Langkawi słynie z pięknych plaż, widowiskowych pagórków i swojego statusu jako strefy bezcłowej.

Tuż po przypłynięciu z Penang pojechaliśmy w stronę plaży Pantai Cenang, przy której znajduje się większość hosteli i pensjonatów na wyspie. Szybko znaleźliśmy wcześniej upatrzony hostel, zapłaciliśmy za jedną noc i poszliśmy pokręcić się po okolicy. Jako że jest to jedna wielka strefa bezcłowa – alkohol jest tani. Nie mogliśmy się powstrzymać i wieczorem wypiliśmy po zimnym Tigerze. Pierwsze piwo od Filipin. To szokujące co napiszemy, ale nie smakowało nam. Postanowiliśmy więc wypić drugie, żeby się upewnić. I w sumie nadal nie wiemy, czy to z nami coś nie tak, czy może jednak z piwem 🙂

Następnego dnia rano postanowiliśmy ewakuować się z przybytku w którym się zatrzymaliśmy. Co prawda nie mamy pewności, bo nie nakryliśmy ich na gorącym uczynku, ale wydaje nam się, że razem z nami w pokoju mieszkały pluskwy, które  w nocy postanowiły się nami nieco pożywić. Przeszliśmy się więc po okolicy i znaleźliśmy trochę droższy, ale i czystszy pokój. Resztę dnia spędziliśmy na plaży. Leżenie, wchodzenie do wody, leżenie, przekąski, wchodzenie do wody, leżenie. Tak to z grubsza wyglądało.

Na kolejny dzień wynajęliśmy skuter i pojechaliśmy w stronę wzgórz na Skybridge, a póżniej na plażę Pantai Tanjung Rhu, która uchodzi za najładniejszą na wyspie. Prowadzenie skutera miało jedną małą trudność, otóż w Malezji jeździ się po lewej stronie. Ruch na wyspie jest raczej spokojny, ale i tak na skrzyżowaniach przepuszczaliśmy wszystkich jak leci.

Żeby dostać się na Skybridge trzeba najpierw wjechać kolejką linową na szczyt lokalnej góry, skąd jest kolejna kolejka na jeszcze inną górę. Podobno ta pierwsza kolejka jest najbardziej stroma na świecie. Jesteśmy gotowi w to uwierzyć. Mieliśmy sporą frajdę, choć widok był trochę przerażający.

Sam Skybridge nie prowadzi do żadnego konkretnego miejsca, ot został postawiony, żeby podobało się turystom. No i podobało się 🙂

Dalej pojechaliśmy na plażę, która była niedaleko ujścia lokalnej rzeki. poszliśmy więc kawałek wgłąb. Bardzo ładne miejsce. Mieliśmy też dziką ochotę coś przekąsić, nie wzieliśmy ze sobą nic do jedzenia, a przez to, że przyjechaliśmy poza sezonem wszystko dookoła było zamknięte. Zjedliśmy za to w drodze powrotnej do hostelu. Zatrzymaliśmy się na lokalnym targowisku, od straganiarzy kupiliśmy roti, czyli taki odpowiednik naleśnika. Usiedliśmy na chodniku, zjedliśmy i pojechaliśmy dalej.

Następnego dnia planowaliśmy przeprawić się do Tajlandii. Okazało się jednak, że możemy mieć mały kłopot z wizą, którą dostalibyśmy tylko na 15 dni, bo żeby dostać 30-dniową trzeba do Tajlandii wlecieć. Mały szczegół, który nam umknął. Stwierdziliśmy więc, że skoro z Tajlandią są kłopoty, to lecimy do Indonezji. Lion Air, który lata z Penang do Medan na Sumatrze, raczej nie podnosi cen im bliżej dnia wylotu, więc nie zabukowaliśmy lotu zawczasu. I bardzo dobrze, bo na Penang najpierw trzeba było dopłynąć promem. A tego ranka lał taki deszcz, jakiego jeszcze nie widzieliśmy. Tuż za naszym guesthousem była polana, na której pasły się krowy. Polana zamieniła się w mokradła i rano krowy brodziły po kolana w wodzie. Stwierdziliśmy, że w takich okolicznościach przyrody przeczekamy ulewę i popłyniemy promem jak przestanie padać. Przestało po południu, popłynęliśmy na Penang i samolot wzięliśmy dopiero następnego dnia.

Reklamy