Z Cat Ba do Sapy jedziemy na jednym bilecie, ale znów jest to transport mocno kombinowany: mały bus do portu – łódź przez zatokę – autobus do Hai Phong – mały bus na dworzec autobusowy – duży autobus nocny do Lao Cai – mały bus do Sapy. 5 przesiadek, sami byśmy tego lepiej nie wymyślili 🙂

Standardowo nie mamy rezerwacji, a jedynie kilka upatrzonych wcześniej miejsc, do których chcieliśmy uderzyć z pytaniem o cenę. Problem w tym, że na miejsce dojeżdżamy o 4:45 nad ranem i hostele/ gueshousy/ homestaye/ cokolwiek co jest w naszym zasięgu finansowym są raczej zamknięte. Rezerwację mają za to Kamil i Ola, miejsce było też na naszej liście, decydujemy się więc iść wspólnie, a prowadzi nas GPS w aplikacji Maps.me. Dochodzimy na miejsce, a tam guesthousu ani widu, ani słychu. Po paru chwilach Justyna z Olą idą w stronę pobliskiego hotelu, żeby zapytać, czy o takim miejscu jak „Asiana Hotel” to w ogóle tutaj ktoś słyszał. Uff, po 10 minutach jesteśmy na miejscu, okazało się, że było źle oznaczone na mapie o jakieś 150 metrów. I nawet ma całodobową recepcję, co oznacza, że w nocy recepcjonistka śpi, ale można bez krępacji ją budzić. Co też oczywiście czynimy, początkowo dziewczyna z recepcji wygląda na nieprzytomną, ale na szczęście Justyna pomaga jej się dobudzić świecąc jej latarką prosto w oczy 🙂 Szybko dogadujemy szczegóły i parę minut później idziemy spać.

Tram Ton Pass

Około 11:00 dochodzimy do siebie i wynajmujemy motorek, żeby pojeździć po okolicy. Wiemy z grubsza co chcemy zobaczyć, a że miejsca są od siebie oddalone o parędziesiąt kilometrów, to motorek jest jednak niezbędny. Najpierw decydujemy się pojechać w stronę Tram Ton Pass, które jest górską przełęczą, z której roztacza się piękny widok po horyzont. Po drodze przejeżdżamy obok wodospadu Thac Tinh Yeu. Trzeba za niego zapłacić, więc nie decydujemy się podejść do niego bliżej, widzimy tylko jak wygląda z daleka. Później w internecie sprawdzamy, że u dołu jest naprawdę bardzo ładny. Cóż, czasem jednak warto nie mieć takiego węża w kieszeni, można wtedy zobaczyć więcej 🙂

Dojeżdżamy do Tram Ton Pass, na wysokości nieco ponad 2000 mnpm. Dzień jest trochę pochmurny, więc i widoczność nie jest idealna. I pomimo całej masy śmieci rozrzuconej przy punkcie widokowym, jest pięknie.

W drodze powrotnej przejeżdżamy jeszcze przez Ban Khoang, jedne z większych tarasów ryżowych w okolicy Sapy. Widok jest naprawdę piękny, tarasy powoli zniżają się w stronę doliny, zaś po przeciwnej stronie jest gęsto zarośnięte zbocze. I tak po horyzont. Mamy jeszcze sporo czasu do zmroku, postanawiamy więc jechać w stronę kolejnych tarasów ryżowych, zlokalizowanych bliżej Cat Cat, po drugiej stronie Sapy. Te również są przepiękne, choć dolina jest dużo bardziej głęboka, a tarasy nie są już na wyciągnięcie ręki. Sceneria odpowiednia na sesję ślubną dla pewnej młodej pary.

Wieczorem, jak z resztą co wieczór przez ostatnich kilka dni, spotykamy się z Olą i Kamilem, my im opowiadamy co widzieliśmy, co warto, a czego nie warto, zaś oni opowiadają nam swój dzień. Zachęcają nas do trekkingu do Cat Cat, żeby przejść się w dół doliny polami ryżowymi i odwiedzić okoliczne wsie, w których mieszkają „tak brzydcy ludzie, że dziwimy się, że ich geny są dalej w obiegu!”. No, po takiej reklamie nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy to zobaczyć 🙂

Cat Cat i Sin Chai

Szlak na ten trekking zaczyna się bardzo niedaleko miasteczka, są to chyba najbliżej zlokalizowane pola ryżowe w okolicy. Idziemy trochę na dziko, schodzimy ze szlaku. Tam na szczęście nie można się zgubić, w końcu trasa wiedzie w stronę dna doliny, wystarczy więc iść po prostu w dół. Niedawno padało, jest sporo błota, łatwo o wywrotkę, trzeba uważać.

Pola są naprawdę piękne. W tym miejscu ryż jest już dojrzały, trwa okres żniw, widzimy jak ludzie w znoju pracują przy jego wycince i młócce. Nie robimy im zdjęć, to jest bardzo ciężka fizyczna praca, pracują całe rodziny, żeby później mieć co do garnka włożyć. Ryż zbiera się ręcznie, nie ma do tego żadnego kombajnu, który mógłby wjechać na pole i wszystko zebrać, bo pola są zbyt podmokłe, do tego dochodzi kwestia tarasów. Zaś co do samej młócki, która wygląda naprawdę katorżniczo, dziwimy się trochę, że nie robi się tego mechanicznie. Ale co my tam wiemy, widocznie jest ku temu jakiś powód.

I choć dookoła jest sam ryż, teren jest bardzo malowniczy. W pewnym momencie, gdy już byliśmy przy Cat Cat doszliśmy do punktu kontrolnego, gdzie jakaś pani pyta nas o bilet. Jaki bilet? Po drodze nic nie było? Ha, właśnie, że było, tylko my nie poszliśmy szlakiem 🙂 Najbliższa budka z biletami 600 metrów dalej, do tego pod górkę i może pójść tylko jedno z nas, bo we dwoje pani nie chce nas puścić. Nie to nie, bez łaski, poradzimy sobie. Odwróciliśmy się i poszliśmy trasą, wyglądającą na taką, która okrąża punkt kontrolny. Mamy rację, można obejść wzgórze od drugiej strony i wejść do wioski nie płacąc. Kolejny mały sukces. Dochodzimy do wodospadów, robimy przerwę na odpoczynek, dosiada się do nas mały kot. Domaga się głaskania, a Justyna na taką prośbę nie może pozostać obojętna 🙂

Sama wioska zupełnie nieciekawa, same sklepy z pamiątkami. Tak to właśnie działa w małych wsiach, które z dnia na dzień stają się atrakcjami turystycznymi. Zanika w nich to co było unikalne, pozostawiając teatrzyk, w którym mieszkańcy udają, że żyją jak dawniej, a turyści przyjeżdżają zrobić sobie z nimi zdjęcia i kupić pamiątki. Co oczywiście ma swoje duże plusy, bo dla tych ludzi turystyka jest dużo bardziej dochodowa niż rolnictwo, z którego kiedyś żyli. Ale prawdy nie ma już w tym za grosz.

Poszliśmy więc dalej, do kolejnej wsi (Sin Chai), gdzie również były tarasy i trwały żniwa. Musieliśmy zapłacić za wejście, ale nie było tam już targowiska, a toczyło się zwyczajne życie. Przycupnęliśmy na jakimś kamieniu i patrzeliśmy na scenki które odgrywały się przed nami. Ludzie pracujący, ciężko pracujący… Część ścina wiązki ryżu, inni młócą te snopy uderzając o zbiornik, a jeszcze inni pakują ziarnka ryżu do 50 kilogramowych worków i taszczą je na własnych barkach do ulicy, gdzie następnie ładują je na motorek. Pracują wszyscy, od najmłodszych po najstarszych. W czasie naszego odpoczynku widzimy, jak na oko 12 letni chłopiec niesie pod górę 50 kg worek ryżu! W tym momencie postanawiamy, że już nie będziemy narzekać na nasze 15-kilogramowe plecaki. Po przerwie idziemy jeszcze do centrum wioski, kręcimy się chwilę i wracamy do Sapy.  Wieczór kończy się, oczywiście, przy piwku w towarzystwie Kamila i Oli.

Ma Tra

W Sapie na tyle się nam podoba, że postanawiamy zostać jeszcze jeden dzień. Po co siedzieć w tłocznym i gorącym Hanoi, skoro możemy jeszcze sobie połazić po okolicach chłodnej Sapy, gdzie temperatura nie przekracza 20 stopni, co jest dla nas miłą odskocznią od upałów. Decydujemy się na jeszcze jeden trek, tym razem w kierunku miejscowości Ma Tra. Znów idziemy lokalną, zabłoconą drogą, mijamy jakieś potoczki, a najlepsze w tym wszystkim jest to, że jesteśmy zupełnie sami. Dopiero, gdy dochodzimy do doliny, spotykamy lokalnych mieszkańców, oczywiście ciężko pracujących przy żniwach. Kręcimy się tam jeszcze trochę, robimy tysięczne zdjęcie pól ryżowych i wracamy.

Powrót, mimo iż w ładnych okolicznościach przyrody, jest jednym z nielicznych doświadczeń w naszej podróży, które chcielibyśmy zapomnieć. Idziemy sobie spokojnie drogą, a wśród lokalnych chatek dostrzegamy pana, który na asfalcie przed domem opala z sierści martwego psa!!! No, straszny widok, okropny. Dla nas coś zupełnie nie do przyjęcia, choć dla miejscowych to tradycyjne, zwykłe jedzenie, jak kura czy świnia. Maszerując dalej, mijamy jeszcze market i znów widzimy kolejnego, martwego psa, którego mięso jest zwyczajnie sprzedawane na kilogramy.

I choć sam widok chcielibyśmy jak najszybciej wymazać z pamięci, to jednak Wietnamowi już tego nigdy nie zapomnimy. Rozumiemy, mięso z węża, smażone robale, nadpsute mięso umyte w płynie do naczyń, cokolwiek. Ale, kurwa, mięso ze zwierzęcia, które kocha Cię bezwarunkowo? Które jak się cieszy, to tak merda ogonem, że wydaje się, że może za chwilę odfrunąć? Przyjaciela zjadać? To już trzeba nie mieć serca. Dobrze, że już za chwilę, za parę godzin wyjeżdżamy. Nara, tylko się nie udławcie.

Na kolację jemy pizzę wegetariańską.

Już w mieście kupujemy jeszcze jakieś drobiazgi na ulicy, u miejscowych staruszek. Panie samodzielnie szyją swoje produkty, przyozdabiając je tradycyjnym haftem. Ciężko się oprzeć pokusie i przejść obojętnie.

dsc08599

Żegnamy się z Olą i Kamilem, wracamy do hotelu, kładziemy się wcześnie spać. Jutro z samego rana czeka nas podróż do Hanoi.

Reklamy