymy, ale nie jest to specjalnie trudne). Mamy nadzieję, że jutrzejszego poranka nie zaczniemy od tabletki na ból. Ale jeśli tak, to mamy ich na szczęście jeszcze dużo 🙂

 

 

Reklamy