Po 35 dniach zostawiliśmy Indonezję. Początkowo planowaliśmy na nią 3 tygodnie, wyszło prawie dwa razy dłużej, a i tak nie zobaczyliśmy wielu miejsc, jak choćby Borneo, Papui czy Timoru. Kraj jest jednak tak ogromny, że nawet 2 miesiące wydają się niewystarczające na zobaczenie głównych punktów. Nam kończyła się już wiza, przeskoczyliśmy więc z powrotem na Półwysep Indochiński, tym razem do Tajlandii.

Phuket

Wylecieliśmy z Surabaya do Singapuru, tam mieliśmy kilkugodzinną przesiadkę do Phuket, gdzie wylądowaliśmy około północy. Wzięliśmy taksówkę (autobusy przestały już jeździć, nie mieliśmy więc wyjścia) i pojechaliśmy do miasta, gdzie wcześniej zabukowaliśmy sobie nocleg. Następnego dnia wynajęliśmy skuter i zabraliśmy się za zwiedzanie okolicy. Od razu dała nam się we znaki pogoda, wiał bardzo silny wiatr i lekko popadywał deszcz. Nic dziwnego, przyjechaliśmy w środku pory deszczowej, więc jeśli kiedyś w Tajlandii ma być kiepska pogoda, to właśnie w sierpniu.

Na mapie zaznaczyliśmy kilka punktów, które chcieliśmy tego dnia odwiedzić, ostatecznie zobaczyliśmy tylko Wat Chalong (świątynia) i pomnik Buddy na wzgórzu. W trasie mieliśmy też całkiem ładne widoki. Chwilę jechaliśmy też lasem, gdzie widzieliśmy słonie (i turystów na nich), a przed naszym skuterem przepełzł jakiś 1,5 metrowy, ciemny wąż (po przeszukaniu Google była to kobra albo rat snake). Przewiało nas jednak tak straszliwie, że uznaliśmy, że nie ma sensu się uszczęśliwiać na siłę i odpuściliśmy sobie resztę. Swoją drogą, jednym z głównych punktów miała być plaża, a chwilę po tym jak wróciliśmy do hostelu to rozpętała się burza. Powrót był więc dobrym wyborem.

Wieczorem poszliśmy pokręcić się po mieście, całkiem ładnym. Nie wiele się działo, żeby nie napisać, że w sumie to nic się nie działo. Low season w pełnej krasie.IMG_20160813_203005

Następnego dnia pogoda nie poprawiła się, dalej było nędznie, do tego Jarek czuł się lekko przeziębiony, postanowiliśmy więc spędzić dzień na nicnierobieniu. Jako że widoków na jakąkolwiek poprawę pogody nie było, uznaliśmy naszą wizytę nad morzem Andamańskim za zakończoną i następnego dnia pojechaliśmy w stronę Zatoki Tajlandzkiej, tj. do Surat Thani, skąd odpływają promy na wyspy Ko Samui, Ko Phangan i Ko Tao. Padło na Ko Phangan, gdzie aura była o niebo lepsza.

Ko Phangan

W Surat Thani, w oczekiwaniu na nocny prom na Ko Phangan, poszliśmy na night market, czyli po naszemu „nocny targ”. Wystawiają się tam sprzedawcy jedzenia, ciuchów i pamiątek, ceny są dużo niższe niż w restauracjach lub sklepach, a jakość często jest nawet wyższa, zwłaszcza jeśli chodzi o jedzenie. To bowiem w Tajlandii jest tanie i przepyszne. W Phuket codziennie jedliśmy Pad Thaia, to samo zaserwowaliśmy sobie w ST i był to strzał w 10. No, niebo w gębie. Cena to 50 batów, czyli 5,50 zł (na północy Tajlandii jest jeszcze taniej).

Prom był ciekawy, byliśmy przygotowani na spartańskie warunki, a’la te w Indonezji, zastaliśmy jednak pełen luksus. Na pokładzie każdy miał swoją leżankę, poduszkę, osobne gniazdko, światło, wiatraki. Elegancko!IMG_20160814_205557 Na miejsce dopłynęliśmy o świcie. Wyszliśmy więc z portu i zastaliśmy wszystko  pozamykane na 4 spusty. Poszukaliśmy czegoś do jedzenia, wyciągnęliśmy Kindle i postanowiliśmy przeczekać do 8 rano, aż miasto obudzi się do życia. Okazało się też, że przyjechaliśmy na parę dni przed jakąś mega wielką imprezą, która odbywa się co miesiąc w czasie pełni księżyca (stąd nazwa – Fool Moon Party). Przy tej okazji dowiedzieliśmy się, że Ko Phangan jest uważane za tajski odpowiednik Ibizy. Ceny na wyspie zależą więc od tego, czy w danym tygodniu jest pełnia księżyca. U nas była, trzeba więc było zapłacić więcej niż zwykle (choć ostatecznie nie jakoś bardzo dużo, 500 batów za bungalowa blisko plaży).

Odpoczęliśmy po podróży, pokręciliśmy się po mieście i wynajęliśmy skuter, żeby zwiedzić wyspę, a w zasadzie jej kolejne plaże. Na liście był również jakiś wodospad, ale było w nim mało wody.

Następnego dnia chcieliśmy powtórzyć manewr, choć tym razem z wykorzystaniem rowerów. Chcieliśmy pojechać na półwysep Ko Ma, gdzie jest jakaś szczątkowa rafa i można popływać z rybkami. Było jednak tak okrutnie gorąco, że udało nam się ujechać jakieś 10 kilometrów i padliśmy. Dochodziliśmy do siebie na plaży. Woda dawała małe wytchnienie, przy brzegu miała pewnie około 30 stopni. Zalegliśmy tam na dobre 3 godziny, było bardzo przyjemnie.

W drodze powrotnej żegnał nas bardzo ładny zachód słońca (kolejny z resztą).IMG_20160816_181833

Nie zostaliśmy na Full Moon Party, następnego dnia popłynęliśmy promem do Surat Thani, a dalej pojechaliśmy nocnym pociągiem do Bangkoku.

 

Reklamy