Plan był inny, ale po nurkowaniu i podziwianiu waranów z Komodo, przemieściliśmy się na Bali. Pierwotny plan zakładał, że wrócimy na Lombok, chcieliśmy pojechać na południe tej wyspy do miejscowości Kuta. Ostatecznie również zlądowaliśmy w Kucie, ale tej na Bali (żeby uniknąć niedomówień – obie miejscowości nazywają się tak samo).

Tułaczka

Parę słów o samej podróży. Rano wsiedliśmy na prom w Labuan Bajo na Flores, który zabrał nas 100 kilometrów dalej do Sape, skąd dalej pojechaliśmy małym busem do Bimy. Przed wejściem do busa ustaliliśmy cenę za przejazd (wyjściowa 30.000 rupii, stanęło na 20.000, czyli 6 zł) w drodze jednak bileter zażądał od nas 30.000 od osoby. Nie pierwszy raz spotkała nas taka sytuacja, postanowiliśmy być asertywni i obstawaliśmy, że zapłacimy maksymalnie 20.000, bo na tyle się umówiliśmy na dworcu. Bileter 30, my 20, bileter 30, my 20 i tak w kółko, zdarta płyta. W końcu gość powiedział kierowcy żeby się zatrzymał, stanęliśmy na poboczu, jeszcze chwila werbalnego ping ponga 30/20/30/20 i po 5 kolejnych minutach bileter wyszedł z busa i do kogoś zadzwonił. Ostatecznie uznaliśmy, że jeśli mamy zostać wyrzuceni za głupie 3 złote to je dopłacimy. Z ciężkim sercem, bo nie lubimy być naciągani, a w tym wypadku ewidentnie byliśmy. Zapłaciliśmy po 30.000 za osobę, 20 minut później dojechaliśmy na miejsce.

Bima oczywiście była jedynie przystankiem na zmianę autobusu. Pokręciliśmy się chwilę po dworcu, zjedliśmy kolację i kupiliśmy bilet na nocy autobus do Mataram na Lombok. Podróż bez historii, po prostu trwała długo, byliśmy na miejscu około 9 rano następnego dnia. Na miejscu okazało się, że dalsza podróż do Kuty na Lomboku będzie kolejnymi 3 busami, nie ma bezpośredniego połączenia. Tego nie sprawdziliśmy zawczasu, a byliśmy solidnie zmęczeni trwającą już 24 godziny podróżą. Jako że główną atrakcją południa Lomboku są piękne plaże, stwierdziliśmy, że sobie je jednak odpuścimy, na Bali na pewno też coś będzie. Pokręciliśmy się więc po dworcu w poszukiwaniu transportu na tę „rajską” wyspę. Kupiliśmy łączony bilet, tj. busa na prom, prom z jednej wyspy na drugą i busa z promu do Kuty na Bali. Na miejsce dotarliśmy około północy, mieliśmy być 3 godziny wcześniej, ale tak się złożyło, że nasz prom musiał poczekać w kolejce do portu. Popsuł się tam jakiś inny prom i zrobił się zator. Zrzuciliśmy kotwicę i czekaliśmy. Morze było wzburzone, więc trochę nami pobujało. Ostatecznie po 40 godzinach tułaczki doczłapaliśmy do hostelu.

Kuta

Pierwszy dzień spędziliśmy na odsypianiu i odchorowywaniu przeziębienia, które złapaliśmy jeszcze na Komodo. Zmieniliśmy też noclegownię na tańsza i lepszą.

Drugiego dnia poszliśmy na plażę, oczywiście posurfować, tym razem tylko Jarek, bo Justynę wciąż bolało gardło. Surfing okazał się patriotyczny, deska przecinała fale wraz z naszym godłem na czele! Właścicielem szkółki „Polska Surf” okazał się Balijczyk, który ożenił się z Polką. Mieliśmy okazję poznać jego małą polsko-indonezyjską córeczkę, która beztrosko bawiła się na plaży.

Sama plaża to jednak nic szczególnego, na Lomboku wiedzieliśmy znacznie ładniejsze i znacznie mniej zatłoczone. Jeśli więc chodzi o ten aspekt, to Bali nas nie zachwyciło (tzn. Bali ogólnie nas nie zachwyciło, a plaże są jednym z elementów naszego niezachwytu, o reszcie w dalszej części).

Kolejny dzień w Kucie upłynął nam znów na plażowaniu  i surfowaniu, lecz tym razem w towarzystwie. I to jakim! Akurat w tym samym czasie na Bali spędzał swój urlop kolega Jarka, Adam (pozdrawiamy!). Co więcej, Adam tego dnia obchodził  swoje 30. urodziny (jeszcze raz najlepszego!). Wieczorem wspólne świętowaliśmy okrągły jubileusz, było bardzo fajnie. Nie widzieliśmy się 4 lata, w kalendarzu to szmat czasu, podejrzanie dużo. Adam wyjechał na Jersey w 2012, ja rok później również miałem powiększyć polską kolonię na Channel Islands, ale zerwałem więzadła krzyżowe w kolanie i fizycznie nie nadawałem się na emigrację. A operację, rehabilitację, chodzenie o kulach itd. pamiętam jakby wydarzyły się niedawno, nie 3 lata temu.

Choć pewnie za 4 lata też powiemy, że przecież podróż dookoła świata była przedwczoraj.

Ubud

Po zatłoczonej i meeeega turystycznej Kucie chcieliśmy się udać w bardziej przyjazne i urokliwe miejsce. Wybór padł na Ubud, miasteczko położone jakieś 30 km na północ w głąb wyspy. Nauczeni, że zazwyczaj dotarcie lokalnymi środkami transportu jest tańsze niż wynajęcie taksówki czy też tourist busa, ruszyliśmy w kierunku pierwszego bemo (busy używane przez lokalsów). Ten miał nas zawieźć do terminala Ubung w Denpasar, skąd potem mieliśmy się dostać na kolejny, z którego już miał odjeżdżać właściwy autobus do Ubud. O ile pierwsza cześć się udała, tj. dotarliśmy do Ubung w dosyć przyzwoitej cenie (oczywiście po negocjacjach), to dalej spotkaliśmy się ze ścianą nie do przebicia. W Ubung natrafiliśmy na lokalną mafię bemowców, która za żadne skarby nie chciała nas przewieźć dalej w normalnej cenie, nawet jeśli to oznacza że nic nie zarobią. Oferowali nam ceny kilkudziesięciokrotnie (!) wyższe niż normalne. W końcu rolą obcokrajowca na Bali jest przecież przepłacić. Zrezygnowani, musieliśmy wymyślić inne rozwiązanie. I tak oto zamówiliśmy Ubera! Tak, Uber w Indonezji, choć formalnie jest nielegalny, to ma się bardzo dobrze. Co więcej, na Bali jest to całkiem rozsądna i jedna z tańszych opcji do podróżowania. Póki co Ubery są około 3-4 razy tańsze niż zwykłe taksówki. Nie wróży to dobrze na przyszłość, pewnie wkrótce podrożeją, ale przecież nas tam już wtedy nie będzie.

Samo Ubud, hm, nie wiemy jak mogliśmy wpaść na pomysł, że znajdziemy tam miejsce mniej zatłoczone i turystyczne niż Kuta. Miasteczko w 90% składa się z hoteli, hosteli, pensjonatów, włoskich knajp, sklepów z pamiątkami, marketów i biur turystycznych.

Niemniej Ubud to niezła baza wypadowa na okoliczne atrakcje, tj. niezliczone świątynie w pięknych miejscach oraz słynne tarasy ryżowe. Jeśli mielibyśmy porównać Ubud do jakiegoś innego miasta które widzieliśmy, to paradoksalnie do miasta grzechu, tj. Las Vegas, które w samo w sobie jest nieciekawe, ale lokalizację ma bezbłędną.

W trakcie naszego pobytu w Ubud zrobiliśmy kilka wycieczek skuterem.

Ubud – dzień 1.

Na dzień dobry wynajęliśmy skuterek i pojechaliśmy w teren. W planie mieliśmy pobliskie pola ryżowe, podjechanie w pobliże wulkanu Batur i w drodze powrotnej odwiedzenie Monkey Forest. Udało się wszystko poza wulkanem.

W drodze zatrzymał nas patrol policyjny. Pan policjant prosi nas o prawo jazdy, którego oczywiście nie mieliśmy ze sobą. Tzn. w sumie to nawet jakbyśmy mieli to i tak raczej na niewiele by się zdało, bo przecież mamy prawko na samochód, a nie motor. A lokalne dzieciaki w wieku 10 lat jeżdżą motorami do szkoły, nie podejrzewamy jednak żeby przeszły egzamin na placu manewrowym. Ale turyście za brak prawo jazdy należy się mandat. Pan policjant zaczął nas od razu uprzedzać, że to wielki problem, duży mandat, tyyyyyle formalności, najpierw urząd, potem coś i jeszcze do banku. Dla turysty nie do załatwienia, ale on ma dla nas inna propozycję… 🙂 Bardzo się zdziwił, jak mu powiedzieliśmy, że „no problem” niech wypisuje mandat, tylko pod warunkiem, że pokaże nam swoją legitymację, dokładnie na blankiecie zaznaczy przyczynę i kwotę mandatu.  W pierwszej chwili pan policjant „jakby” nie zrozumiał, dalej gadał swoje, zwlekając z wypisywaniem jak się da, ewidentnie czekał, aż damy mu w łapę. Ale nic z tego! Justyna naciskała go o jego dokumenty, w międzyczasie zaczęła robić zdjęcia zarówno policjanta, jak i radiowozu. Tego już chyba było dla niego za dużo i skapitulował. „Wyjątkowo” dał nam tylko ostrzeżenie… Uff 🙂 Kolejne atrakcje już zwiedzaliśmy już mając przy sobie dokumenty.

Ubud – dzień 2.

Kolejnego dnia pojechaliśmy na zachód wyspy, w stronę świątyni Tanah Lot. Trzeba przyznać Balijczykom że świątynie to budują naprawdę w wyjątkowych miejscach. Zazwyczaj pięknie położonych albo na wystającej skale nad morzem, albo gdzieś na zboczu góry, albo na jeziorze. Tanah Lot jest akurat zbudowane na skale tuż przy skraju morza. Przepiękne miejsce, którego wrażenie potęgowały wysokie fale, które uderzały o skały koło świątyni.

Ubud – dzień 3.

Tego dnia pojechaliśmy skuterem jakieś 60 kilometrów w stronę Tirta Ganggi, znanej ze swoich finezyjnych ogrodów, zaś w drodze powrotnej zajechaliśmy do „świątyni-matki” dla wszystkich innych świątyń na wyspie – Pura Besakih.

Tirta Gangga to bardzo przyjemne miejsce, położone na wzgórzu, z mnóstwem betonowych figurek ustawionych w czymś na kształt sadzawki, w której pływało mnóstwo ryb. Żaden cud świata, po prostu ładny ogród.

Droga do Pura Besakih była bardzo urokliwa, jechaliśmy przez środek wyspy, po obu stronach były wulkany, natomiast tam, gdzie kończył się las tropikalny zwykle zaczynały się pola ryżowe. Bali jest wyspą na której jazda skuterem jest naprawdę bardzo przyjemna, często droga do celu jest nie mniej ciekawa niż sam cel.

Pura Besakih zrobiła na nas mieszane wrażenie. To naprawdę piękna świątynia, a w zasadzie kompleks świątyń, chyba największy na wyspie. O dziwo, oprócz turystów byli tam wierzący, którzy zwyczajnie się modlili. Jednak i w tym miejscu musieliśmy wykazać się czujnością by nie dać się oszukać. Najpierw grupa młodych panów, przy stoliku mającym imitować biuro, próbowała nam sprzedać fałszywe bilety. Na tyle perfidnie, że chcieli sprzedać nam już zużyte, przedarte połówki biletów, pewnie wyciągnięte z kosza na śmieci. Widocznie bywają i tacy, którzy się na to nabierają. Od policjanta, który był akurat niedaleko dowiedzieliśmy się, że prawdziwe biuro z biletami jest kilometr wcześniej, musieliśmy więc się wrócić. Potem przy wejściu do świątyni zostaliśmy obskoczeni przez panie, które twierdziły iż nie możemy wejść bez sari, zawiązanej wstęgi, jakiejś opaski na głowie i jeszcze małej ofiary (wszystko oczywiście miało swoją cenę, sporo wyższą niż cena samego biletu). Kobiety zdążyły udekorować Jarka jak świąteczną choinkę, Justyna w międzyczasie zwęszyła spisek i od innych osób dowiedziała się, że wymagane jest jedynie sari (chusta którą się przepasa). Oczywiście wzięliśmy tylko te chusty, do tego czterokrotnie zbijając ceny ich wypożyczenia (na 5000 rupii, czyli 1,50 zł). Na koniec, gdy już udało nam się dostać na teren świątyni, zostaliśmy poinformowani, że do głównych miejsc nie możemy pójść sami tylko z asystą przewodnika z uwagi na trwającą uroczystość. Nie wiemy czy było to kłamstwem (stawiamy na tak), w każdym razie dla świętego spokoju zapłaciliśmy panu równowartość 6 zł., za które nas wprowadził do głównej świątyni.

Świątynia-matka jest więc żyłą złota dla lokalnych handlarek, zbieraczy zużytych biletów i samozwańczych przewodników. Jest również bardzo piękna, składa się z około 20 innych świątyń.

Ubud – dzień 4 – nurkowanie

Poprzedniego wieczora sprawdziliśmy top 10 miejsc nurkowych na świecie. Wśród nich jedno okazało się znajdować na północy Bali. Chodzi o wrak statku USS Liberty, który został storpedowany przez japońskie wojska podczas II Wojny Światowej. Statek ma ponad 100 metrów i leży w wodzie już na tyle długo ze rafa koralowa zadomowiła się w nim na dobre. Świetne miejsce, trochę coś innego od klasycznej rafy porastającej morskie dno. Można było dostrzec elementy statu jak drabinki, włazy  czy ster kapitański. Do tego wszystkiego, wokół wraku lubią pływać ogromne ryby.  My widzieliśmy jedną i była naprawdę wieeeelka, co najmniej 2 metry! Do tego dochodzi ponad metrowy żółw i inne kolorowe rybki.

Na wrak wchodzi się z brzegu. Tego dnia były dosyć wysokie fale, dlatego założenie płetw w wodzie było nie lada wyzwaniem, trudne wejście. Przez tak silne fale była słaba widoczność, około 5 metrów (w normalnych warunkach i tak jest kiepska, do 10 metrów).

Wrak jest w odległości około 85 kilometrów od Ubud, nurkowanie przypłaciliśmy więc sporym bólem tyłka, bo dojechaliśmy tam oczywiście na skuterze, 3 godziny w jedną stronę. Pierwotnie chcieliśmy pojechać autobusem, ale był za drogi.

Ciekawy jest również sam powrót, otóż chcieliśmy wracać środkiem wyspy, nacieszyć oko wulkanami i tarasami ryżowymi. Popełnilibyśmy fatalny błąd, fatalny. Sprawdziliśmy, że bezpośrednio po nurkowaniu nie możemy wjechać na górkę wyższą niż 600 metrów, bo ryzykujemy chorobą dekompresyjną! A azotu mieliśmy w sobie sporo, bo większość naszego nurkowania była na głębokości około 25 metrów. Całe szczęście, że sprawdziliśmy to przed wyruszeniem w trasę. Wróciliśmy tak samo jak przyjechaliśmy, czyli wzdłuż wybrzeża.

Ubud – dzień 5

Tego dnia pojechaliśmy na tarasy ryżowe do Jatiluwih. Tarasów ryżowych na Bali można spotkać całe mnóstwo. Przemieszczając się skuterem nie ma sposobu by ich nie zobaczyć. Natomiast te w Jatiluwih, są wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Gdy dotarliśmy na miejsce, zrozumieliśmy dlaczego. Są ogromne! Gdzie się nie spojrzy, widać soczyście zielone lub zalane wodą poletka ryżu. Najbardziej nas zafascynował system irygacji. Wszystko jest tak zabudowane, że do każdego poletka dociera małymi kanalikami woda ciągle utrzumując odpowiednie nawodnienie.

Ostatnim punktem jaki wybraliśmy sobie za cel , była świątynia położona na wodzie, Pura Ulun Danu Bratan. Po drodze, przy okazji podziwiania widoków, spotkaliśmy pana, który był właścicielem ogromnego pytona, nietoperza, papugi innych zwierząt, które chętnie prezentował turystom. Za drobną opłata można było mieć zdjęcie z pytonem przewieszonym na szyi. Nie skorzystaliśmy.

Wracając do świątyni, tak jak poprzednie pięknie położna nad jeziorem, z ładną architekturą wewnątrz.

To co jednak najbardziej się nam podobało, to pokaż tradycyjnego tańca. Takiego tańca to jeszcze nie widzieliśmy! Pani tańczyła całym swoim ciałem, koniuszki placów wyginała w sposób którego nie jesteśmy w stanie powtórzyć, a jej oczy tańczyły razem z nią poruszając gałkami ocznymi w takt muzyki raz w jedną, raz w druga stronę.

 

Następnego dnia wyruszyliśmy na Jawę.

Sąd nad Bali 

Wyspa jest piękna, ale skrajnie, skrajnie nastawiona na komercję i dojenie turysty. Co niestety w naszych oczach odziera ją z uroku.
1. Po Bali prawie w ogóle nie da się poruszać lokalnym transportem publicznym, bo ten istnieje tylko teoretycznie, cytując za Sienkiewiczem juniorem. Turyści nie mają do niego dostępu, mają jeździć taksówkami i busami dla turystów. O tanim podróżowaniu po wyspie można zapomnieć.
2. Wyspa jest pełna pięknych świątyń. Ale takich naprawdę widowiskowych, z mnóstwem zdobień, rzeźb, często położonych w fantastycznych lokalizacjach (szczyt góry, brzeg morza, skała na wyspie). I fajnie. Ale za odwiedzenie każdej trzeba zapłacić, wokół nich rozrosły się całe targowiska z badziewiem i smażonym jedzeniem, do tego z mnóstwem naganiaczy i naciągaczy. I tym sposobem te miejsca są kompletnie odarte z jakiegokolwiek mistycyzmu, są bezduszne i sprowadzają się po prostu do pięknej budowli, którą się fotografuje. „W tym kościele nie ma boga”, cytując tym razem za Słowackim.
3. Cwaniactwo. To temat rzeka. Cecha, która nie jest charakterystyczna wyłącznie dla mieszkańców Bali, raczej jest globalna, w większym czy mniejszym stopniu. Natomiast na Bali graniczy ono z bezczelnością. O zmowie „bemowców” już było, turysta nie jeździ lokalnym transportem w normalnej cenie, ma przepłacać. Inne przykłady. Na wyspie jest kilka wulkanów, teoretycznie można na nie wejść samemu, ale praktycznie na miejscu działają mafie „przewodników”, którzy wymuszają wykupienie ich usługi. Pod groźbą wpierdolu albo przebicia opon w skuterze (w najlepszym wypadku, chłopcy chodzą z nożami). Jeśli więc ktoś chce „zdobyć” wulkan na Bali, to musi wykupić wycieczkę z przewodnikiem. Czyli napędzić ich biznes. Kolejną kwestią jest skorumpowana policja, o czym również było na górze.

Oczywiście nie wszytko jest jest tam na „nie”. Spotkaliśmy także wielu sympatycznych Balijczyków i ogólnie uważamy, że na Bali są piękne miejsca. Jednak nie jest to przyjazne miejsce dla backpakera, podróżującego na własną rękę, bez udziału agencji turystycznych. Zatem jeśli ktoś przyjeżdża na wypoczynek hotelowy i daje innym zorganizować sobie czas i atrakcje – na pewno będzie mu się podobało. W innym wypadku trzeba być przygotowanym na nieustanną batalię z naciągaczami.

Reklamy