Chwilę już podróżujemy po świecie, 11 sierpnia stuknie nam 7 miesięcy. Widzieliśmy sporo pięknych miejsc, choćby wodospady Iguazu, góry Torres del Paine, pustynię Salar de Uyuni, Macchu Pichu, czy kanion Antelope. Trudno je ze sobą porównać, bo nie ma jednoznacznego wspólnego mianownika pomiędzy nimi. Może jedynie to, że są to miejsca „lądowe”, można do nich dojść o własnych nogach, z większym lub mniejszym bólem stóp (Torres del Paine zdecydowanie z większym). W Kolumbii spróbowaliśmy jednak czegoś, co poszerzyło naszą świadomość (i wcale nie chodzi o skręta z pizzą!). Otóż przygodą nie z tego świata było dla nas nurkowanie na rafie koralowej.

Od tego momentu naszym przeznaczeniem było zanurkować u wybrzeży Komodo, jednym z najlepszych miejsc nurkowych na świecie. I zarazem najtrudniejszych, z bardzo silnymi prądami. I choć w między czasie nurkowaliśmy w innych miejscach, w tym takich z silnym prądem, mieliśmy wątpliwości czy damy radę, czy jednak Komodo nie jest dla nas zbyt wymagające. Nie ma jednak innego sposobu żeby się przekonać, niż po prostu spróbować.

Komodo miało też dla nas dodatkowy smaczek, a mianowicie warany, które żyją wyłącznie tam. Tzn. są też takie z ZOO, ale przecież nie o to chodzi.

Jak więc wyplażowaliśmy się na Gili Meno, wyruszyliśmy z samego rana na łódź do Bangsal na Lombok, skąd dalej wzięliśmy autobus do Mataram. Tam krótkie targowanie i wsiedliśmy w kolejny, tym razem dalekobieżny autobus do Bimy na wyspie Sumbawa. Przejazd obejmował prom pomiędzy jedną wyspą a drugą. Jechaliśmy jakieś 8-9 godzin, do Bimy dotarliśmy około 2 w nocy. Kolejny bus, tym razem do portu w Sape, wyjeżdżał o 5 rano. Udało nam się jednak od razu kupić bilet i przeczekać ten czas w środku, a nie na dworcu. Generalnie mało przyjemne miejsce z mało przyjemnymi ludźmi. Skoro tylko zaczęło świtać, ruszyliśmy do Sape, gdzie w porcie zameldowaliśmy się około 7. Prom na Flores teoretycznie odpływa o 9, daliśmy więc radę na spokojnie zjeść jakiś ryż na śniadanie, do tego zapić jakąś herbatą. Czyli jak co rano, z tą tylko różnicą, że po nieprzespanej nocy. W posiłku towarzyszyły nam kozy, które swojego pokarmu szukały w koszach na śmieci. Jak by nie patrzeć – hodowla ekologiczna, z wolnego wybiegu.

Wkulaliśmy się na prom o czasie, ten odpłynął jednak ze sporym opóźnieniem. Choć akurat określenie „spore opóźnienie” może tutaj nie pasuje, było to zaledwie 2 godziny, czyli jak na lokalne standardy to w sumie o czasie. Tak czy siak – płynęliśmy i to było dla nas najważniejsze. Przepłynięcie około 100 kilometrów zajmuje 5-6 godzin, prom to nie autobus, nie trzęsie, mogliśmy więc rozłożyć karimaty i spokojnie uderzyć na parę godzin w kimę.

Podczas rejsu poznaliśmy parę z Polski, Janę i Marcina, którzy przylecieli do Indonezji na dłuższe wakacje, pomiędzy jedną pracą a drugą. Marcin wkrótce zaczyna pracę w San Francisco. A kto tam był, ten wie, że to fantastyczne miejsce do życia. Prawie jak Trójmiasto 😉

W drodze Justyna była raz za razem proszona o to, żeby zrobić sobie z nią selfie. Jest dla nas zagadką, co dalej dzieje się z tymi zdjęciami. W każdym razie poprosiliśmy o rewanż i w zamian za zdjęcie z blondynką z Polski zrobiliśmy sobie zdjęcie z dwoma Indonezyjkami, które prezentujemy poniżej. I jakby ktoś się zastanawiał to nie – Jarka nikt o wspólne zdjęcie nie prosi…

Promem płynęło się fajnie, miłe widoki, sporo miejsca, handel obnośny na pokładzie. Do Labuan Bajo na Flores dopłynęliśmy około 17:00. Tzn. znów dopłynięcie było tylko teoretyczne, bo okazało się, że nasz kapitan dopłynął do pirsu od złej strony i musieliśmy w porcie wykonać zwrot o 180 stopni. Chcieliśmy wyjść promu pierwsi – wyszliśmy prawie ostatni.

Oczywiście nie mieliśmy zabukowanego noclegu, jedynie oznaczone na mapie co lepsze miejsca. Dotychczas ten system sprawdzał się bez zarzutu, zawsze udawało nam się coś znaleźć w dobrej cenie, a często nawet trochę stargować (booking.com standardowo kasuje 15% prowizję od sprzedawcy, nie robiąc rezerwacji można więc spokojnie o tyle zbić pierwotną cenę). Tym razem jednak trochę się przeliczyliśmy. Chodziliśmy z jednego miejsca do kolejnego i wszędzie byliśmy odsyłani z kwitkiem. W końcu udało nam się wyżebrać jakieś 2 łóżka w wieloosobowym pokoju w hostelu za zdecydowanie wygórowaną cenę. Ale lepszy rydz niż nic. Swój byt poprawiliśmy już następnego dnia, gdy udało nam się znaleźć tani hotel (45 zł za pokój za noc) i zostaliśmy tam już do końca naszego pobytu na Flores, tj. kolejne 4 dni.

Wracając jednak do naszego przyjazdu – noc była ekstra. Po nieprzespanej poprzedniej, teraz mieliśmy okazję wypocząć. Na dobry sen przyjęliśmy piwko i kolejną tabletkę leku Malarone. Nie trzeba być Szerlokiem, żeby domyśleć się, że to lek przeciwmalaryczny. Może on powodować szereg skutków ubocznych, między innymi koszmary. Tak więc kładliśmy się spać w oczekiwaniu na to, co zaraz wyświetli nam mózg do spółki z lekami. Nie zawiedliśmy się, choć koszmarów nie było. Jarkowi śniło się, że bierze udział w teleturnieju prowadzonym przez Krzysztofa Ibisza. Tym w którym on był ubrany cały na czarno, jak ksiądz, tylko bez koloratki. W każdym razie poległ już na pierwszym pytaniu, którym było „Ilu uczestników reality show Bar zrobiło karierę?”. Odpowiedź „zero” okazała się niepoprawna 😦

Następnego dnia, jak już przenieśliśmy swoje graty z hostelu do hotelu, poszliśmy wynająć skuter, żeby pojeździć po wyspie. Ogólnie mieliśmy do odhaczenia 3 rzeczy na Flores i PN Komodo – zrobić nurkowanie na rafie (najlepiej kilka), popłynąć na wyspę Rinca pooglądać warany, no i pojeździć skuterem po Flores, bo to frajda i można zobaczyć ładne krajobrazy. Zaczęliśmy od ostatniego punktu i zonk. Przeszliśmy całe Labuan Bajo, ostał się jeden jedyny skuter, oczywiście uszkodzony, do tego wynajmujący nie miał kasków. Nie ma, to nie ma, trudno. Mięliśmy więcej czasu dla siebie i na planowanie. Obeszliśmy szkółki nurkowe, porównaliśmy oferty, dowiedzieliśmy się które miejsca na rafie są najlepsze, a na sam koniec kupiliśmy wycieczkę na następny dzień na Rinca na warany.

Rinca

Warany żyją na dwóch wyspach – na Komodo i Rinca. Z Flores dużo bliżej jest na tę ostatnią, 2 godziny w porównaniu do 4 na Komodo. Wycieczka na tę wyspę jest więc odpowiednio tańsza. W drodze powrotnej mieliśmy też 2 przerwy na snorkeling przy jakichś 2 wyspach, których nazw już niestety nie pamiętamy.

Za wejście do parku narodowego trzeba słono zapłacić, około 230.000 rupii/os., czyli na nasze jakieś 70 zł. Nie jest to natomiast cena przesadzona, w końcu ochrona przyrody kosztuje.

W cenie wejścia dostaje się opiekę przewodnika, który powinien co nieco opowiedzieć o zwierzętach i samym parku. Jednak żeby to zrobić powinien choć trochę komunikować się po angielsku, z czym miał nie mały problem. Ostatecznie jego obecność sprowadziła się do przeprowadzenia nas przez jedną ze ścieżek w parku i do trzymania długiego kija, w razie jakby jakiemuś waranowi przyszło do głowy nas zaatakować. W toku ewolucji tych zwierząt od zawsze były na szczycie łańcucha pokarmowego, nie boją się więc ludzi, bo na Komodo ci po prostu nigdy nie mieszkali.

Odszukanie pierwszego warana było proste, odpoczywał niedaleko wejścia do parku. Mieliśmy szczęście, trafił nam się spory okaz, na oko jakieś 3 metry.  Razem z inną grupką turystów podeszliśmy na jakieś 7-8 metrów i zaczęliśmy robić mu zdjęcia. Nie wyglądał na poruszonego, pewnie nie była to jego pierwsza sesja zdjęciowa. Coś tam pokręcił głową, pomielił ozorem i tyle.

Parędziesiąt metrów dalej było już ciekawiej. Pracownicy parku zawiesili na długiej linie kawał mięsa, na który przyczaił się inny waran. Ten najpierw chciał wyrwać mięso ze sznura, a jak się nie udało – połknął cały fragment. Ot, chapnął na raz. Lina jednak się nie przerwała, więc jaszczur tak na niej wisiał, w żołądku mając mięso, a z pyska wystawał mu sznur. Ciekawa scenka. Zakończenie było takie, że waran się poddał, wypluł linę razem z zawartością i zaczął ją skubać kawałek po kawałku. Oprócz nas, wszystkiemu przypatrywał się jeszcze jeden, mały osobnik, który pewnie liczył, że i dla niego coś się ostanie. Może następnym razem.

Kolejne 3 warany spotkaliśmy paręset metrów dalej, leżały koło budynków gospodarczych obsługi parku. Tu bez historii, po prostu leżały.

Połaziliśmy jeszcze okoły godziny po lokalnych pagórach w nadziei, że może jeszcze jakieś spotkamy, ale bez skutku. Za to widoczki na zatokę niczego sobie.

W drodze powrotnej zrobiliśmy 2x snorkeling, który był fajny i niefajny. W pierwszym punkcie rafa była bardzo zdrowa, do tego płytko. Było mało rybek, ale za to widzieliśmy węża morskiego i kolorowe rozgwiazdy porozrzucane tu i ówdzie. W drugim punkcie z kolei rafa była martwa. Zamiast pływać zdecydowaliśmy się poleżeć chwilę na plaży.

Następnego dnia popłynęliśmy już na konkretną rafę. Wykupiliśmy 3 „fun divy”, czyli po prostu 3 nurkowania, kolejno Sebayur, Batu Bolong i Manta Point. Początkowo chcieliśmy nurkować z kamerką, ale ostatecznie wymiękliśmy. Obsługa kamerki wymaga jednak trochę uwagi, a przy silnym prądzie trzeba być mocno skupionym. My nie jesteśmy doświadczonymi nurkami, woleliśmy więc nie kusić losu. Zdjęcia poniżej są więc zapożyczone, wrzucamy je tylko poglądowo.

Pierwsze zdjęcie pochodzi z Batu Bolong, które naprawdę tak wygląda. Jedno wielkie akwarium. Małych i średnich rybek jest tak dużo, że aż zasłaniają widok. Do tego podczas nurkowania widzieliśmy ogromnego żółwa, który wyjadał coś z rafy. Nieopodal pływały też dwumetrowe napoleony, ogromne mureny i mnóstwo, mnóstwo innych ryb, których nazw nawet nie znamy. Niesamowite miejsce. Podobno często widzi się tam też rekiny lub delfiny, my nie mieliśmy jednak takiego szczęścia.

Ostatnie zdjęcie prezentuje mantę. Widzieliśmy 2 kiedy nurkowaliśmy na Manta Point, niestety były dosyć daleko, jakieś 15 metrów od nas. W ogóle nurkowanie w tym miejscu było ciekawe, bo prąd był tak silny, że Jarek musiał przytrzymywać sobie ręką regulator w ustach kiedy płynęliśmy lekko w poprzek prądu. Do tego regularnie zmieniała się temperatura wody, raz płynęliśmy w ciepłym prądzie, raz w zimnym. Zawsze było też widać kiedy wpływaliśmy w zimny prąd – woda była wyraźnie gęstsza, bardziej zawiesista. No, ciekawe to było. Momentami mało przyjemne, ale na pewno rozwijające pod względem technicznym.

Na Sebayur widzieliśmy kałamarnicę i płaszczkę. Miejsce ładne, ale nie szałowe.

Wróciliśmy na Flores pod wieczór. Byliśmy bardzo zadowoleni z nurkowania, zwłaszcza Batu Bolong było czymś, co przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. To było po prostu niesamowite, najlepsze nasze nurkowanie jak do tej pory.

Oprócz tego jednego dnia nurkowania planowaliśmy zrobić też kolejny, na miejscu zwanym Castle Rock na północy Komodo. Jednak zimny prąd tak dał nam się we znaki, że się zaziębiliśmy i kolejny dzień musieliśmy odleżeć w łóżku. Postanowiliśmy więc wcześniej zakończyć naszą przygodę z nurkowaniem na Komodo i po tym jak poczuliśmy się trochę lepiej poszliśmy na prom w stronę Lombok.

Reklamy