Z Filipin trafiliśmy do Państwa-miasta Singapuru. Przed wylotem musieliśmy się upewnić, czy aby na pewno nie przewozimy gum do żucia. W Singapurze są zakazane.

Mieszkaliśmy w muzłumańskiej dzielnicy i akurat tak się złożyło, że trafiliśmy na Ramadan. Było ciekawie, zwłaszcza po zachodzie słońca, kiedy to dzielnica ożywała, knajpy wypełniały się po brzegi, a na ulicznych straganach można było kupić dosłownie wszystko. Do tego we w miarę rozsądnych cenach, choć sam Singapur nie należy do najtańszych miejsc w których byliśmy. Z kolei alkohol był tak drogi, że postanowiliśmy go na jakiś czas odstawić. Pierwotnie miał być to miesiąc, wyszło o drobinę mniej, bo 10 dni. Ale dobre i to!

Po przylocie, głodni, poszliśmy do poleconej nam knajpy na lokalny przysmak o mało wdzięcznej nazwie – laksa. Nudle, krewetki, mleko kokosowe, pasta chilli, coś zielonego i przyprawy. Niebo w gębie.

Pierwszego dnia zaczęliśmy zwiedzanie od Marina Bay, miejsce naszpikowane wieżowcami, usytuowane nad zatoką. Nieopodal jeden z najsłynniejszych wieżowców świata, który na szczycie ma coś w kształcie statku. Dla niektórych może wydać się to kontrowersyjne, ale naszym zdaniem warszawski „Żagiel” przy Złotej 44 wymięka 🙂

Singapur to miasto bardzo nowoczesne i dba się tu o przestrzeń publiczną i przyrodę. Dzięki temu powstało Garden Bay, które jest połączeniem ogrodu botanicznego z nowatorskim designem. Trzeba przyznać, że świetnie im wyszło. Wielkie fioletowe kielichy to tzw. superdrzewa, które porastają roślinnością i mają pewnie też jakieś inne funkcje. Nam przypadły do gustu, bo dają cień i ładnie wyglądają 🙂

Wieczorem poszliśmy oglądać mecz naszych rodaków ze Szwajcarią. Jak się okazało, nie byliśmy jedynymi kibicami Biało Czerwonych. Poza tym, że były jeszcze 4 osoby z Polski to jeszcze lokalsi byli raczej za naszymi. Bardzo nas to ucieszyło, bo zagraniczni goście w zdecydowanej większości byli niemieckojęzyczni. Było ciężko, ale wygraliśmy, uff.

Kolejnego dnia pojechaliśmy na plażę, a później do China Town i Little India. Ulice całe w straganach, można kupić wszystko i dobrze zjeść. Ale poza tym to nie urywa. Wg nas miejsce chyba zbyt nastawione na turystykę i zatraciło swój pierwotny urok, jeśli taki miało. O wiele bardziej przypadła nam do gustu dzielnica w której mieszkaliśmy.

Ostatniego dnia przed wyjazdem do Malezji pojechaliśmy do ZOO. To w Singapurze należy do najlepszych na świecie, więc choć drogie (90 zł/os), to pojechaliśmy. W ZOO nie ma metalowych płotów odgradzających zwierzaki. Wszystko zostało zaprojektowane tak, by miały jak najwięcej swobody, a przy tym nie mogły uciec z wybiegu. Jedynie niedźwiedzia polarnego było nam szkoda. Okolice równika to nie jest dobre miejsce dla tego gatunku.

Po wyjściu z ZOO wsiedliśmy w autobus do Johor Bahru w Malezji, a stamtąd już bezpośrednio do Kuala Lumpur.

Reklamy