Z Bangkoku wzięliśmy pociąg trzeciej klasy (nie ma innych) do Kanchanaburi, miejscowości nieopodal granicy z Birmą. Jeśli komuś coś mówi film pt. „Most na rzece Kwai” to właśnie tam. My filmu nie oglądaliśmy, póki co mamy do obejrzenia drugi sezon Narcos 🙂

Trzecia klasa w Tajlandii ma standard polskich kolei regionalnych, czyli nie było wcale tak najgorzej. Do tego we wszystkich przedziałach były zamontowane wiatraki, więc było miło. Trasa z Bangkoku przez zachód Tajlandii biegnie aż do Birmy (obecnie chcą się nazywać Mjanmą, Birma brzmi jednak jakoś bardziej swojsko) i została wybudowana w czasie drugiej wojny światowej rękami jeńców i pracowników przymusowych. Obecnie pociągi kursują jedynie na części trasy, kawałek za Kanchanaburi linia kolejowa jest już nieczynna.

W samej miejscowości nie ma zbyt wiele ciekawego do roboty, jest most (ale jak to most, mało rozrywkowy), night market, cmentarze. I to chyba byłoby na tyle. Natomiast okolice to już inna historia. Wypożyczyliśmy więc skuter na 2 dni, w tym czasie przejechaliśmy jakieś 350 kilometrów, odwiedzając kolejne miejsca.

Death Railway

Pierwszego dnia pojechaliśmy na Hellfire Pass, nieczynny już odcinek linii kolejowej. Parę słów o samej trasie, bo to dosyć istotne. Potocznie nazywa się ja „Death Railway” ponieważ została zbudowana podczas II W.Ś. w półtora roku rękami tysięcy robotników przymusowych i jeńców. Wiodła z Bangkoku w Tajlandii do Rangun w Birmie. Japończycy prowadząc wojnę w Indochinach musieli mieć tę kolej, żeby być w stanie utrzymać okupację Birmy. W tamtym czasie jedynym sposobem zaopatrzenia własnych wojsk był transport statkami przez Morze Andamańskie, przez Cieśninę Malajską, do zatoki przy Rangun, co było nieefektywne i niebezpieczne. Japończycy postanowili więc, że najlepiej będzie, jak zbuduje się kolej z Tajlandii do Birmy, kolej ma przecież dużo większą przepustowość. Zadanie bardzo trudne, trzeba było zbudować, zupełnie od zera, ponad 400 kilometrów linii kolejowych, około 600 mostów (8 dużych) i przebić się przez góry (a nie umieli wtedy budować tuneli).

Najłatwiej i najtaniej byłoby zbudować trasę rękami jeńców, ale tych było za mało jak na skalę operacji. Zwerbowano więc Birmańczyków, którym zaoferowano wysokie pensje. Finał historii jest taki, że pensji nie było, wolności też nie, była praca przymusowa po 16 godzin dziennie, prymitywnymi narzędziami, z symbolicznymi racjami żywnościowymi. Z robotników dobrowolnych stali się robotnikami przymusowymi, którzy nie znali się nawzajem, byli więc zdani zupełnie na siebie. Przy budowie pracowało ich 300.000, zginęła połowa.

W lepszej sytuacji byli jeńcy wojenni, którzy swoje odcinki budowali razem. Co ciekawe, Japończycy nie zastosowali podejścia „dziel i rządź”, tylko pozwolili jeńcom pracować w takich oddziałach w jakich zostali pojmani, z własnym dowódcą, sami układali plan działania. Chorzy mogli liczyć na pomoc swoich lekarzy (ale leków już nie), jeńcy dzielili się między sobą również jedzeniem. Przy budowie pracowało ich 60.000, zginęło 20%.

Hellfire Pass

Hellfire Pass było najbardziej krwawym odcinkiem budowanej linii kolejowej, bo praca na tym odcinku polegała na przebijaniu się przez góry. Na tym odcinku trasa jest już nieczynna, przeszliśmy się jednak pieszo wzdłuż linii kolejowej i odwiedziliśmy muzeum.

Oprócz bardzo ciekawej i poruszającej historii, nacieszyliśmy oczy widokami, okolica jest naprawdę bardzo ładna.

W drodze powrotnej postanowiliśmy zahaczyć o wodospady, które były zaznaczone na mapie. Wodospad był, ale wody w nim nie uświadczyliśmy 🙂 Taka pora deszczowa nas zastała.

Kawałek dalej pojechaliśmy zobaczyć jaskinię Krasae, wewnątrz której jest świątynia. Jaskinia jest zupełnie obok linii kolejowej (właśnie tej opisanej powyżej), ten fragment jest jednak czynny. Most, rzeka, jaskinia, świątynia, pływające domy, wszystko w jednym miejscu albo obok siebie. W tle wapienne wzgórza. Piękne miejsce.

Wieczorem zajechaliśmy jeszcze do miasta, żeby zobaczyć słynny most na rzece Kwai. Nie znając historii tego miejsca można powiedzieć, że most jak most, dużo żelaza prowadzące z jednego brzegu rzeki na drugi. Historia linii kolejowej już była, most jest jej częścią, zbudowali go amerykańscy jeńcy.

Wodospady Erewan

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy wycieczkę nad wodospady Erewan. Chcieliśmy pojechać z samego rana, żeby być przed wielką falą turystów. Poranne wstawanie ostatnio jednak nam nie wychodzi za dobrze, dodatkowo przez ponad godzinę bezskutecznie szukaliśmy miejsca gdzie można wynająć motorek. W końcu jednak zlitowała się nad nami jedna pani, która wiedziała gdzie takie miejsce się znajduje, ale ponieważ nie potrafiliśmy się za bardzo dogadać, wraz ze swoim synem po prostu zawieźli nas na miejsce 🙂 Ot taka tajlandzka uprzejmość! Do wodospadów zajechaliśmy dopiero w okolicach południa.

Łącznie jest 7 poziomów tych wodospadów, niektóre zlokalizowane blisko siebie, do tych wyższych trzeba było się jednak kawałek wspiąć. Najlepsze jest to, że w wodospadach można swobodnie pływać, a w wodzie żyją ryby które żywią się ludzkim martwym naskórkiem. Mieliśmy więc naturalne SPA 🙂

Trudno nam powiedzieć które wodospady podobały nam się najbardziej, prawie wszystkie były ekstra. O dziwo nie było też dzikich tłumów, których się lekko obawialiśmy, choć to pewnie wynika z pory roku w jakiej tam przyjechaliśmy. O tym, że to pora deszczowa przypomnieliśmy sobie doskonale w drodze powrotnej, kiedy złapała nas taka ulewa, że droga którą wracaliśmy zamieniła się w potok.

Póki co – kolejne zdjęcia wodospadów, są naprawdę fantastyczne.

Co do rybek, początkowo mieliśmy lekkie obawy co do powierzania naszych stóp tym żarłocznym bestiom, w końcu one jedzą martwą skórę. Zwłaszcza Jarek nie mógł się przemóc, zachowywał się jak mała dziewczynka. Wkładał i szybko wyciągał nogę z wody jak tylko podpłynęła jakaś ryba. Justyna była bardziej odważna i dała się skubać. Bardzo fajne uczucie, zwłaszcza jak stopę obsiądzie kilkanaście małych stworzonek i wszystkie cię delikatnie łaskoczą. Początkowo to bardzo dziwne uczucie, ale da się przyzwyczaić. Jarek, skoro już wziął się za siebie, również potwierdza, że to bardzo przyjemne 🙂

W drodze powrotnej również widoczki mieliśmy eleganckie. Smaczku całej wycieczce dodaje piękny, różowy skuter, którym dumnie się przemieszczaliśmy po okolicy.

Wieczorem, jak z resztą co wieczór będąc w Kanczanburi, poszliśmy na kolację na night market, czyli po prostu nocne targowisko. Handel zaczyna się około 18:00, na targu można kupić ciuchy i jedzenie. Wszystko bardzo smaczne i tanie, jedynym minusem było to, że nie bardzo było gdzie usiąść żeby zjeść. W Tajlandii są jednak bardzo wysokie chodniki, więc szybko znaleźliśmy rozwiązanie tego problemu. img_20160824_184643

Następnego dnia z samego rana poszliśmy na autobus do Ayutthaia, które jest dawną stolicą Tajlandii. W drodze na przystanek zaszliśmy jeszcze na cmentarz ofiar budowy trasy kolejowej.dsc07065

 

 

Reklamy