Po Sajgonie, mając w dalszej perspektywie miesiąc w Nepalu i długi trekking w Himalajach, zdecydowaliśmy, że robimy przystanek na plażowanie. Jedziemy do Mui Ne, miejsca gdzie, poza tym, że jest plaża, można sobie jeszcze popływać na kajcie. Wsiadamy do autobusu i tu lekkie zdziwko. Mimo, że to w dzień i tylko 5 godzin jazdy, pani nas ładuje do autobusu z miejscami do spania. Zamiast siedzeń – 3 rzędy piętrowych leżanek. Wybieramy jedną z nich, pani serwuje nam wodę, z okna zapisujemy hasło do wifi. Tak jeszcze nie jechaliśmy i zdecydowanie nie tego się spodziewaliśmy. Jak się jednak okazuje, na dłuższe trasy w Wietnamie to standard. Kierowca podrzucił nas pod sam hotel. Jednak jak tylko wchodzimy do naszego pokoju to zaczyna padać, a właściwie lać. Dziś z plażowania nici. Bierzemy więc piwko i chillujemy w pokoju.

Następnego dnia aura nie jest wcale dużo lepsza, wieje, jest pochmurno, ale nie pada, więc zamiast na plażę idziemy wypożyczyć motorek (szukaliśmy różowego, nie było!). Najpierw jedziemy na Fairy Stream, potok wokół którego wytworzyły się ciekawe formacje skalne. Parkujemy przy wejściu, jednak ni stąd, ni zowąd pojawia się jakiś pan i żąda opłaty, najpierw za motor, a potem za wejście. Oczywiście formalnie żadnej opłaty nie ma. Nie jesteśmy frajerami (dokładnie! nie z nami te numery!), motor przestawiamy w inne miejsce i idziemy. Panu w tym momencie twarz zrobiła się czerwona, zaczął na nas krzyczeć i wymachiwać rękami. Ostatnie spojrzenie czy nas nie goni i do potoku wchodzimy paręnaście metrów dalej. Widoczki faktycznie niczego sobie.

W drodze powrotnej idziemy aż do samego morza. Ma być tam jakiś wodospad (wodospad na poziomie morza?). Zgodnie z przewidywaniami, wodospadu brak, za to plaża…dsc07738

Masakra, cała w śmieciach. Już wtedy ostatecznie wiedzieliśmy, że kąpiel w tych warunkach odpada.

Wsiadamy znów na motorek i jedziemy dalej na czerwone wydmy. Wydmy jak wydmy, mają czerwony piasek, ale jakoś nie padamy z wrażenia. Być może dlatego, że w tym samym momencie co my pojawia się tam zgraja Chińczyków. Krzyczą na cały głos, wszędzie ich pełno. Na koniec łapią nas jeszcze za ręce i każą sobie z nimi robić zdjęcia 🙂

Jak tylko udaje nam się wyrwać, biegniemy do motorka i jedziemy dalej. Tym razem na białe wydmy. Po drodze mijamy zrelaksowane krowy, które właśnie skończyły plażowanie. Przejeżdżamy też obok cmentarza, na którym wszystkie groby miały wymalowane swastyki (tu symbol szczęścia).

Dojeżdzamy do budki z biletami, tu już musimy zapłacić (5 zł/os) i ruszamy podziwiać. I ta część lokalnej pustyni już jest bardzo fajna. Pewna czytelniczka mogłaby nawet napisać, że jest jak w Łebie w lipcu! I byśmy się z nią zgodzili 😉 Nieopodal ładne jeziorko, widoczki ekstra. Niektórzy wypożyczają quady lub samochody 4×4 i szaleją po wydmach. My rezygnujemy z tej przyjemności, bo i cena za wysoka, i nie prowadzi się samemu.

I choć nie poplażowaliśmy, to i tak wyjazd uznajemy za udany. Jutro jedziemy do Hoi An.

Reklamy