Dojechaliśmy do stolicy Malezji późnym wieczorem. Gdy dokulaliśmy się do hostelu, zapytani na jakie nazwisko jest rezerwacja odpowiedzieliśmy, że na Dżaroslau Spajczalski, dawno już nauczeni, że nie ma co przedstawiać się wg polskiej wymowy, bo tylko zrobią wielkie oczy i będzie im trzeba literować. A tym razem recepcjonista odpowiedział „a może Jarosław Spychalski?” Okazało się, że w hostelu pracował Polak, który 12 lat temu wyjechał do pracy na Zachód, pracował w Anglii, Irlandii i Holandii, a dwa lata temu poleciał do sąsiadującej z Malezją Tajlandii. Jak sam stwierdził „zasiedział się”, ale na razie nie planuje powrotu.

Łącznie w Kuala Lumpur spędziliśmy 2 piekielnie upalne dni. Ale takie gorące na maksa, z temperaturą w cieniu podjeżdżającą pod 40 stopni. Zwiedzanie w takich warunkach to raczej mała przyjemność, więc wychodziliśmy raczej po zachodzie słońca.

Będąc w KL trzeba pójść do Chinatown na uliczny nocny market z jedzeniem. Mnóstwo straganów, różnych rodzajów kuchni, ceny również w miarę przyzwoite. Zdecydowanie polecamy, chociażby dla samego kolorytu tego miejsca.

DSC05899

Kolejnego wieczora poszliśmy do finansowego centrum miasta, w okolice słynnych wież Petronas Towers. Co godzinę w okolicznym parku rozpoczyna się pokaz śpiewających fontann, który nam się podobał, choć nie było „wow”, a raczej „ok”. Ale samo miejsce ma fajny klimat, park, woda, fontanny, a dookoła drapacze chmur.

W dniu wyjazdu z Kuala Lumpur poszliśmy jeszcze na free walking tour po starej części miasta. Wycieczka organizowana przez miasto, która nam się podobała, choć nie wiele z niej wynieśliśmy, upał był po prostu nie do zniesienia. Jedyne o czym marzyliśmy podczas tego spaceru to znaleźć cień, to czy słyszeliśmy przewodnika miało drugorzędne znaczenie. W każdym razie dowiedzieliśmy się, że Kuala Lumpur to po malajsku „błotniste ujście” i że w przeszłości to była wioska rolnicza, która rozrosła się dopiero za sprawą brytyjskich kolonizatorów, którzy w XIX ustanowili tam swoje centrum administracyjne. Dlaczego tam? Nie wiemy, choć na pewno była o tym mowa. A to w sumie ciekawe, bo niedaleko od Kuala Lumpur znajduje się Melaka, która w tamtym czasie była regionalnym centrum handlu i na pierwszy rzut oka wydaje się, że lepiej by się nadawała do roli stolicy. Ciekawe co Brytyjczykom tam nie pasowało.

Ogólne wrażenie z Kuala Lumpur mamy pozytywne, piękne miasto, dobre ceny, mili ludzie, sporo klimatyzowanych (słowo-klucz) McDonaldsów z lodami za złotówkę. Wszystko gra. Nawet muzłumanie jacyś lepsi. Co prawda kobiety opatulone od stóp do głów, ale w odróżnieniu od krajów arabskich, te malezyjskie są bardziej robotne, można je spotkać np. jako ochrona na lotnisku. Do tego głośniki w meczetach wcale nie były ustawione na cały regulator, więc lokalnego imama można było słyszeć dopiero w odległości paruset metrów od świątyni.

Z Kuala Lumpur pojechaliśmy na północny-wschód do Cameron Highlands, gdzie oprócz pięknych wzgórz czekał na nas 27-stopniowy chłód.

Reklamy