Wulkan Sibayak

Ostatniego ranka w Bukit Lawang obudziliśmy się przed 6:00 po to, żeby na 7:00 zdążyć na jedyny tego dnia bezpośredni i publiczny autobus do Berastagi. Kosztuje on około 60.000 rupii/os, czyli jakieś 100.000 taniej niż tzw. touristbusy, które może i są wygodniejsze, ale ich klienci nie mają takich przygód jakie mieliśmy my. Jadąc nieco ponad 100 kilometrów przez 6 godzin zdażyliśmy:
(1) potrącić motocykl (wszyscy zdrowi)
(2) odwiedzić posterunek policji
(3) złapać gumę
to wszystko jadąc busem wypełnionym po brzegi. Na tych dla których nie starczyło miejsca czekało miejsce na dachu, obok dużych klatek z kurami. Tak, niektórzy pasażerowie przewozili żywe kury, które swoje miejsca znalazły zarówno na dachu, jak i wśród pasażerów tyle że pod siedzeniami. Jechaliśmy jak w jednej, wielkiej, wiejskiej rodzinie, co chwilę słysząc pianie po każdej większej koleinie.

Sądzimy, że kury, tak samo jak my, uważały, że nasz kierowca jest szalony. Przy takim stylu jazdy, jaki nam zaordynował, jego przygoda z prowadzeniem pojazdów mechanicznych prędzej czy później zakończy się podczas wyprzedzania na zakręcie. Byliśmy bardzo zadowoleni, że dotarliśmy do Berastagi w jednym kawałku.

Po odebraniu plecaków entuzjazm nam jednak minimalnie opadł. Wystarczyło rozejrzeć się dookoła, żeby stwierdzić, że Berastagi to nie jest sumatrzański odpowiednik San Francisco. Miasto brudne i tak ruchliwe, że aż strach przejść przez jezdnię. Do tego wszyscy się na nas gapią i wołają „Hello Mister!”. Nawet do Justyny. Dodatkowo Justyna co jakiś czas była proszona o to żeby zrobić sobie z nią zdjęcie. Dla miejscowych byliśmy nie lada atrakcją.

Celem naszej podróży do tego miejsca był trekking na wulkan. Poszliśmy na łatwiznę i wykupiliśmy zorganizowaną wycieczkę. W przewodniku doradzają, żeby iść w grupie, a wycieczka zaproponowana nam w hostelu była na tyle tania, że bez dłuższych negocjacji zgodziliśmy się. Z perspektywy czasu możemy jednak powiedzieć, że przewodnik zupełnie nie jest tam potrzebny. Trasa jest łatwa i spokojnie można ją przebyć samemu. Z resztą chłopak, który pełnił rolę naszego przewodnika zachowywał się tak, jakby miał iść z nami za karę. Jak sam przyznał na początku – nie zjadł śniadania i stwierdził, że ma ciężki plecak i czy moglibyśmy wziąć od niego jedzenie, tj. 6 porcji ryżu, pewnie 300 gramów każda.

Za to współwycieczkowiczów mieliśmy bardzo fajnych. Tak się złożyło, że szliśmy na wulkan w 5 Polaków. Oprócz nas reszta była z biura turystycznego Super Tramp. Obcowanie z przewodnikiem samoistnie ograniczyło się więc do minimum, my zaś zajęliśmy się dyskusją pt. „Co z tą Polską”. Szliśmy tak z 2 godziny, aż z nienacka doszliśmy na miejsce. Tak, jak Berastagi to nie San Francisco, analogicznie wulkan Sibayak to nie Wezuwiusz. Zrobiliśmy kilka zdjęć, zdążyliśmy nasiąknąć zapachem siarki i rozpoczęliśmy spacer w dół, w oddali widząc zbliżającą się burzę. Kierowaliśmy się w stronę gorących źródeł, z małą przerwą na przeczekanie ulewy. Na horyzoncie nie było jednak widać ani skrawka błękitu, więc stwierdziliśmy, że trudno, widać musimy zmoknąć.

Gorące źródła były bardzo przyjemne. Doszliśmy na miejsce w czasie ulewy, i podczas gdy na nasze głowy lało jak z cebra, cała reszta wygrzewała się w gorącej wodzie. Kiedy już odmoczyliśmy się na tyle, że przestaliśmy poznawać nasze ręce, wyruszyliśmy w drogę powrotną do Berastagi, żeby następnego dnia ruszyć dalej.

Jezioro Toba

Kolejnym punktem podrózy było jezioro Toba. Dojechaliśmy tam w miarę sprawnie, mimo 3 przesiadek. Zatrzymaliśmy się w miejscowości Tuktuk na wyspie Samosir. Główną atrakcją tego miejsca jest jezioro kalderowe tzn. w kraterze wulkanu. Do tego jest największym jeziorem tego typu na świecie. Na zdjęciach być może tego nie widać, ale te pagóry w tle to szczyt wulkanu, wewnątrz którego się znajdowaliśmy. Sam wulkan ma dosyć wybuchową historę. Jego ekspozja 75000 lat temu wyrzuciła do atmosfery tak dużo pyłu, że temperatura globu obniżyła się średnio o 16 stopni Celcjusza, na wyższych szerokościach geograficznych spowodowała zlodowacenie na około 1800 lat, do tego powodując zagładę wielu gatunków zwierząt. Słyszeliśmy też o teorii, wg. której na skutek tego wybuchu zginęła też większość ludzi na świecie, ostała się jedynie garstka i dlatego współcześni homo sapiens mają tak małą różnorodność genetyczną. Ale to już spekulacja, nie ma na to twardych dowodów.

Tuktuk i okolice były bardzo urokliwe i spokojne. Czyli to czego potrzebowaliśmy po wcześniejszej tułaczce po Sumatrze. Tereny wokół jeziora i jednocześnie wewnątrz wulkanu zamieszkują potomkowie plemienia Bataków, którzy jeszcze do początku XX wieku praktykowali kanibalizm. Zmienili jednak dietę i obecnie jedzą więcej warzyw. Wciąż kultywują swoją tradycję, ale jedynie poprzez taniec i śpiew. Na samej wyspie nie ma jednak zbyt wiele do roboty. Jednego dnia wypożyczyliśmy skuter, pojechaliśmy zobaczyć tradycyjną osadę Bataków, w tym stół na którym ponoć składano ofiary. Po drodze widzieliśmy też tradycyjne groby, które wyglądają jak domy, tylko są dużo mniejsze. Pobyt w tym miejscu możemy określić jako miłe leniuchowanie. Przed dalszą podróżą spędziliśmy jeden dzień w miejscowości Parapat (po drugiej stronie jeziora), skąd mogliśmy podziwiać cudny zachód słońca.

Reklamy