Dojechaliśmy do Phnom Penh trochę na raty, bo w autobusie popsuła się klimatyzacja i musieliśmy zmienić pojazd. Zamiast dojechać do stolicy pod wieczór, zajechaliśmy tam w nocy. Z perspektywy autobusu mogliśmy jednak obserwować piękny zachód słońca. dsc07455

Przyjeżdżając do PP nie wiedzieliśmy jeszcze jak długo przyjdzie nam tam zostać. Wszystko uzależnione było od decyzji ambasady Wietnamu, od kiedy wklepią nam wizę. Do ambasady poszliśmy w pierwszym możliwym terminie, tj. w poniedziałek z samego rana. We wniosku wpisaliśmy,.że chcieliśmy wizę od środy, jak na złość dostaliśmy jednak od czwartku. Mieliśmy więc nadplanowy dzień w Kambodży.

Pierwsze skojarzenie, które mieliśmy związane z tym krajem to Czerwoni Khmerzy i ludobójstwo, postanowiliśmy więc dowiedzieć się o tym nieco więcej.

O wojennej historii Kambodży 

Czyli czego się dowiedzieliśmy odwiedzając kolejne muzea i pola śmierci. Kambodża razem z Laosem i Wietnamem były koloniami lub protektoratami Francji. W czasie II W.Ś. Francja nie potrafiła obronić Indochin, Kambodża była więc pod okupacją japońsko-tajlandzką. Po kapitulacji Japonii Francuzi upomnieli się o Indochiny, że to niby ich tereny i chcą je odzyskać. Wtedy to doszło do wojny, w której komunistyczna partyzantka Wietnamu walczyła o własną niepodległość, a walki rozlały się również na Kambodżę. Wojna po stronie francuskiej była w znacznej większości finansowana przez USA, które obawiały się, że jeśli Francja przegra, to całe Indochiny będą komunistyczne. Sprawa była jednak przegrana, Francja skapitulowała, w latach 50. ONZ uznało niezależność Laosu, Kambodży i obu Wietnamów (północ była komunistyczna, południe proamerykańskie, ale niedemokratyczne).

W czasie wojny wietnamskiej przez Kambodżę partyzantka Wietnamu Północnego transportowała żołnierzy i broń, żeby później ci mogli atakować Amerykanów na południu. USA nie prowadziło formalnie wojny z Kambodżą, nie mogło więc wysłać na ich teren swoich wojsk lądowych, prowadzili jednak naloty, na Kambodżę spadał napalm, bomby kasetowe i pociski dum dum, co doprowadziło do śmierci paruset tysięcy osób i inwalidztwa wielu kolejnych.

Najbardziej krwawa historia miała jednak dopiero nadejść wraz z obaleniem rządu Loi Nola (to ten który pozwalał Amerykanom na bombardowanie własnego terytorium, bo panoszyła się tam partyzantka wietnamska) przez Czerwonych Khmerów. Ci postanowili zrobić prawdziwą rewolucję socjalistyczną i po objęciu rządów rozkazali ewakuować miasta i wyprowadzili ludność do wsi i dżungli, zamknięto szkoły i szpitale, eksterminowano inteligencję, a żeby sprawa nie wyszła na zewnątrz, to zaminowano granice ze wszystkimi państwami. Łącznie w ciągu 4 lat rządów tych psychopatów w obozach zagłady, przy pracy przymusowej lub z głodu i wycieńczenia zginęło 2-3 miliony osób z populacji nieprzekraczającej 10 milionów. Ostatecznie ten koszmar przerwali Wietnamczycy, którzy zaatakowali Kambodżę, obalili Khmerów i utworzyli tam swój marionetkowy rząd pod koniec lat 70.

Ciekawa w tym wszystkim wydaje się polityka USA, która wspierała każdy rząd, nawet Khmerów, byleby tylko nie rządzili komuniści. Tym sposobem ONZ dalej uznawało Czerwonych Khmerów (już wtedy było wiadomo, że to mordercy!) jako prawowity rząd Kambodży przez lata 80. Co więcej, dostawali oni pomoc liczoną w milionach dolarów, której raczej nie wydawali na ulotki.

Spośród tych co żyją do dziś, wielu zbrodniarzy nie zostało jeszcze osądzonych, procesy nadal się toczą. Linia obrony jest prosta – o niczym nie wiedzieliśmy.

Tuol Sleng

Poszliśmy odwiedzić to muzeum, byłą szkołę, która została przerobiona na więzienie (a właściwie obóz zagłady). Ludzie raczej stamtąd żywi nie wychodzili, do tej pory naliczono zaledwie dwudziestu kilku ocalałych, spośród ponad 20 tysięcy, którzy się tam przewinęli. Więźniowie byli torturowani, przesłuchiwani, zmuszani do przyznawania się do czynów których nie popełnili. Do więzienia mógł trafić niemal każdy. Za zbyt delikatne ręce (znaczy nie pracuje), za noszenie okularów (bo pewnie umie czytać), za wszystko co potencjalnie mogło zaszkodzić rewolucji. Czerwoni Khmerzy zniewolili naród totalnie. Zamknięto wszystkie szkoły, szpitale, zakazano religii. Każdego przydzielono do pracy, rozdzielając rodziny. Mężczyźni pracowali oddzielnie, kobiety oddzielnie. W celu zapewnienia siły roboczej na kolejne lata, zmuszano ludzi do małżeństw i pilnowano ich by podczas nocy poślubnej dochodziło do aktu seksualnego. Dosłownie, pod drzwiami siedział funkcjonariusz, którzy nasłuchiwał, czy młoda para właśnie płodzi małego Khmera. Kto się wychylał był uznawany za wroga rewolucji i w konsekwencji zabijany w jednym z wielu podobnych więzień.

W pewnym momencie władza popadła już w skrajny w obłęd i liczba zidentyfikowanych „wrogów” stała się na tyle duża, że założyli pola śmierci. Zawczasu wykopywano tam masowe groby i więźniów na miejscu zabijano. I nie kulą w głowę, bo amunicja była zbyt droga. Oprawcy posługiwali się nożami, maczetami,kijami bambusowymi, prętami… Zabijano wszystkich, mężczyzn, kobiety i dzieci. W szczególnie okrutny sposób mordowano małe dzieci, ich głowy roztrzaskiwano uderzając z całej siły o drzewo. Ktoś mógłby przytomnie zapytać – po co zabijać małe dzieci, skoro one niczemu nie są winne? Otóż chodzi o zemstę – Czerwoni Khmerzy bali się, że jak dzieci dorosną, to będą chciały się zrewanżować za śmierć swoich rodziców. Dlatego eksterminowano całe rodziny, bez wyjątków.

Na polach na których my byliśmy przyjęło się, że odwiedzający zawieszają tam swoje bransoletki. Nie bardzo wiemy dlaczego, ale pewnie ma to swoją symbolikę.

 

Phnom Penh dzisiaj

Szczęśliwie ludzie zdołali się podnieść po tragedii i miasto dziś ma zupełnie inne oblicze, o wiele bardziej radosne. Dużo frajdy sprawiało nam przechadzanie się po centrum miasta, szczególnie promenada nad rzeka ma niesamowitą atmosferę. Mieszkańcy gromadzą się tam wieczorami, pogadać ze znajomymi, grać w przeróżne gry, pobiegać, poćwiczyć albo po prostu popatrzeć na rzekę. Do tego samo miasto jest naprawdę ładne, zachowało się dużo kamienic po Francuzach, jest w miarę czysto. Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni.

Naszą uwagę zwróciła liczba osób które uprawiają sport. Jest ich całe mnóstwo. Co chwile mijaliśmy grupy osób grających w zośkę, zbijaka, siatkówkę, piłkę nożną. Jarek im pozazdrościł i dołączył do jednej z grup. Walczył dzielnie ale chłopaki w Kambodży okazali się „nieco” lepsi technicznie. Nawet chłopiec, który nie miał ręki. Z kolei panie ćwiczyły fitness w rytm muzyki lub dojeżdżały wolnostojący sprzęt gimnastyczny 🙂

Z ciekawostek – bardzo popularną odzieżą sportową w Kambodży jest pidżama. Początkowo było to dla nas trochę dziwne, raczej rzadko mieliśmy okazję widzieć ludzi w pidżamach na ulicach, ale w Phnom Penh to standard.

Ostatniego dnia w Phnom Penh nie mieliśmy już za bardzo co robić i z nudów poszliśmy do pałacu królewskiego i okolicznej pagody. Pierwsze podejście było nieudane, bo strażnicy nie chcieli wpuścić Jarka do środka. Wg. lokalnych standardów miał na sobie zbyt krótkie spodenki.

Pałac nie jest jakiejś szczególnej urody, jest bardzo podobny do świątyń które można zobaczyć w każdej większej miejscowości w Tajlandii. Z kolei w pagodzie było parę tysięcy elementów ze srebra, które ważyły ileś tam ton. W każdym razie dużo bogactwa w jednym miejscu, w środku same posążki Buddy.

Zrobiliśmy jeszcze zdjęcie dwóm Azjatkom jak robią sobie selfie. Pamiętamy, jak jeszcze parę lat temu robienie sobie „samojebek” uchodziło za obciach, narcyzm. W wielu krajach Azji jest to już jednak coś w rodzaju sportu narodowego, dziewczynki mają obsesję na punkcie tego jak wyglądają na zdjęciach i ile dostają za nie lajków. Bo przecież dla nich robią te zdjęcia.

 

Phnom Penh w budowie

Po mieście zrobiliśmy kilka dłuższych spacerów, w pewnym momencie postanowiliśmy robić zdjęcia placom kolejnych budów. Phnom Penh przeżywa ogromny boom inwestycyjny, praktycznie co paręset metrów widać żurawie, charakterystyczne zielone siatki i tłum robotników. Na lokalny rynek nieruchomości mocno weszli Wietnamczycy i Chińczycy, którzy budują biurowce i bloki mieszkalne. I fajnie. Skoro już teraz w mieście jest dobrze, to w przyszłości będzie jeszcze lepiej.

Reklamy