To będzie szybki wpis, bo w Hoi An byliśmy zaledwie 1 dzień, do tego lekko chorzy po wcześniejszych wojażach po pustyni i nocnej jeździe w mocno klimatyzowanym autobusie.

Podróże po Wietnamie przypominają te w Chile. Można jechać albo na północ albo na południe, bo kraj jest długi (z Sajgonu do Hanoi jest ponad 1600 kilometrów) i wąski. Jeśli ktoś lepiej planuje podróż niż my, może z wyprzedzeniem kupić bilet lotniczy. Nasi znajomi podróżowali tak za 25 dolarów. My jednak nie planujemy dokładnie ile czasu zostaniemy w konkretnym miejscu, dlatego też łatwiej nam podróżować autobusem, które są tu stosunkowo tanie i wygodne. Choć kierowcy czasem przesadzają z ilością decybeli przy słuchaniu wietnamskiego disco polo 🙂

Na miejsce dojeżdżamy równie elegancko jak do Mui Ne, z tą jednak różnicą, że jest bardzo wczesny poranek i prawie wszystkie hotele i homestaye są jeszcze zamknięte. Musimy przejść prawie 2 kilometry, żeby coś znaleźć. Tanio nie jest, jest za to bardzo ładnie i ze śniadaniem. W sam raz, żeby się trochę podleczyć.

Z delegacją do apteki wybiera się Jarek, podobno jest gdzieś nieopodal. Jarka zmysł orientacji nie jest jednak dobrze rozwinięty, organ za to odpowiedzialny jest raczej szczątkowy, i najbliższą znajduje jakieś 2-3 kilometry dalej. W drodze powrotnej standardowo się gubi i ostatecznie odnajduje w innej części miasta. Była to więc nie lada wyprawa 🙂

Do stanu używalności doprowadzamy się w okolicach 15:00 i postanawiamy pokręcić się trochę po starej, zabytkowej części miasta, która położona jest nad rzeką. Za wejście trzeba słono płacić (24 zł/os), uznajemy jednak, że skoro to w zasadzie jedyna atrakcja tego miasta, to trudno, zapłacimy.

W cenie biletu dostajemy darmowe wejściówki do dowolnie wybranych 5 miejsc na tym terenie. Z braku laku idziemy do jakiegoś tradycyjnego wietnamskiego domu (nie warto), zakładu rzemieślniczego, w którym pracują osoby niepełnosprawne (warto) i świątyni (nie warto). Pozostałe 2 wejściówki się marnują, bo i dzień się kończył, i nasz entuzjazm do tego miejsca.

Kręcimy się jeszcze chwilę po „otwartej” części miasta, idziemy na market, w drodze widzimy dziesiątki salonów sprzedających garnitury szyte na miarę. Można je kupić tu naprawdę tanio, dwuczęściowy komplet za około 100 dolarów, odbiór następnego dnia. Jest też sporo miejsc w których sprzedaje się lampki w bardzo fikuśnych kształtach i kolorach.

W historii Hoi An jest jeden polski akcent w osobie architekta Kazimierza „Kazika” Kwiatkowskiego, który w latach 80. i 90. pracował w Wietnamie jako konserwator zabytków i przyczynił się do wpisania Hoi An do rejestru UNESCO. Po jego śmierci postawiono jego pomnik. Swoją drogą, ciekawe co z człowiekiem robi nadmiar ryżu w diecie. Przyjeżdzasz do kraju, wyglądasz jak europejczyk, parę lat mija i oczy same się skośne robią 🙂

Następnego dnia jedziemy dalej na północ, przekraczamy strefę zdemilitaryzowaną pomiędzy dawnym Wietnamem Północnym i Południowym i jedziemy do przepięknego parku narodowego Phong Nha – Ke Bang, pełnego wapiennych wzgórz i przepastnych jaskiń.

Reklamy