Trochę zmęczeni upałem pojechaliśmy w wyższe partie Malezji, do Cameron Highlands, a konkretnie do Tanah Rata. Miejscowość jest położona na 1400 mnpm, liczyliśmy więc, że po wyjściu z autobusu zastanie nas wieczorny chłodek. Nie zawiedliśmy się.

Cameron Highlands słynie z plantacji herbaty i truskawek, na punkcie których lokalsi mają bzika. Chcieliśmy je zwiedzić na własną rękę (truskawki mniej, pod Koronowem jest ich mnóstwo, interesowały nas raczej herbaciarnie), niestety od 2016 roku zamknięto ostatnią linię autobusową łączącą Tanah Rata z lokalnymi plantacjami herbaty. Musieliśmy więc wykupić zorganizowaną wycieczkę z biura podróży.

Samo Tanah Rata to miejscowość raczej mało ciekawa, jedyną atrakcją są wzórza i plantacje herbaty. Liczba hoteli jest jednak niesamowita. Do tego ciągle powstają nowe. Zastanawia nas to trochę, bo tam rozrywki kończą się już drugiego dnia pobytu. Choć pewnie dla mieszkańców Kuala Lumpur wyjazd do Cameron Highlands to tak jak dla nas wyjazd do Egiptu – w sumie to niczego ciekawego nie ma, ale przynajmniej termometr wskazuje właściwą ilość kresek 🙂

Co do samej wycieczki, obejmowała ona wizytę w ogrodzie z motylami, pasiekę, plantację truskawek, plantację kwiatów (dodatkowo płatne, więc się nie skusiliśmy), buddyjską świątynię no i herbatę. Na podobnej plantacji byliśmy półtora roku temu na Sri Lance, więc z grubsza wiedzieliśmy czego się spodziewać. Różnica jednak była taka, że w Malezji do zbiorów liści herbaty używa się takich wielkich nożyć, które muszą być taszczone przez 2 osoby. Na Sri Lance zaś kobiety zbierają liście ręcznie.

Z kolei ogród z motylami był dla nas bardzo miłym zaskoczeniem, oprócz wielgaśnych motyli w ogrodzie były również węże (Justyna zdecydowała się wziąć jednego na ręce), jakieś zwierzę które wyglądało jak liść, inne które wyglądało jak patyk, żółwie błotne, skorpiony i jaszczurki.

Buddyjska świątynia była usiana swastykami, które są symbolami szczęścia i złotymi posążkami bóstw, którym składano ofiary z owoców i kwiatów. Całość lekko kiczowata, jak z chińskiego bazaru.

Po południu mieliśmy jeszcze pójść na jakiś mały trekking po lokalnych pagórach, ale po powrocie z wycieczki już nam się odechciało i nie poszliśmy. Obejrzeliśmy za to mecz Polski z Portugalią, wstaliśmy przed 3 nad ranem i poszliśmy do wcześniej upatrzonego pubu, który podobno miał być w tym czasie otwarty. No, nie był. O tej porze nie było już klientów i trafiliśmy na sprzątanie. Obsługa w ramach umilenia czasu pusciła sobie jednak meczyk w tle, na wielkim telebimie. Zapytaliśmy więc, czy możemy dołączyć i tym sposobem obejrzeliśmy mecz razem z nimi. Do hostelu wróciliśmy chwilę przed 6:00, gdy już zaczynało świtać, w raczej marnym nastroju. Na piłce nożnej znają się podobno wszyscy, więc i my się wypowiemy – co na boisku robił Mączyński i Milik to dla nas zagadka, zwłaszcza w drugiej połowie. Tzn Milik robił to co zwykle, czyli pudłował, natomiast cierpliwość trenera do Mączyńskiego jest dla nas czymś mistycznym. Gość gra na środku pomocy, ma za sobą defensywnego pomocnika, a nie potrafi rozegrać piłki do przodu, gra bardzo zachowawczo. Nawałka dobry trener, ale mógłby się w nim odkochać.

Następnego dnia rano, tj. o 15:00 pojechaliśmy do Ipoh, tam zmieniliśmy autobus i ruszyliśmy dalej do Penang. W czasie oczekiwania na autobus poszliśmy do klubu snookerowego na terminalu i wzięliśmy stół na pół godziny, za który zapłaciliśmy około 3 zł. Najpierw dostaliśmy krótką lekcję z zasad gry, a później instruktor chciał nas nauczyć jak wbijać bile. Nie trafił jednak na zbyt podatny grunt, łącznie udało nam się wbić może 8 bil, większość oczywiście z przypadku. W telewizji gra wygląda na zdecydowanie łatwiejszą:)

Reklamy