Byliśmy we wspaniałym miejscu.

Park Phong Nha-Ke Bang (PNKB) jest największym kompleksem jaskiń na świecie, z ponad 300 jaskiniami, w tym tą największą Son Doong. Ogólnie wszystko co w tym parku jest, jest „naj”, największa jaskinia, najdłuższa podziemna rzeka, najdłuższy stalaktyt itd. Jako że chorujemy na jaskinie już od Kolumbii, uznaliśmy, że nie możemy przegapić takiej okazji.

Nie wiemy co takiego jest w jaskiniach, ale strasznie je lubimy. Świat w jaskini jest zupełnie różny od tego poza, skrywa swoją tajemnicę ukrytą w ciemnościach.

Jako że kolejne jaskinie w parku są oddalone od siebie o dobre parę, paręnaście kilometrów, wypożyczamy motorek. Można oczywiście wykupić wycieczkę i do kolejnych miejsc dotrzeć razem z przewodnikiem, ale wtedy zabawa jest mniejsza. Integralną częścią naszego podróżowania po Indochinach jest bowiem docieranie do kolejnych miejsc na własną rękę, sama podróż jest jednocześnie ucztą dla oczu. Zarówno północ Tajlandii jak i północ Wietnamu (i Laos też, choć tam nie byliśmy i nie będziemy) to góry wapienne, które tworzą przepiękne krajobrazy.

Phong Nha Cave

Nie inaczej jest w PNKB. Na początek idziemy do 2 jaskiń, można się do nich dostać wyłącznie łodzią. Do jednej nawet się wpływa (do Phong Nha Cave, ta jaskinia dała nazwę parkowi narodowemu). Port z którego wypływają te łodzie jest zupełnie w centrum miasta, motorek na ten moment jest więc zbyteczny. Za łódkę płaci się 350 tys. dongów i mieści się na niej do 14 osób. Opłaca się zatem zebrać grupę i podzielić koszt. Tak też  robimy. Nie czekamy długo, w ciągu 15 minut zbiera się 13 osób z różnych stron świata. Wszyscy mamy zniżki ze swoich hoteli (otrzymuje się je za to, że się śpi u lokalnych właścicieli), więc ostatecznie za łódkę i bilety do jaskiń płacimy 30% mniej niż normalna cena (niecałe 200 tys. dongów za osobę). Podekscytowani ruszamy!

Zwiedzenie obu jaskiń zajmuje nam około 2,5 godziny, są naprawdę ogromne. Do pierwszej jaskini wpływa się łodzią, do drugiej z kolei wchodzi się po wysoookich schodach, jakieś 200 metrów w górę. Obie są fantastyczne.

Jaskinie są dobrze oświetlone białym lub żółtym światłem, więc spokojnie można robić zdjęcia nawet telefonem komórkowym, na pewno złapie ostrość.

Gdy już zobaczyliśmy to co było do zobaczenia, poszliśmy na łódkę powrotną, która jednak nie odpłynęła przez kolejne półtora godziny. Otóż w naszej grupie zagubiła się jedna osoba (Egipcjanin), której nie mogliśmy odszukać. Był w pierwszej jaskini, był w drugiej, ale z niej już nie wyszedł. Chodził sam, raczej wolniej niż szybciej, więc pewnie się gdzieś rozmarzył i postanowił nie wychodzić. Możliwość, że gdzieś wpadł i jakoś się uszkodził oczywiście również jest, choć jaskinia jest bardzo dobrze zabezpieczona, chodzi się po pomostach, które są stabilne i o jakąś szkodę trzeba naprawdę się postarać. My zbiorowo założyliśmy więc, że albo odpłynął przed nami z inną grupą albo dalej siedzi w jaskini i fotografuje jakiś słup soli. Dajemy więc znać administracji parku o zaginięciu i płyniemy do miasta, bo niektóre osoby z naszej grupy spiszą się na pociąg.

Robi się późno, orientujemy się, że na kolejną jaskinię tego dnia nie mamy już szans. Paradise Cave (Thien Duong) zobaczymy więc jutro.

Paradise Cave

Do tej jaskini trzeba już wynająć skuter, jest około 30 kilometrów od miasteczka. Trasa jest naprawdę malownicza, droga spokojna, jadąc mijamy wsie, dzieci poganiają krowy, gdzieś tam na podwórku biegają świnie, zaś w tle tego wszystkiego są przepiękne wapienne pagóry. Sama przyjemność.

Co do samej jaskini – została odkryta dopiero w 2005 roku, zaś dopuszczona do masowej turystyki w 2010. Wgłąb wejść można na 1 kilometr, czyli zaledwie na 3% jej długości (na ten moment znaleziono 31 kilometrów tunelu). Trochę szok.

Ta jaskinia jest dużo bardziej przestrzenna, ma większą kubaturę niż poprzednie, które widzieliśmy. A i tak nie jest największa w całym parku (Son Doong, która jest jednocześnie największa na świecie, była zamknięta z uwagi na ulewne deszcze). W jaskini robimy okropnie dużo zdjęć, można zatrzymywać się praktycznie co 5 metrów, żeby sfotografować kolejny kształt.

Część zdjęć robimy też na wysokim, czarno-białym kontraście, bo taką wizję artystyczną ma Jarek i uparł się, żeby ją realizować. I jako Jarek mogę sobie pogratulować pomysłu. Gra światła i cienia w Paradise Cave jest naprawdę bardzo widowiskowa.

Wracając do miasteczka postanawiamy, że do kolejnego punktu na mapie Wietnamu wyruszymy jeszcze tego samego dnia. Misja „Nepal” z każdym dniem jest coraz bliżej, a chcąc zobaczyć wszystko to, co zaplanowaliśmy w Wietnamie, uznajemy, że nie mamy czasu do stracenia. Korzystając z gościnności naszych gospodarzy w guesthousie, bierzemy jeszcze prysznic, krótka drzemka i nocnym autobusem ruszamy w kierunku zatoki Ha Long.

Reklamy