Czyli o naszej wizycie w Ho Chi Minh City, które dawniej było stolicą Wietnamu Południowego i nazywało się Sajgon.

W mieście jest bardzo ciekawe i poruszające muzeum wojny wietnamskiej, do którego udaliśmy się zaraz pierwszego dnia po przekroczeniu granicy.

O wyzwalaniu po amerykańsku

Muzeum, które odwiedziliśmy jest bardzo antyamerykańskie. Trzeba więc podchodzić do treści tam przedstawionych z pewną dozą dystansu. Tym nie mniej, jeśli przeciwstawić propagandę antyamerykańską z tą proamerykańską, którą widzi się na co dzień, można otrzymać obraz bliższy prawdy.

A historia, której dowiedzieliśmy się na miejscu przedstawia się z grubsza następująco. Po II W.Ś. Wietnam ogłosił niepodległość, na co Francja odpowiedziała wysłaniem tam wojsk i tzw. Pierwszą Wojną Indochińską, która zakończyła się parę lat później klęską Francji. Nie była to jednak klęską totalna, w wyniku porozumień Wietnam został podzielony na pół wzdłuż 17 równoleżnika. W obu krajach miały zostać przeprowadzone wolne wybory i dopiero wtedy miały rozpocząć się rozmowy dotyczące połączenia obu krajów. Wybory na proamerykańskim południu nigdy się jednak nie odbyły, bo ówczesny marionetkowy rząd obawiał się, że wybory wygrają komuniści. Jako, że na północy komuniści mieli niemal pewne zwycięstwo, w konsekwencji Wietnam po połączeniu byłby również komunistyczny.

Amerykanie w latach 50. i 60. stopniowo zwiększali więc liczebność swoich wojsk, prowadzili akcje dywersyjne na północy. I vice versa, Wietnamczycy z północy prowadzili sabotaż i agitację na południu. A że robili to lepiej, to i Amerykanów było coraz więcej i więcej. Aż w końcu USA wypowiedziało wojnę Wietnamowi Północnemu pod pretekstem (!!!) ostrzelania ich statków patrolujących wybrzeże. Co najlepsze, to konkretne ostrzelanie nigdy nie miało miejsca.

W szczytowym okresie wojny na terenie Wietnamu Południowego przebywało ponad 500.000 amerykańskich żołnierzy, łącznie przez Wietnam przewinęło się ponad 3 miliony. Amerykanie stosowali napalm, naloty dywanowe, pociski dum dum, bomby kasetowe a przede wszystkim rozpryskiwali chemikalia z „Agent Orange” na czele. Były to więc środki barbarzyńskie, jedna wielka zbrodnia wojenna. Zwłaszcza stosowanie oprysków AO przyczyniło się do śmierci tysięcy niewinnych osób, skaziło ziemię na wiele lat i doprowadziło do sytuacji, w której kolejne pokolenia Wietnamczyków rodzą się z uszkodzeniami genetycznymi a’la te z Czarnobyla. I to naprawdę widać na ulicach, w Wietnamie liczba osób z upośledzeniami fizycznymi jest naprawdę bardzo duża. Na marginesie – producentem Agent Orange jest firma Monsanto, którą obecnie kupuje Bayer za ponad 60 mld dolarów .

Z kolei Wietnamczycy z północy prowadzili wojnę partyzancką, ukrywali się w dżungli i atakowali z ukrycia. Do walki werbowali również okolicznych wieśniaków, którzy za dnia udawali zwykłych rolników, zaś w nocy atakowali Amerykanów. Wietnam w czasie wojny podzielony był więc na 3 strefy – tą którą kontrolowali komuniści z północy, kontrolowaną przez Amerykanów i tę trzecią, która za dnia była proamerykańska, zaś w nocy teren przejmował Vietcong.

I choć Amerykanie wygrywali praktycznie wszystkie bitwy podczas wojny, to ostatecznie ta zakończyła się ich klęską. Po ich wycofaniu z Wietnamu, Południe praktycznie bez walki zostało przejęte przez Północ. Tym sposobem Wietnam do dziś jest krajem komunistycznym (choć tylko z nazwy, bo gospodarkę mają kapitalistyczną, jak Chiny)

W muzeum jest mnóstwo zdjęć przedstawiających kolejne zbrodnie popełnione przez Amerykanów i ich popleczników. My polecamy, robi piorunujące wrażenie. Zdecydowanie można utwierdzić się w przekonaniu, że Amerykanie nie umieją w wojnę. Można znaleźć analogie do wojny w Iraku (miała tam być broń chemiczna, nie było, więc podobnie jak w przypadku Wietnamu, powód wojny był zmyślony; ponadto pozostawili po sobie wyłącznie chaos) i wojny w Syrii (broń którą stosuje Bashar Al Assad wcale nie jest ani lepsza ani gorsza niż ta, którą stosowali Amerykanie w Wietnamie).

No, szokująca była ta wojna.

Skoro już doedukowaliśmy się w kwestii historii, poszliśmy zwiedzać miasto. Ogólnie zabudowa jest całkiem ładna, Francuzi zostawili po sobie bardzo ładną architekturę, nawet zbudowali tam imitację katedry Notre Damme. Dostać się w te rejony było nie lada wyzwaniem, bo przy każdym przechodzeniu przez jezdnie modliliśmy się o bezpieczną przeprawę. Po Sajgonie jeżdżą miliony motocyklistów, ulice wyglądają jak płynący potok motorków. Nawet jak już pieszy wejdzie na ulicę to wcale nikt się nie zatrzymuje, a jakimś cudem ten cały potok Cię jednak omija. Istny Sajgon!

Jako że zatrzymaliśmy się przy głównej imprezowej ulicy Sajgonu (Bui Vien), wieczorem odwiedziliśmy kilka pubów. Ku naszemu zaskoczeniu i ogromnej radości Justyny mieli tam Desperadosy! To jak na razie pierwszy kraj w trakcie naszej podróży w którym można kupić jej ulubiony napój 🙂

Poranek następnego dnia do najlżejszych nie należał, a trzeba było wcześnie wstać, żeby pojechać autobusem wycieczkowym do delty Mekongu. Zdecydowaliśmy się na zorganizowaną wycieczkę, ponieważ zrobienie tego samemu wyszło by drożej. Poza główna atrakcją zwiedziliśmy jeszcze świątynie z wesołym Buddą, lezącym Buddą i stojącym Buddą 🙂 Nic szczególnego, ot taki przerywnik w podróży.

Dalej już wprost pojechaliśmy nad rzekę. Faktycznie ogromna, konća nie widać, do tego ten żółty kolor. Podobno taki kolor utrzymuje się przez cały rok, nie tylko w porze deszczowej. Wynika to z jakichś geologicznych uwarunkowań. Wsiedliśmy na łódkę i ruszyliśmy w stronę jednej z licznych wysepek. Tam czekały na nas nie lada atrakcje: poczęstunek miodu z lokalnej pasieki, karmienie aligatorów i w końcu najprzyjemniejszy element, przepłyniecie się małą tradycyjną łodzią wąskimi kanalikami delty Mekongu. Cała wycieczka była mega turystyczna, miejscami bywało tłoczno, niemniej jesteśmy zadowoleni że się tam wybraliśmy i zobaczyliśmy na własne oczy.

Dawno nie było plażowania, więc następnego dnia pojechaliśmy na północ, do nadmorskiej miejscowości Mui Ne by się trochę pobyczyć. Czy się nam to udało, opowiemy przy kolejnym wpisie.

Reklamy