Na Siem Reap mieliśmy tylko jeden pomysł – zobaczyć słynny kompleks świątyń Angkor, uważany za jeden z 7 cudów świata starożytnego (choć to pojęcie nieostre, bo takich rankingów cudów świata jest cała masa).

Historia krajów Półwyspu Indochińskiego jest dosyć zagmatwana, jeśli chce się wiedzieć kto z kim w którym momencie prowadził wojnę. Ogólnie to każdy z każdym przynajmniej raz, każde królestwo miało okresy swojej chwały, a później najeżdzali ich Birmańczycy/ Chińczycy/ Tajowie/ Khmerzy, na dobitkę w XVI wieku dołączyli się jeszcze Europejczycy, którzy nawet po zakończeniu II Wojny Światowej nie chcieli zrzec się swoich kolonii w tym regionie. Tym sposobem na całym półwyspie jest mnóstwo ruin świątyń i byłych stolic byłych królestw.

Angkor jest właśnie jednym z takich miejsc. W starożytności Angkor Thom było stolicą Imperium Khmerów, a pod miastem wybudowano świątynię Angkor Wat. Później stolicę przeniesiono do Phnom Penh, a Angkor opustoszało.

Gdy dojechaliśmy do Siem Reap musieliśmy najpierw odpocząć po trudach podróży. Dojechaliśmy wieczorem, nie byliśmy w stanie zebrać się w sobie, żeby następnego dnia rano wyruszyć podziwiać te świątynie. Spędziliśmy więc dzień na nicnierobieniu, pokręciliśmy się po mieście, poczytaliśmy, zmieniliśmy noclegownię na lepszą, takie tam. Samo Siem Reap jest na tyle nieciekawe, że nawet nie mamy stamtąd ani jednego zdjęcia.

Świątynie Angkor są otwierane od 5 rano, chcieliśmy więc następnego dnia wstać wcześnie rano,  żeby zdążyć na wschód słońca, który podobno jest bardzo widowiskowy. Nie udało, wstaliśmy o 9:00, dopiero wtedy wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy w stronę świątyń. Na mapie mieliśmy oznaczony punkt, gdzie można kupić bilety (obecne ceny to 20$/os/1d, 40$/os/3d, 60$/os/7dni), zdecydowaliśmy się tylko na 1 dzień. Gdy dojechaliśmy na miejsce, gdzie spodziewaliśmy się znaleźć kasy biletowe to znaleźliśmy tam jedynie zdezelowany budynek i kierowców tuk-tuków. Okazało się, że parę miesięcy temu punkt z biletami zmienił lokalizację i obecnie jest 4 kilometry dalej, zupełnie w drugą stronę niż świątynie. Jako że było strasznie gorąco, odstawiliśmy rowery i daliśmy się podwieźć w tę i z powrotem.

Ostatecznie przy Angkor Wat pojawiliśmy się w okolicach 11, czyli jakieś 6 godzin po czasie. Do zamknięcia kompleksu zostało nam 6 godzin, musieliśmy się więc streszczać. Na szczęście nie było tłumów, więc szło nam całkiem sprawnie.

Świątynia jest niesamowita. Robi wrażenie zarówno z daleka, skąd widać strzeliste wieżyczki i sam jej ogrom, jak i z bliska, gdzie w murach wyryte są kamienne arrasy przedstawiające różne sceny (głównie drastyczne). Byliśmy już w wielu świątyniach podczas naszej podróży po Azji, ale ta jest jedyna w swoim rodzaju. Ilość zdobień i pietyzm z jakim została wykonana pokazuje tylko, jak niesamowicie bogate było Imperium Khmerów w tamtym czasie. Sam  kamienny arras, który wyryty jest w murze, jest wysoki na jakieś 2 metry i długi na prawie kilometr.

Dalej pojechaliśmy do świątyni Bajon, która jest najważniejszym punktem większego kompleksu miejskiego Angkor Thom. Samo miasto jest ze wszystkich stron otoczone zdobionym murem, wokół którego jest jeszcze fosa. Bardzo przyjemna trasa, ogólnie polecamy przemieszczanie się rowerem, trasy pomiędzy kolejnymi świątyniami są wyasfaltowane, jest w miarę spokojnie, odległości też nie są przesadnie duże. Nie ma większego sensu brać tuk-tuka.

Bajon zachowała się niestety nieco gorzej niż sąsiadka Angkor Wat, ale również jest bardzo piękna. Charakteryzuje się dużą ilością twarzy, które zewsząd na Ciebie spoglądają. W czasie jak tam byliśmy to trwały prace konserwatorskie, część świątyni była więc niedostępna.

Po Bajon pojechaliśmy dalej do Preah Khan. Po takim początku jaki mieliśmy, trudno było już nas olśnić. Z tej świątyni ostało się już naprawdę niewiele. Większość ścian była zwalona, na murach zaczęły rosnąć drzewa. W środku zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę na odpoczynek, zaczynało być naprawdę gorąco, a tam był przyjemny przeciąg.

Przejechaliśmy kawałek dalej do Ta Prohm. I ta świątynia była naprawdę świetna. Podobnie jak poprzednia była mocno zniszczona, ale bardziej niż ruiny interesująca jest dżungla, która wkradła się do środka. Ot, po prostu natura postanowiła przejąć kontrolę nad tym miejscem, z murów wyrosły ogromne drzewa, niektóre wyrastały nawet z dachu. Korzenie wręcz pochłaniały niektóre budynki. Piękne zniszczona świątynia 🙂 Zupełnie inna niż poprzednie, ale tym bardziej interesująca.

Ostatnim miejscem było Prasat Krawan. O tej możemy już śmiało napisać, że mało ciekawa. Po prostu była po drodze z powrotem do Siem Reap, więc zajechaliśmy. Na miejscu spotkaliśmy ciekawską krowę, która łasiła się do Justyny. Justyna oczywiście nie mogła się powstrzymać i podrapała ją za uszkiem 🙂

Podsumowując – Angkor to przepiękne miejsce, zdecydowanie najpiękniejsze świątynie które widzieliśmy do tej pory. W okolicy Siem Reap jest ich naprawdę mnóstwo, spokojnie można spędzić tam tydzień i codziennie odkrywać coś nowego. My widzieliśmy zaledwie 5 miejsc spośród setek dostępnych.

Reklamy