Do zatoki Ha Long trafiamy po 16 godzinnej kombinowanej podróży. Jesteśmy strasznie umęczeni, do tego kierowca wysadził nas w zupełnie innym miejscu niż myśleliśmy, tj. przed portem z którego odpływają jedynie zorganizowane wycieczki. Po ciężkiej nocy w autobusie mieliśmy plan przespać się gdzieś w guesthousie, a wieczorem przejść się po biurach turystycznych i wybrać najlepszą (najtańszą) opcję wycieczki statkiem po zatoce.

Tymczasem do najbliższej stacji autobusowej kilka kilometrów, wokół same luksusowe hotele z ceną nie do przyjęcia, a najbliższy hostel kilkanaście kilometrów od naszej lokalizacji. Co robić?! Robimy jeszcze mały rekonesans gdzie dokładnie jesteśmy i okazuje się, że jakieś 2 km od nas znajduje się port, z którego odpływają promy na Cat Ba (największą i jednocześnie chyba jedyną stale zamieszkałą wyspą w zatoce Ha Long). W jednej chwili zmieniamy plany i idziemy sprawdzić po ile są bilety. Początkowo nie chcieliśmy płynąć na Cat Ba samodzielnie, gdyż naczytaliśmy się o tym, jak mafia taksówkowa robi tam biznes na turystach. Miasteczko oddalone jest 2o km od portu na wyspie i lokalni taksówkarze żądają 50$ za przejazd.  Jest jeszcze publiczny autobus, ale podobno trzeba mieć szczęście by trafić na uczciwego kierowcę. Mimo wszystko decydujemy się spróbować, raz kozie śmierć!  Docieramy do promu, bilety okazują się stosunkowo tanie (70 tys. dongów, czyli jakieś 13 zł), dodatkowo otuchy dodaje nam spotkana para Polaków, ustalamy że w razie co podzielimy się kosztem taksówki. I tyle.

A prom płynie bezpośrednio przez zatokę Ha Long, pomiędzy wysepkami. Płynie powoli, po spokojnej wodzie, pod koniec podróży słońce zeszło już niżej, a góry zaczęły rzucać dalekie cienie. Zapowiada się dobrze.

Po około godzinie wysiadamy z promu, czeka autobus. Pytamy o cenę biletu, 25 tys. dongów (5 zł), mamy więc szczęście, że trafiliśmy na uczciwego kierowcę. Ładujemy się i po pół godzinie jesteśmy już w miasteczku. W międzyczasie nawiązujemy znajomość z parą z Polski (Ola i Kamil). Jako że nie planowaliśmy, że tego dnia będziemy nocowali na Cat Ba, zatrzymujemy się w tym samym miejscu co nasi nowo poznani znajomi. Mamy też szczęście, Ola jest dobrą organizatorką i wyszukała też, że w tym samym miejscu możemy tanio wykupić jednodniowa wycieczkę po zatoce Lan Ha. Cena to 15 dolarów od osoby, czyli przynajmniej 10 dolarów mniej niż wycieczka wykupiona „na lądzie”, w Ha Long City. Bierzemy i z perspektywy czasu oceniamy, że to był świetny wybór.

Wieczorem, po doprowadzeniu się do porządku, poszliśmy z Olą i Kamilem na kolację i piwo. A w zasadzie kilka piw, które później konsumowaliśmy na tarasie naszego guesthousu. Początkowo planowaliśmy kontynuować wieczór sącząc piwka siedząc na krawężniku, ale dosiada się do nas jakiś dziwny kolo ze Szwajcarii, który sprzedaje nam niestworzoną historię, że właśnie jacyś Wietnamczycy chcieli go zabić, podtapiali go przez godzinę, a później wyrzucili na wyspie. Mówił tak i mówił, i z każdym zdaniem coraz bardziej ewidentnie widać, że jest na jakimś speedzie. Wolimy nie wchodzić głębiej w jego historię, kiwamy głowami, że „tak, tak, na policję pójdź, ale jak się ogarniesz” i po chwili żegnamy się z naszym gościem, ku jego niezadowoleniu.

Rano już o 8:30 jesteśmy na łódce i płyniemy. Znów mamy szczęście, pogoda nam nadzwyczaj dopisała, mieliśmy prawie bezchmurne niebo. Łącznie z nami na wycieczce jest tylko 8 osób. Nic tylko podziwiać widoki, a te zapierają dech w piersiach.

Plan wycieczki jest wypełniony po brzegi. Najpierw płyniemy po zatoce, następnie dopływamy do miejsca, gdzie mamy podziwiać jakąś mniej ciekawą hodowlę ryb. Później dopływamy do wysepek, gdzie są jaskinie. Tam pływamy kajakami, możemy też popływać po zatoce wpław. Około południa mamy przepyszny obiad na pokładzie łodzi. Później kolejne kajaki, żeby na sam koniec popłynąć na Monkey Island, z której roztacza się piękny widok na zatokę.

Zatrzymujemy się więc w pięknej zatoczce, dostajemy do rąk wiosła i wsiadamy do kajaków. Wydawały się w miarę stabilne, więc po przepłynięciu przez pierwszą jaskinię decydujemy się z nich wyskoczyć do wody. W zatoce nie jest zbyt głęboko, a na dnie są ostre kamienie, musimy więc uważać, żeby się nie uszkodzić.

Po godzinie wracamy na obiad. Raczej nie jest to jedzenie z przydrożnej budki, do którego nawykliśmy. Naprawdę pyszne. Na deser postanawiamy poskakać z pokładu. Początkowo trochę się tego obawiamy, ale wszyscy wokół zapewniają nas, że w tym miejscu jest bezpiecznie. I było!

Po jakiejś godzinie odpływamy w stronę Monkey Island, w międzyczasie mamy koleją przerwę na kajaki. My z nich nie korzystamy, decydujemy się popłynąć na pobliskie plaże, pobyczyć się chwilę i posnorkelować po lokalnej rafie koralowej. Widoczność jest nędzna, rafa już wybielała, raczej martwa. Szkoda, ale to jednak nie ona jest tu główną atrakcją.

Dopływamy na wyspę małp i szybko orientujemy się, dlaczego nazywa się tak, a nie inaczej. Na dzień dobry widzimy makaka wyjadającego jakieś resztki z kokosa. Decydujemy się wejść na najwyższy pagórek na wyspie, żeby z jego szczytu zrobić kilka zdjęć. Po drodze widzimy sporo osób, które wybrały się tam w klapkach. Zbocze po którym szliśmy nie było najprzyjemniejsze, mnóstwo ostrych jak nóż kamieni, cieszymy się, że mamy na sobie buty sportowe.

Po powrocie na łódkę zaznajamiamy się z parą Hiszpanów, którzy pracują jako instruktorzy narciarstwa na północy Hiszpanii. Poza sezonem mają dużo wolnego, które spędzają na podróżach. Cieszymy się z tej krótkiej pogawędki, mamy w końcu okazję odświeżyć trochę nasz hiszpański. Na koniec wycieczki przepływamy obok pływającej wioski rybackiej, po której swobodnie biegają psy.

Po powrocie umawiamy się z Olą i Kamilem na kolację. Oczywiście zakończyła się tak samo jak poprzednia, na tarasie, z piwkami z supermarketu, ciągle jeszcze wspominając udany rejs po zatoce. To był dobry dzień.

Ostatniego dnia na Cat Ba idziemy pokręcić się po wyspie. Nie mamy zbyt wiele czasu, nasz autobus odjeżdża o 16:00, idziemy więc na pobliski fort, z którego roztacza się widok na zatokę. Pogoda nie jest już tak dobra jak dzień wcześniej, powtarzamy sobie więc, jakimi jesteśmy szczęściarzami, że na rejs popłynęliśmy wczoraj. W forcie spotykamy Olę i Kamila, razem idziemy na plażę, a później na busa do portu, a dalej kolejne autobusy zawiozły naszą czwórkę do Sapy.

Zatoka Ha Long i Lan Ha to naprawdę magiczne miejsca. Póki co to nasz numer jeden w Azji, tuż przed parkami Komodo i Phong Nha – Ke Bang.

Reklamy