Chiang Mai

Dojechaliśmy do Chiang Mai wcześnie rano. Standardowo nie mieliśmy rezerwacji na nocleg, a z dworca do ścisłego centrum jest spory kawałek, jakieś 7 km. Pogadaliśmy więc chwilę na dworcu z lokalnymi pośrednikami, którzy oferowali nam noclegi. Przewóz do miasta gratis, nawet jak na miejscu nie zdecydujemy się zostać. Skoro tak, to w drogę! Gdy dojechaliśmy na miejsce to okazało się, że w guesthousie zostały tylko miejsca za 80 batów (88 zł), co stanowi jakąś 3-krotność naszego noclegowego budżetu. Miło podziękowaliśmy za podwózkę i poszliśmy parędziesiąt metrów dalej, gdzie znaleźliśmy przyzwoity nocleg za 27 zł.

Naszym zdaniem samo miasto jest raczej mało ciekawe (choć wydaje się, że jesteśmy odosobnieni w tej opinii), jedyną ciekawostką jest odgrodzenie starego miasta, które z 4 stron otoczone jest wodą. Być może nasza opinia jest taka, jaka jest, bo w czasie kiedy byliśmy w mieście prawie non-stop padało. Nie da się jednak zrobić drugiego pierwszego wrażenia, nie polubiliśmy się, więc gdy tylko nadarzyła się sposobność to postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę poza miasto.Bo to co nas najbardziej ciekawiło kryło się w pobliskich wzgórzach.

Wypożyczyliśmy skuter i zrobiliśmy 100 kilometrową trasę Samoeng Loop. Przygoda zaczęła się od razu, bo Chiang Mai to duże i ruchliwe miasto, do tego, jak z resztą wszędzie w Tajlandii, ruch jest lewostronny. Udało nam się wyjechać z miasta bez szkód.

Najpierw zajechaliśmy do lokalnej świątyni, która wyglądała inaczej niż te które widzieliśmy do tej pory. Okazało się, że ma ona bardziej birmański niż tajski charakter. Więcej wizerunków smoków, ozdóbek, kolorowych szkiełek, lampek, a mniej buddy.

Później pojechaliśmy na farmę węży, gdzie chcieliśmy dowiedzieć się co nieco o tych zwierzakach. W czasie kiedy byliśmy w Tajlandii widzieliśmy ich co najmniej 4 (Phuket, Koh Phangan, koło wodospadów Erewan, w Pai), na szczęście za każdym razem przed nami uciekały. Tak jak na przykład ten osobnik.img_20160829_151040-2

Jednak zamiast się czegoś dowiedzieć, to trafiliśmy na żenujący pokaz, jak jakiś koleś w czymś na kształt ringu irytował kobrę i jakieś inne węże. Najpierw je podburzał, później je brał na ręce i dawał im buziaki. No, tandeta, a zapłaciliśmy za nią 200 batów (22 zł/os).

Po farmie pojechaliśmy w stronę punktu widokowego, z którego, jak się okazało na miejscu, nic nie było widać. Po prostu byliśmy tak wysoko (ponad 2500), że jechaliśmy w chmurze, z której na dodatek siąpił deszcz. Jedyny plus, że miejsce było zadaszone. Na miejscu spotkaliśmy 3 Izraelczyków, 2 z nich polskiego pochodzenia. Żaden po polsku ani słowa, ale wspomnieli, że ich rodziny mają tam jakieś nieruchomości do odzyskania. Temat podobno ostatnio na czasie 🙂

W drodze powrotnej chcieliśmy zajechać jeszcze do jakichś jaskiń, ale była ulewa i raczej skupiliśmy się na znalezieniu zadaszenia. Chcieliśmy ją przeczekać, ale to raczej ona przeczekała nas. Nie przestawało lać przez 2 godziny, do domu mieliśmy jeszcze jakieś 50 kilometrów, a z każdą minutą było coraz bliżej zmierzchu. Nie lubimy jeździć po nocy, zwłaszcza w państwie gdzie co roku na drogach ginie 30.000 osób, więc z dwojga złego wybraliśmy przemoczenie i ruszyliśmy. Początkowo było nędznie, ale im bliżej domu byliśmy, tym mniej padało, nawet chwilami poświeciło zachodzące słońce. Podsumowując, nam wycieczka udała się średnio, po prostu nie trafiliśmy z pogodą.

Pai

Następnego dnia pojechaliśmy do Pai. Patrząc na mapę to podróż powinna zajmować maksymalnie godzinę. Trwa jednak 5 godzin, droga wiedzie pomiędzy wzgórzami, jest więc maksymalnie kręta. W zasadzie to składa się z samych zakrętów. W Pai mieliśmy do odhaczenia piękną jaskinię niedaleko Soppong oraz kanion. Choć pojechalibyśmy tam nawet bez tych dwóch atrakcji, bo okolica jest niesamowicie widowiskowa, góry zatopione w zieleni. Momentami przypominało nam to okolcie Kanchanaburi, z tą różnicą, że drogi były dużo bardziej kręte i strome. I niebezpieczne, gdy byliśmy w trasie spadł deszcz i motocyklista jadący z naprzeciwka zaliczył widowiskową wywrotkę. Na tyle nieprzyjemną, że spadł mu kask z głowy. Na szczęście nie stało mu się nic poważnego, szybko wstał, otrzepał się, machnął ręką i pojechał dalej.

W jedną stronę mieliśmy do przejechania 80 kilometrów piękną trasą. Gdy jechaliśmy „do” nie dopisała pogoda, natomiast w drodze powrotnej było już słonecznie. Jechaliśmy raczej powoli, ciesząc się widokami. W pewnym momencie trasa wiedzie przez szczyt góry, gdzie mogliśmy się na chwilę zatrzymać i zrobić kilka zdjęć okolicy.

Sama jaskinia była ekstra. Wejście do środka dozwolone jest jedynie z przewodnikiem, który oprowadza po jaskini z lampką gazową w dłoni, która wyglądem przypomina średniowieczny kaganek. Lampka daje bardzo rozproszone światło, co samej jaskini dodaje tajemniczości. Jest go jednak wystarczająco, żeby złapać ostrość. Wgłąb jaskini najpierw płynie się łodzią, dopiero później można po niej swobodnie połazić. Jaskinia w środku jest bardzo przestrzenna, nie ma w sobie nic klaustrofobicznego, więc to inny przypadek niż jaskinia Rio Claro w Kolumbii, gdzie również byliśmy. Ma się poczucie jakby wchodziło się do katedry wypełnionej stalaktytami i stalagmitami. Wycieczka jest raczej krótka, 40 minut i po sprawie. Ale warto.

Po jaskiniach mieliśmy jeszcze całkiem sporo czasu, pojechaliśmy więc w stronę kanionu. Na miejscu okazało się, że jest to raczej odwrócony kanion, tj. zamiast być wklęsłym jest wypukły. Po kanionie chodzi się po wąskich ścieżkach, a fałszywy ruch może skutkować upadkiem z całkiem sporej wysokości. Z kanionu  rozpościera się bardzo ładny widok na dolinę i okoliczne wzgórza.

Bardzo nam się podobało. Mieliśmy też ochotę pojechać na północny-wschód, w stronę Chiang Rai, ale skalkulowaliśmy, że nie mamy już raczej czasu. Pod koniec września lecimy do Nepalu, a do tego czasu mamy jeszcze do zobaczenia Kambodżę i Wietnam, gdzie również jest co robić. Odpuściliśmy więc i następnego dnia (tj. 30 sierpnia) pojechaliśmy z Pai do Chiang Mai (znów 1000 zakrętów), skąd wzięliśmy nocny pociąg od Bangkoku, gdzie przesiedliśmy się w autobus do Aranyaprateth. Tam pieszo przekroczyliśmy granicę, a po drugiej stronie, w kambodżańskim Poipet dostaliśmy wizę (o dziwo bez dawania łapówki, choć panowie się dopraszali, chcieli 200 batów od pieczątki) i poszliśmy szukać autobusu do Siem Reap. Autobusu nie było, ale udało nam się dobrać jeszcze jedną osobę ,węgierkę o nigeryjskich korzeniach, i wspólnie pojechaliśmy taksówką. Dojechaliśmy na miejsce po 40 godzinach tułaczki. Byliśmy więc trochę zmęczeni 🙂

Reklamy