Z Penang do Medan na Sumatrze lecieliśmy tanimi liniami lotniczymi Lion Air. Jako że na lotnisku było wifi, Jarek wpadł na świetny pomysł, żeby przeczytać notkę na Wikipedii o tych liniach. Okazało się, że jeszcze parę miesięcy temu linia była na czarnej liście przewoźników Unii Europejskiej! Lekko nas to zestresowało, bo opisy kolejnych wypadków wskazywały, że piloci w tych liniach są niedouczeni, mają kłopot z angielskim i raczej nie mieszczą się w pasach startowych. Weszliśmy jednak na pokład samolotu, dolecieliśmy bezproblemowo.

Na samej Sumatrze chcieliśmy zrobić 3 rzeczy – pojechać do dżungi podziwiać orangutany, wspiąć się na wulkan oraz pojechać nad jezioro Toba, które jest największym jeziorem kalderowym (tzn. w kraterze wulkanu) na świecie.

Zaczęliśmy od punktu pierwszego i po przylocie od razu udaliśmy się do Bukit Lawang. Sumatra to jedno z dwóch miejsc, w których orangutany żyją na wolności (drugie to Borneo), a w lesie w pobliżu Bukit Lawang jest ich naprawdę sporo. Choć mieliśmy do przejechania jakieś 100 km, dojazd zajął nam blisko 7 godzin. Najpierw autobus z lotniska w kierunki Binjai, następnie trójkołowiec (tuk-tuk) do przystanku autobusowego i negocjacje z lokalną mafią, a na koniec pięciogodzinna podróż minibusem do Bukit Lawang.

Tak jak nie lubimy narzekać, to kilka rzeczy w tej podróży było naprawdę mocno irytujących. Zaczynając od upału, który był nieznośny. Jarka telefon pokazywał, że jest 41 stopni w cieniu. Sami jednak wybraliśmy takie miejsce i taki czas, więc nie ma się co użalać. Gorsza była jednak lokalna „mafia busikowa”, która windowała ceny biletów. W skrócie wyglądało to tak, że z Binjai busy odjeżdżały w kierunku BL tylko z jednego przystanku. No więc to miejsce zostało opanowane przez kilku cwaniaczków, którzy tak zastraszyli kierowców busów, że bilety można było kupić wyłącznie za ich pośrednictwem. Kierowcy nie chcieli nawet rozmawiać z klientami. Chcieliśmy pokombinować, np. pójść kawałek wcześniej i wsiąść do busa jeszcze przed oficjalnym przystankiem, ale nie udało nam się. Nie mieliśmy więc wyboru, musieliśmy zapłacić ukryty haracz i kupić bilety za pośrednictwem Rycerzy Ortalionu, choć to nie znaczy, że się nie targowaliśmy. Udało nam się zbić pierwotną cenę o 30%.  Zapłaciliśmy 35 tys. rupii (10 zł, normalna cena wynosi 20 tys.), co i tak traktowaliśmy jak zdzierstwo. Później jednak usłyszeliśmy, że byli tacy co płacili nawet i 300 tys. A przepłacić 15-krotnie to już czyste frajerstwo.

Za to miejsce noclegowe mieliśmy super. Nad rzeką, dobre jedzenie, niedrogo, a do tego wieczorami pracownicy dawali pokaz swoich muzycznych umiejętności grając na instrumentach i śpiewając.

Od razu następnego dnia po przyjeździe wybraliśmy się na całodniowy trekking po dżungli. Nie można tam iść samodzielnie, trzeba wynająć przewodnika. Do tego ceny są z góry ustalone i wynoszą 35 euro za jeden dzień, 45 za dwa dni i odpowiednio więcej za kolejne. Żeby spotkać orangutana nie musieliśmy długo chodzić po dżungli. Wystarczyło ledwie 20 minut. Był to prawdziwie dziki osobnik, siedział wysoko na drzewie i kompletnie nas ignorował. Kolejne orangutany, które spotykaliśmy na trasie, były półdzikie, tzn. wcześniej z jakiegoś powodu trafiły do ośrodka rehabilitacyjnego i w tym czasie miały kontakt z człowiekiem. Takie jak widza ludzi to podchodzą i wyciągają rękę po jedzenie. Poza orangutanami widzieliśmy jeszcze rożne małpy, w tym gibony, makaki i Thomas Leaf (nie znaleźliśmy polskiego tłumaczenia, te małpy żyją tylko na północy Sumatry). Te ostatnie były nami bardzo zainteresowane i chwilę się z nami bawiły. W międzyczasie przypełzł jeszcze jakiś zielony wąż, podobno niejadowity. W tej dżungli żyją kobry, więc do wszystkiego co syczy odnosiliśmy się raczej bez entuzjazmu. W drodze powrotnej przechodziliśmy jeszcze wzdłuż lasu, w którym rosły kauczukowce i kakaowce.

 

Po powrocie Jarek w ramach prysznica wykąpał się razem z lokalsami w rzece. Sama woda nie była jakimś okazem czystości, za to była chłodna!

Na zakończenie jeszcze parę słów o produkcji oleju palmowego. Oprócz produkcji kauczuku i kakao, w okolicach Bukit Lawang są plantacje palm olejowych. Ale takie gigantyczne, ciągnące się po horyzont. Plantacje są ogromnym obciążeniem dla środowiska. Nie dość, że wypierają dżunglę, a wraz z nią zwierzęta, to jeszcze jedna palma wypija dziennie 25 litrów wody. Tam gdzie są palmy olejowe, tam wysychają strumienie, brakuje wody pitnej (i niepitnej) oraz zmienia się klimat okolicy na jeszcze bardziej gorący. Stąd być może wspomniane wcześniej 41 stopni. Zatem kupując w Polsce Nutellę, pomyślcie czasem o orangutanach i ich kurczącym się habitacie. No i o swoim zdrowiu, olej palmowy ma super dużo tłuszczy nasyconych, a jego jedyną przewagą nad rzepakiem jest cena – jest to najtańszy na świecie tłuszcz roślinny.

A, i jeszcze jedno, na wycieczce nauczyliśmy się też lokalanej piosenki w rytm Jingle Bells. Kradniemy nagranie, to nie nasze, ale dokładnie w takich rytmach spędzaliśmy 2 bardzo przyjemne wieczory 🙂

 

 

 

Reklamy