Notka będzie krótka, bo i na miejscu nie spędziliśmy zbyt wiele czasu, zaledwie jedną dobę. Z Kachanaburi pojechaliśmy autobusem do dawnej stolicy Siamu (ówczesnanazwa Tajlandii), znajduje się tam sporo zabytków i ruin w niedalekiej odległości od siebie.

Znaleźliśmy fajną kwaterę (Tony’s Place) w super cenie, bo za 200 batów (22 zł), do tego z basenem. Ogólnie okolicę mieliśmy fajną, bo w knajpie naprzeciwko wieczorem był koncert amatorskiego zespołu, który grał kawałki System of a Down, Green Day i Red Hot Chilli Peppers. I byli naprawdę świetni! Tak więc wieczór spędziliśmy przy piwie Chang słuchając trójki Azjatów (dwójka gitarzystów była jednocześnie wokalistami).

Rano wynajęliśmy 2 zdezelowane rowery i pojechaliśmy na wycieczkę. Najpierw jednak mieliśmy do załatwienia bilety na pociąg na następny dzień do Chiang Mai. Szczęśliwie dworzec był niedaleko jednej ze świątyń, było więc w miarę po drodze. Na miejscu okazało się jednak, że wszystkie bilety są już wyprzedane, możemy albo kupić bilety na następny dzień, albo poczekać do 12:00, bo wtedy aktualizuje się system i może będą jakieś zwroty. Była 11:00, więc stwierdziliśmy, że poczekamy, w międzyczasie poszliśmy na lokalne targowisko na obiad. Jak wróciliśmy, to okazało się, że jesteśmy szczęściarzami i zwolniły się 2 miejsca. Już spokojniejsi mogliśmy oddać się zwiedzaniu.

Najpierw odwiedziliśmy Wat Yai Chai Mongkhol, gdzie akurat trafiliśmy na wycieczkę szkolną, która zwiedzała świątynię razem z nami. Było kolorowo 🙂

Parę kilometrów dalej znaleźliśmy dużo ciekawsze miejsce, mianowicie Wat Maha That. Świątynia nie ma imponujących rozmiarów „w górę”, jest za to bardzo duża powierzchniowo. Choć w zasadzie Maha That to już nie świątynia, a odrestaurowane ruiny. Co miało spory urok. Na przykład z jednego z posągów Buddy dawno temu odpadła głowa, którą pochłonęły wystające korzenie sąsiadującego drzewa. W miarę jak rozrastało się drzewo to głowy już nie można było usunąć. Widok naprawdę niezwykły.

Pojechaliśmy dalej, ale po paruset metrach w rowerze Justyny poszła dętka i zamiast na rowerach jechać to musieliśmy je pchać. Byliśmy tak blisko innych świątyń, że stwierdziliśmy, że przemęczymy się z nimi do najbliższego miejsca w którym moglibyśmy je w miarę bezpiecznie zostawić i resztę wycieczki zrobimy pieszo. W drodze mijały nas gromadki słoni z turystami na grzbietach. Można i tak! Z pewnością jest to mniej zawodny środek transportu niż rower 🙂

Nie wiemy jakie świątynie jeszcze odwiedziliśmy, po pewnym czasie wszystkie wyglądały tak samo i przestaliśmy to kontrolować.

Dopchaliśmy rowery do wypożyczalni, wzięliśmy nasze plecaki i ruszyliśmy na pociąg. Dworzec jest po drugiej stronie rzeki, liczyliśmy więc, że załapiemy się na prom, który był zaznaczony na mapie. Było już jednak po zmroku, a nie wiedzieliśmy, że prom pływa tylko za dnia. Lekko zawiedzeni wzięliśmy tuktuka. Naszym kolejnym celem było Chiang Mai, do którego dotarliśmy rano następnego dnia.

 

Reklamy