Ostatnim punktem w Indonezji był wulkan Ijen we wschodniej Jawie, słynący z niebieskich płomieni siarki wydobywającej się z krateru. Z Bali na Jawę przetransportowaliśmy się dość sprawnie, na raty ale bez większych przygód. Wyjechaliśmy rano z Ubud, a już wieczorem byliśmy w Banyuwangi (B) na Jawie. Poza portem i tym, że z B jest stosunkowo łatwo dostać się na wspomniany wulkan, to w mieście nie ma kompletnie nic do zobaczenia. Zwyczajne, nieturystyczne miasto, dziura jakich wiele. Do tego mieliśmy kłopot ze znalezieniem miejsca do spania. Ostatecznie musieliśmy przemaszerować jakieś 3 km i zadowolić się czymś, co wyglądało jak noclegownia „Suseł” na Służewiu Przemysłowym w Warszawie. W normalnych warunkach tak szybko byśmy się nie poddali i szukali dalej, ale byliśmy strasznie padnięci i po prostu wzięliśmy to co się nawinęło. Następnego dnia oczywiście się przeprowadziliśmy, pojechaliśmy na wieś.

Do dnia wylotu mieliśmy jeszcze 3 dni, wiec postanowiliśmy odpocząć, poczytać i dobrze się wyspać. Drugiego wynajęliśmy skuter by zwiedzić okolice. Zajechaliśmy do miasta zjedliśmy obiad, kupiliśmy owoce na targu i ruszyliśmy podziwiać wodospady.

A propos egzotycznych owoców, intensywność smaku ciężko nawet opisać, są przepyszne. Niestety, wiele rodzajów owoców do Polski nie przypływa z uwagi na trudności w transporcie. Naszymi odkryciami są salaki (snake fruit) i mangustyny. Mniam! Z kolei lokalne jabłka i gruszki są mało smaczne.

Pobliski wodospad na Tripadvisor miał świetne oceny. Naszym zdaniem… no, niech będzie, całkiem urokliwy, małe jest piękne, te sprawy. Być może po tym co widzieliśmy w Brazylii (Iguazu) i wodospadach w parku Yosemite jesteśmy już trochę spaczeni i wybredni. W każdym razie wodospady są niewielkie, raczej kilka większych pryszniców, ładny kolor wody, w której z resztą można się wykąpać, z czego skwapliwie korzystają lokalne dzieci. Miły przerywnik.

Wulkan

Po wycieczce na wodospad ucięliśmy strategicznego komara. Strategicznego, bo czekała nas nocna wyprawa na wulkan.Tylko wtedy można zaobserwować niebieskie płomienie powstające w wyniku spalania siarki. Wulkan położony jest ok. 30 km od B., my zdecydowaliśmy się dojechać tam skuterem. Tym sposobem musieliśmy wstać o północy (!), wyjechaliśmy o 0:30, zaś w pobliże wulkanu dostaliśmy się około 2:00. Skuterem można dojechać do wysokości około 1900 mnpm (start z 0), później kończy się droga i trzeba już iść pieszo. Idzie się około 2 godzin, trzeba podejść około 500 metrów w górę aby dojść do szczytu krateru. Koniecznie trzeba wziąć ze sobą cieple ubrania, zarówno w drodze skuterem, jak i na górze jest zimno. Rękawiczki są dobrym pomysłem. Nie wolno też zapomnieć o latarkach i maskach (wystarcza takie zwykłe chirurgiczne, takie maski są dostępne w każdym sklepie z maskami lub w aptece). Ogólnie droga nie jest trudna, nie da się zgubić, przewodnik nie jest potrzebny. Do punktu widokowego z niebieskimi płomieniami doszliśmy po jakiś 2 godzinach, chwilę przed 5 rano. Przed wschodem słońca mieliśmy trochę czasu na fociaki i powrót na skraj krateru, skąd po wschodzie słońca rozpościera się piękny widok na jezioro.

Dlaczego Kawah Ijen jest wyjątkowy? Powodów jest kilka:

  • nocą widać niebieskie płomienie palącej się siarki,
  • na dnie krateru jest kwaśne turkusowe jezioro, podobno największe tego typu na świecie
  • lokalni robotnicy pracują tam przy wydobyciu siarki, w warunkach przypominających wałbrzyskie biedaszyby z lat 90.

O ile pierwsze dwa powody są wdzięcznym obiektem do zdjęć, bo naprawdę są piękne, o tyle ostatni to już smutna historia. Z otworów wulkanu wypływa bardzo wysokiej jakości siarka, która tężeje na powierzchni. Lokalni mieszkańcy uzbrojeni jedynie w zwilżone chusty osłaniające usta i nos, wydobywają ją po prostu rozłupując kilofem skały wprost z wnętrza krateru, gdzie niemal cały czas unoszą się toksyczne opary siarki. Odłamki siarki wkładają do bambusowych koszy i na własnych barkach zanoszą swój urobek (jakieś 90 kg) na górę krateru. Droga jest bardzo stroma i kamienista. Praca niesamowicie ciężka, bardzo szkodliwa dla zdrowia i podle płatna (równowartość 30 złotych za 12 godzin pracy). Wzrost popularności wulkanu na szczęście przyczynił się nieco do poprawy życia mieszkańców. Część z nich jest teraz przewodnikami inni wynajmują maski przeciw oparom, a jeszcze inni rzeźbią małe figurki z siarki. Zastanawialiśmy się z resztą, dlaczego oni sobie nie zbudują jakiegoś małego systemu wyciągów, maszyn prostych złożonych z kilku kołowrotków, żeby robotnicy nie musieli tego dźwigać. Nie wiemy, ale możliwości są dwie – albo nie jest to z jakiegoś powodu możliwe, albo koszty pracy są tak niskie, że nie opłaca im się inwestować w maszyny. Stawiamy na to drugie.

W drodze powrotnej mieliśmy również mieliśmy nie lada widoki.

Ku przestrodze.

Jak już wspomnieliśmy wcześniej, droga do wnętrza krateru jest dosyć stroma. Do tego idzie się w nocy, więc pole widzenia jest dosyć mocno ograniczone, w sumie to oprócz gwiazd na niebie, światła latarki i niebieskiej poświaty to nic innego nie widać. Mimo wszystko, w tych ekstremalnych warunkach, Jarek postanowił zrobić zdjęcie życia! Wybrał zacne miejsce, ustawił długie naświetlanie, starannie ustawił aparat i pstryk czekamy na zdjęcie. No niestety, wulkan postanowił wezwać aparat w swoją otchłań. Prawie mu się udało, nasz sprzęt przeturlał się z jakiś 50 m w głąb krateru, regularnie uderzając w kamienie. Nie lada wyzwaniem było go wydostać z miejsca w które spadł, szczęśliwie pomógł nam w tym lokalny przewodnik. Bilans strat to trochę porysowana obudowa i wyświetlacz, i niestety uszkodzony obiektyw. Kolejne zdjęcia byliśmy zmuszeni zrobić telefonem komórkowym Justyny. Obiektyw naprawiliśmy w Bangkoku.

A zdjęcie życia oczywiście się zrobiło i wygląda tak! DSC06814

A tak wyglądają niebieskie płomienie wg Google, co wg nas lepiej odzwierciedla rzeczywistość niż nasze zdjęcia.

UFO

W nieco ponurych nastrojach wróciliśmy do naszego Guesthousu. Nie planowaliśmy żadnych atrakcji tego dnia. Chcieliśmy odespać nocną wyprawę i tyle. Wieczorem po zmroku, atrakcja pojawiła się sama. Niedaleko naszego  lokum, nad jakimś polem nieopodal, dosyć wysoko na niebie, pojawiły się dwa niebieskie poruszające się światła. Do tego wydawały przedziwny dźwięk. Nie wiemy co to było, drony czy może UFO? Poruszało się tak dziwnie, chwilami jakby ruchem wahadłowym, że raczej nie były to drony. A więc UFO! Wisiało nad nami przez jakieś 3 godziny, aż znudzeni poszliśmy spać. Obudziliśmy się w tym samym miejscu, więc pewnie po spotkaniu pierwszego stopnia odstawili nas na miejsce i wyczyścili pamięć 🙂

Następnego dnia ruszyliśmy w stronę Surabaya na samolot do Tajlandii.

 

 

Reklamy