Jako, że na Filipiny mieliśmy tylko dwa tygodnie, ograniczyliśmy się do zwiedzenia dwóch wysp Cebu i Bohol. Bohol słynie z jednych z najpiękniejszych miejsc do nurkowania, stąd też nasz wybór.

Tak więc po oglądaniu rekinów wielorybich, spakowaliśmy sie i udaliśmy w poszukiwaniu łódki która by nas zabrała na Bohol lub Panglao (wysepka nieopodal). Większośc łódek odpływa z Cebu City jednak my nie mieliśmy najmniejszej ochoty wracać do tego zatłoczonego i mało przyjemnego miasta. Od miejscowych dowiedzieliśmy sie, że raz dziennie odpływa jakaś łódz z Oslob, z tym że nikt nie był nam w stanie dokładnie powiedzieć o której. Musieliśmy jeszcze zahaczyć o bankomat, spóźnilismy się 10 minut :/ Jeżeli ktokolwiek będzie podróżował w tych rejonach to niech wie, że łodzie odpływają stamtąd  o 11:30. Zaczęliśmy kombinować i ostatecznie popłynęliśmy na raty, napierw busem do Liloan, dalej prom do Sibulan, tuktuk do portu w Dumaguete, a następnie prom na Bohol. Stamtąd już tylko znaleźć współpasażerów do taksówki do Alona Beach i byliśmy na miejscu. Jeśli więc jeśli ktoś zastanawia się, dlaczego tak mało zobaczyliśmy na Filipinach, to właśnie dlatego.

Dosyć szybko znaleźliśmy miejsce do spania. Dzięki temu, że byliśmy poza sezonem, negocjacje przebiegły niezwykle łatwo (poza nami w ośrodku nikogo więcej nie było) i mogliśmy sobie pozwolić na spanie w pętrowym  bungalowie z dużą sypialnią, kuchnią, łazienką i kawałkiem ogrodu. Co za luksus! Początkowo zadeklarowaliśmy 2 dni, finalnie mieszkaliśmy tam 6. Bardzo miła odmiana po spaniu pod Walmartem w Stanach.

Następnego dnia pokręciliśmy sie po plaży i okolicy w poszukiwaniu jakiejś szkółki do nurkowania. Początkowo chcieliśmy zrobić jedynie fun dive, ale ostatecznie po rozmowach z kilkoma innymi nurkami zdecydowaliśmy sie zrobić drugi etap kursu nurkowego (Advanced PADI, daje uprawnienia do zejścia na 30 metrów). Przemawiały za tym dwa czynniki: cena i miejsce. Z tego co się dowiedzielismy, to jeśli chodzi o widowiskowość i zdrowie rafy koralowej, to w Azji tylko Indonezja może konkurować z Filipinami. Jeśli zaś chodzi o cenę to Wietnam i Kambodża, ale tam z kolei rafa jest o wiele gorsza.

Kolejne dni spędziliśmy więc na nurkowaniu, a wieczory na oglądaniu meczów. Na marginsie, Alona Beach jest enklawą Niemców i Szwajcarów. Należy do nich chyba co druga nieruchomość. Jeśli zaś chodzi o puby to trudno jest znaleźć coś lokalnego. Dlatego też meczyki oglądaliśmy w pubie „U Helmuta”. Mecz Polski z Niemcami również. My w swoim towarzystwie, a już nieco podstarzali Niemcy w towarzystwie młodszych Filipinek 🙂

Jeszcze parę słów o nurkowaniu – na lokalną rafę można popłynąć wpław z plaży, jest bardzo blisko. Są żółwie, całe mnóstwo ryb, a przede wszystkim zdrowe koralowce. Kurs zaczęliśmy nietypowo, bo od nurkowania nocą (night dive, mecz Polska-Niemcy skończył się o 5 nad ranem, nie wstalibyśmy na 9:00 na inne zajęcia), następnego dnia nawigacja i kontrola wyporności (peak performace bouyancy), a ostatniego popłynęliśmy w okolice wyspy Balicasag na nurkowanie na dużej głębokości (deep dive, dwukrotnie zeszliśmy na 30 metrów) i nurkowanie z prądem (drift). Bardzo nam się podobało, zwłaszcza przydatne były zajęcia z bouyancy control. A rafa w okolicy Balicasag jest naprawdę powalająca. Fantastyczne nurkowanie. Kolejne robimy w Indonezji, na pewno na północy Sumatry i na Komodo. Co do reszty to zobaczymy.

Czekoladowe Wzgórza (Chocolate Hills)

Zbieraliśmy się na tę podróż jakieś 2 dni, pierwszego dnia wstaliśmy za późno (ciężka noc, rum wygrał tę nierówną walkę), poza tym padało. Udało się następnego dnia. Zapłaciliśmy niecałe 30 zł za wynajem motoru i wyruszyliśmy w 70 kilometrową podróż wgłąb wyspy. Łącznie pokonaliśmy tego dnia jakieś 160 kilometrów, przy czym już po 50 kilometrach bolały nas tyłki. Ulga jak oddaliśmy motor – bezcenna.

Jechaliśmy bezpośrednio na Wzgórza, po drodze zahaczając o Man-made Forest, który podobno jest lokalną atrakcją. Dla nas – las jak las. Za to jak dojechaliśmy do Wzgórz to huhu, to już było coś. Pagóry zmieniają kolor w trakcie roku, tuż przed porą deszczową przybierają ciemny kolor, stąd też ich nazwa. My byliśmy akurat w czasie, kiedy są zielone, co nie zmienia faktu, że wyglądały zjawiskowo. Jest ich mnóstwo (1200), ciągną się po horyzont i wyglądają jak ulepione z foremki. A najlepsze w tej historii jest to, że do końca nie wiadomo, jak powstały. Oficjalna wersja jest taka, że są to łzy nieszczęśliwie zakochanego olbrzyma. I tego się trzymamy 🙂

W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o park w którym mieszkają wyraki (tasier). Takie małe zwierzaki, wyglądają jak miniaturowe małpy o wielkich oczach. Z uwagi na pogodę większość się schowała, udało nam się jednak zobaczyć 2. A propos pogody – jak wracaliśmy to lało jak z cebra.

Następnego dnia popłynęliśmy na wyspę Lapu-Lapu, skąd dwa dni później mieliśmy lot do Singapuru

Lapu-Lapu

Przemieszczanie się po Filipinach jest problematyczne. Uznaliśmy więc, że lepiej będzie, jeśli w stronę lotniska wyruszymy dzień wcześniej, żeby uniknąć niespodzianek. Poza tym wyczytaliśmy, że na Lapu-Lapu jest rafa i można nurkować.

Dojazd zajął nam praktycznie cały dzień, znaleźliśmy niedrogi hotelik i poszliśmy się rozejrzeć po mieście. Jak to na Filipinach, nie ma chodników, wąskie ulice, pełno tuktuków, wszyscy w korku na siebie trąbią, a lokalni sprzedawcy na każdym kroku chcą wcisnąć jakąś wycieczkę. Znaleźliśmy więc bar na szczycie jakiegoś hotelu, gdzie zamówiliśmy piwo i cieszyliśmy się chwilowym spokojem.

Następnego dnia poszliśmy w poszukiwaniu tego słynnego nurkowania. Szybko okazało się, że nurkowanie to co prawda było, ale kiedyś. Teraz rafa jest zupełnie martwa, pozostały po niej tylko blade korale i nieliczne rybki. Do tego lokalni sprzedawcy byli bardzo, jakby to powiedzieć, no głupi byli. Byliśmy zainteresowani snorkelingiem (mamy swoje maski i rurki, więc potrzebowaliśmy tylko łódki, która by nas zabrała na rafę). Zamiast nam zaoferować jakąś w miarę racjonalną cenę, oni wyskakiwali z 6000 PHP (500 zł). Finalnie ugadaliśmy się na 400 PHP na dwie osoby, czyli jakieś 34 zł.

Rafa na Lapu Lapu nie jest w złym stanie, ona całkowicie umarła. A zabili ją miejscowi operatorzy łódek, którzy zrzucali na nią kotwice oraz lokalne szkółki nurkowe, które pozwalały dotykać korali. Sposobów zabicia koralowców jest sporo, natomiast my osobiście doświadczyliśmy obu wyżej podanych. Otóż operator naszej łódki zrzucił kotwicę na martwe korale (żywych nie ma), kotwica mu się zaklinowała i musiał zanurkować, żeby ją wyszarpać. Oczywiście złamał przy tym połowę koralowca. Z kolei gdy sobie pływaliśmy na powierzchni, widzieliśmy w jaki sposób lokalna szkółka zajmuje się turystami z Korei. Otóż wyglądało to tak, że wszyscy Koreańczycy mieli na sobie akwalungi, ale nie umieli nurkować. Więc instruktor chwytał ich za szmaty, sprowadzał na dno, kazał chwycić się korali i tak sobie ci turyści siedzieli na dnie i obserwowali martwą rafę. Co jakiś czas pojawiały się kolorowe rybki, bo szkółka do wody wrzucała pokarm. Masakra.

Wieczorem obejrzeliśmy „Narcos”, spakowaliśmy się, a następnego ranka pojechaliśmy na samolot do Singapuru.

 

Reklamy