Z Siem Reap zawinęliśmy się od razu następnego dnia po wycieczce rowerowej na Angkor. Postanowiliśmy popłynąć do Battambang, przy czym w samej miejscowości nie ma raczej niczego ciekawego. Atrakcją jest sama trasa, ponieważ płynie się przez największe jezioro w Kambodży (Tonle Sap) i rzekami. Oprócz pięknych widoków,  z perspektywy łodzi można obserwować zwykłe, codzienne życie mieszkańców Kambodży, którzy ani nie mieszkają w dużych miastach, ani nie pracują w turystyce, ot po prostu mieszkają nad rzeką (albo na rzece) i starają się jakoś wiązać koniec z końcem. Co w trzecim najbiedniejszym kraju Azji z pewnością do łatwych nie należy.

Samo jezioro jest też ciekawe, bo w czasie pory deszczowej jego powierzchnia zwiększa się parokrotnie, dlatego na mapach często obrys jeziora jest podwójny, tj. małe kółeczko odgradzające jezioro od mokradeł w porze suchej i duże koło pokazujące dokąd sięga jezioro w porze deszczowej. Wrzesień to pora największych opadów w Kambodży, więc mokradeł nie uraczyliśmy, wszystko zalane.

Płynąc przez jezioro raczej zbyt wiele nie widać, ludzie mieszkają przy rzekach, tam też toczy się jakieś życie. Na jeziorze widać tylko nielicznych rybaków zarzucających sieci. Na rzekach z kolei jest już ciekawiej. Ludzie mieszkają w domach postawionych na wysokich palach lub na barkach zbitych beczek. Co jakiś czas mijaliśmy pływający kościół lub chatki zbudowane przez partię komunistyczną. Są też pływające sklepy, szkoły, w pewnym momencie zatrzymaliśmy się nawet w małej restauracji na rzece.

Ciężkie życie tam mają. A żyją tam wyłącznie dlatego, że mogą utrzymać się z rybołówstwa. Wsie są małe, można się do nich dostać wyłącznie rzeką, niektóre domy wyglądają jakby miały się za chwilę rozlecieć. O kanalizacji też można zapomnieć, to rzeka jest kanałem. Ludzie robią w niej pranie, wyrzucają niektóre śmieci, po motorówkach zostają plamy po paliwie.  I w tym wszystkim bawią się dzieci. W razie choroby idzie się do znachora, bo lekarzy nie ma.

Żeby nie opisywać tylko smutów, to musimy dodać, że wzdłuż rzeki jest zasięg sieci komórkowych, sporo osób ma smartfony (np. Iphony 6 wystające z tylnej kieszeni). I ludzie są jednak uśmiechnięci, ciągle do nas krzyczeli „hello!”, dzieci domagały się, żeby im machać, cieszyły się jak im robiliśmy zdjęcia.

Dopłynęliśmy do Battambang, gdzie zostaliśmy na 1 noc, następnego dnia rano pojechaliśmy do Phnom Penh. W drodze do guesthousu trafiliśmy jeszcze do ambasady Wietnamu, gdzie chcieliśmy wyrobić sobie wizy. Ku naszemu zaskoczeniu konsul zaśpiewał od nas po 60 dolarów od osoby. Prychnęliśmy pod nosem i stwierdziliśmy, że w takim razie załatwimy ten temat w Phnom Penh. I słusznie, bo tam zapłaciliśmy 20 dolarów mniej.

Reklamy