Lombok

Po Sumatrze, która z resztą jest wyspą trudną do zwiedzania z uwagi na wszechobecną biedę i wiążącym się z tym brakiem odpowiedniej infrastruktury, zdecydowaliśmy się polecieć na Lombok. Wybór podyktowany był głównie ceną, ale również i logistyką najbliższego miesiąca -z tej wyspy jest stosunkowo blisko na Flores i Komodo (w kierunku na wschód) i Bali (zachód). Lot mieliśmy z parunasto godzinną przesiadką w Kuala Lumpur, gdzie przenocowaliśmy. Poszliśmy też na zupę i kolejny raz przekonaliśmy się, jak przepyszne jest jedzenie w Malezji.

Po wylądowaniu na Lombok zakwaterowaliśmy się w miejscowości Senggigi. Jest tam plaża, choć nie za ładna, do tego ta miejscowość to dobra baza wypadowa na dwie największe okoliczne atrakcje – wyspy Gili oraz wyprawę na wulkan Rinjani. Początkowo planowaliśmy obie, ale po skonfrontowaniu się z rzeczywistością na miejscu, zrezygnowaliśmy z tej ostatniej. Otóż na wulkan nie można wejść samemu, trzeba wykupić 2-3 dniową wycieczkę, która kosztuje jakieś 450 zł od osoby. W tej cenie jest wynajem sprzętu (my mamy własny), tragarzy, którzy niosą ten sprzęt za Ciebie i rozkładają go zanim jeszcze zdążysz przyjść na pole namiotowe oraz kucharzy, którzy dla Ciebie gotują. Jedyne co trzeba robić to wchodzić o własnych nogach i podziwiać widoczki. I sęk w tym, że tym sposobem wycieczka odarta jest z jakiegokolwiek elementu samodzielności. Ot, Indonezyjczycy zabierają Cię na spacer. Po Torres del Paine i Cordillera Blanca, które są dużo bardziej wymagające niż Rinjani, a jednak nikt nas tam za rękę nie prowadził, uznaliśmy, że taki rodzaj wycieczki nie jest dla nas i odpuściliśmy.

Zamiast tego wynajęliśmy skuter, żeby zobaczyć okolicę. Na samej wyspie, jak i w większości Indonezji (ale w odróżnieniu od sąsiadującego Bali) dominuje islam, dzięki czemu horyzont upstrzony jest minaretami i charakterystycznymi kopułami, które zatopione są w zieleni. Spora część społeczeństwa jest jednak innych wyznań, m.in. hinduizm (ludność napływowa z Bali), są i chrześcijanie. Meczety interesują nas mniej, pojechaliśmy więc najpierw do poleconej nam hinduskiej (hinduistycznej?) świątyni. Traf chciał, że akurat w tym czasie do świątyni przyjechał niegdysiejszy mieszkaniec Bali wraz z małżonką, by się pomodlić. Był na tyle miły, że zaproponował nam, że nas oprowadzi. Zanim jednak weszliśmy, musieliśmy przepasać się we wstęgi, a Justyna została zapytana czy nie jest obecnie przypadkiem w czasie menstruacji. Okazuje się, że w ich kulturze kobiety w czasie okresu mają zakaz wstępu. Sama świątynia niezwykle urokliwa. Położona w cichym i spokojnym miejscu otoczona mnóstwem roślin. Wierni składają tam ofiary w postaci kwiatów i owoców, palą kadzidła i medytują, wszystko to robiąc w lekko podniosłej atmosferze i z pietyzmem.

Dalej pojechaliśmy drogą przez lokalne wzgórza. Piękne widoki a wśród drzew można było spotkać ciekawskie małpy. Co do dróg, to na Lomboku są o niebo lepsze od tych na Sumatrze. Piękny, nowy asfalt bez dziur, aż miło się jedzie.

I ludzie też wydają się inni, większość mówi po angielsku i są o wiele bardziej przyjaźni i mniej napastliwi, niż Ci których spotkalismy wcześniej. Taka to właśnie na razie jawi nam się Indonezja, co wyspa to trochę inny klimat i kultura. Jak wcześniej wspomnieliśmy – niektóre wyspy są muzułmańskie, inne katolickie z domieszką animizmu, a jeszcze gdzieś indziej wyznają hinduizm. Różnice w poziomie życia są również spore, Sumatra to straszna bieda i ogromne masy ludzi, Balijczycy są stosunkowo zamożni, Papuasi zaś żyją w dżungli w chatkach z błota i słomy i nie za bardzo są zainteresowani tym co się dzieje poza ich wioską.

W stronę powrotną postanowiliśmy przejechać wybrzeżem zahaczając o plaże. Pierwsza na którą trafiliśmy była niemal bezludna. Poza dwoma poławiaczami krabów nie było nikogo. Z przyjemnością sobie tam poleniuchowaliśmy. Na zachód słońca pojechaliśmy, zachwycając się widokami, dalej na zachodnią część wyspy.  Plaża nie była już taka ładna jak ta poprzednia, ale za to była bliżej domu, dokąd udaliśmy się po tym, jak zaszło słońce.

Gili Meno

Następnego dnia spakowaliśmy się i ruszyliśmy na wyspy Gili, a konkretnie na Gili Meno, która uchodzi za najspokojniejszą i z najlepiej zachowaną rafą koralową. Do wyboru jest jeszcze Gili Tarwagan (najbardziej imprezowa) i Gili Air (coś pomiędzy pozostałymi dwoma). Niestety okazało się że i na Gili Meno z rafy już prawie nic nie zostało. W czasie naszego snorkelingu (weszliśmy z plaży i wpław przepłynęliśmy około 100 metrów) nie trafiliśmy na żadne kolorowe korale, wszystko było białe i uszkodzone. Widzieliśmy jedynie kilka kolorowych rybek. Rafa została najprawdopodobniej zniszczona na skutek rozwijającej się turystyki. Często ludziom brakuje świadomości, że koralowców nie można dotykać (a tym bardziej na nich stawać), ani zrzucać na nie kotwic. Smutne to tym bardziej, że przez swoją krótkowzroczność sami odcinają gałąź na której siedzą.

Natomiast plażom uroku odmówić nie można. Do tej pory w kategorii „plaża” to najlepsze miejsce jakie odwiedziliśmy. Ogólnie wyspa niewątpliwie ma swój urok. Bardzo spokojna, nie jeżdżą tu samochody, co najwyżej bryczki ciągnięte przez konika. Nie było nam to jednak potrzebne, Gili Meno można pieszo obejść w 2 godziny. Spacer ma jeszcze dodatkową zaletę – można znaleźć mnóstwo bardzo ładnych muszelek.

Łącznie na Gili zostaliśmy 2 dni, po czym spakowaliśmy się i z samego rana wyruszyliśmy w blisko dwudniową podróż w stronę Parku Narodowego Komodo.

Reklamy