Z Koh Phangan udaliśmy się od razu do Bangkoku, najpierw płynęliśmy kilka godzin promem, później złapaliśmy busa to Surat Thani, żeby na koniec wsiąść do nocnego pociągu do stolicy. Poruszając się po Tajlandii pociąg jest świetną opcją, bardzo wygodną. Zazwyczaj są dosyć tanie, w nocnych są leżanki (2 łóżka w pionie) z poduszką i kocykiem. Jedyny minus to klimatyzacja, ale o dziwo nie chodzi o jej brak, bo przegięcie jest w drugą stronę. Otóż w pociągach jest cholernie zimno. Taki Jarek, dla przykładu, spał po kocem i naciągniętym na niego śpiworem.

Dojechaliśmy o 7 rano, zjedliśmy śniadanie w dworcowej jadłodajni. Oczywiście był to ryż. W Tajlandii (ale też i w Indonezji) ryż można jeść na śniadanie, obiad i kolację. Pieczywa raczej się nie uznaje, o jogurcie z owsianką również można zapomnieć. Próbowaliśmy negocjować jeszcze makaron w postaci pad thaia, ale okazało się, że pad thaia je się dopiero od 9:00 🙂  Nie ma jednak co narzekać, jedzenie w tym kraju jest super dobre, nawet w najtańszych miejscach wiedzą o co chodzi. Zjedliśmy więc naszą miskę ryżu ze smakiem, zapijając ją przesłodzoną kawą, za wszystko płacąc równowartość 5 zł.

W Bangkoku spaliśmy w ścisłym centrum. Zachęceni opiniami w internecie pojechaliśmy na Khaosan Road, najbardziej turystyczną ulicę Bangkoku. Szybko znaleźliśmy przyzwoity nocleg (tzn. tani i czysty). Z góry chcieliśmy zarezerwować dwie noce, ale Pani w recepcji zasugerowała nam, że może na początek lepiej na jedną? „Bo może być trochę głośno”, powiedziała.

Tego dnia pojechaliśmy do świątyni Wat Saket z której roztacza się bardzo ładna panorama na miasto. Jarkowi się ubzdurało, że Bangkok to miasto dwumilionowe, spodziewaliśmy się więc krajobrazu zbliżonego do warszawskiego – kilka wieżowców na horyzoncie, jakieś bloki, może rzeka. A tu niespodzianka! Warszawy nie było, był Istambuł. Miasto rozlewa się po horyzont, z mnóstwem wieżowców w każdą stronę świata. Dopiero później sprawdziliśmy, że w Bangkok ma 9 milionów mieszkańców! IMG_20160819_122252

Wracając do świątyni – z atrakcji można się poczuć się jak ministrant w kościele i podzwonić dzwoneczkami lub uderzyć w gong. Ot, świątynia jakich wiele w tym kraju, której atutem jest wysokość. Nie znamy się na buddyzmie (ten temat zostawiamy sobie na Nepal), może dla konesera ma ona coś w sobie, ale naszym zdaniem warto tam pójść wyłącznie dla panoramy miasta.

 

Wieczorem mieliśmy okazję przekonać się o co chodziło z tym „może być głośno”. Otóż Khaosan Road jest to jedna wielka impreza. Krajobraz jest naprawdę ciekawy, piwo sprzedaje się na wiaderka, dookoła chodzą panowie oferując gaz rozweselający lub garnitur (?!), a sąsiadujące ze sobą kluby walczą o to, kto głośniej puści muzykę. W skrócie jedna wielka najebka. Jest to również szczyt sprzedaży smażonych robali, skorpionów, tarantul i węży, które po pijaku schodzą jak kebaby na Świętokrzyskiej. DSC06912

Następnego dnia postanowiliśmy się zmierzyć z katastrofą, którą spowodował Jarek jeszcze w Indonezji chcąc zrobić zdjęcie idealne. Wówczas aparat zsunął się z improwizowanego statywu, którym był kamień na zboczu krateru (świetny pomysł!) i spadł jakieś 50 metrów w dół. O dziwo sam aparat okazał się być pancerny i przetrwał, uszkodził się tylko obiektyw. Jeździliśmy z jednego centrum handlowego do drugiego, żeby kupić zwykły, kitowy obiektyw do bezlusterkowca Sony, ale nigdzie nie było. Ostatecznie trafiliśmy do centrum handlowego, w którym było stoisko w którym które zajmowało się naprawą obiektywów. Pani wzięła obiektyw, popatrzała, do czegoś go przymierzyła i powiedziała, że za godzinę będzie. Szok, biorąc pod uwagę, że obiektyw był naprawdę mocno pogięty i nie chciał się składać. Pani jednak powiedziała, że mają maszynę do centrowania takich uszkodzeń, a w silniczku obiektywu wystarczy wymienić jeden element i będzie hulać. Bardzo się ucieszyliśmy z takiego obrotu sprawy. Dostaliśmy naprawiony sprzęt, jednocześnie sporo oszczędzając, bo nowy obiektyw jest jednak bardzo kosztowny.

Skoro tyle  zaoszczędziliśmy, to wróciliśmy na bogato, tuk-tukiem.

Następnego dnia odwiedziliśmy świątynię Wat Pho. Całkiem ładna, w środku wielki leżący Budda, oczywiście złoty. Generalnie posągów Buddy było sporo, momentami całe rzędy.

Wieczorem poszliśmy nad rzekę. Przeszliśmy się super fajnym kampusem lokalnego uniwersytetu, gdzie trwały przygotowania do spektaklu i studenci ćwiczyli jakiś taniec. Choć może wcale nie chodziło o spektakl, a wyłącznie o taniec? W sumie nie zdziwiłoby to nas, Azjaci są muzykalni, często śpiewają, dlaczego więc mieliby nie tańczyć w miejscach publicznych? Z daleka widzieliśmy też świątynię Wat Arun, która nie była podświetlona, bo jest w remoncie.

DSC06907

Ostatniego dnia naszej wizyty w stolicy Tajlandii pojechaliśmy na targowisko Chatachuk, podobno wow, must-see itd. Naszym zdaniem legenda targowiska przerosła samo targowisko i Tajowie raczej już tam nie chodzą. Miejsce jest przeznaczone dla turystów, którzy chcą kupić pamiątki albo ciuchy, często po zawyżonych cenach. Możemy zapewnić, że na innych targowiskach jest taniej.

My kupiliśmy kilka pamiątek i prezentów. Spakowaliśmy je razem z pamiątkami które woziliśmy ze sobą od Indonezji i wysłaliśmy paczką do Polski. Wyszło ponad 5 kilogramów, pani w okienku powiedziała, że będą płynąć jakieś 2-3 miesiące. Czyli na Boże Narodzenie już będą 🙂   DSC06913

Opuściliśmy Bangkok i byliśmy z tego powodu bardzo zadowoleni. Nie to, że nam się to miasto nie podobało. Chyba po prostu wolimy bardziej wioskowe klimaty, naturę, jakieś jaskinie, wodospady, pagóry. Bangkok to miasto które buzuje, jest duży tłok, odgłosy klaksonów, korki, wieczorem zaś do tej kakofonii dołączały się techno-dyskoteki. Po paru dniach mieliśmy już trochę dość i postanowiliśmy czmychnąć pod granicę z Birmą, do Kanchanaburi. Gdzie było naprawdę ekstra.

Reklamy