Dawno nic nie było na blogu, ale niestety (albo stety) taki leniwy klimat panuje w Azji. Na Filipinach, gdzie jesteśmy obecnie, za dnia jest 37 stopni, w nocy tylko trochę chłodniej, woda w morzu 29 stopni, 15 metrów od plaży jest piękna rafa koralowa. Do tego dochodzi rum za 4 zł za 0,4 litra. Zdecydowanie warunki nie są sprzyjające do siedzenia przed komputerem 🙂

A pisać trzeba, bo z czasem wspomnienia ulatują, gubi się kontekst poszczególnych sytuacji i w głowie zostaje tylko zarys.

O straconej sobocie i wyrzutach sumienia

Uczucie znane każdemu, kto w piątek ciężko zabaluje i sobotę ma z głowy. Weekend sprowadza się wtedy do piątkowej imprezy i niedzieli, w którą prasuje się koszule na poniedziałek.

Tak mieliśmy z 3. czerwca, choć bez alko. Po prostu dzień do wykreślenia z życiorysu. 2 czerwca lot z San Francisco do Vancouver, noc na lotnisku, rano wylot do Seulu, 10 godzin na tyłku, przekroczenie linii zmiany daty i finalnie wylądowaliśmy 4 czerwca po południu na lotnisku Incheon. 3 czerwca się nie odbył 🙂

Seul

Łącznie w Korei spędziliśmy jakieś 5-6 dni. Zwiedziliśmy Seul i Strefę Zdemilitaryzowaną (DMZ) przy granicy z Koreą Północną. Planowaliśmy więcej, ale po prostu nie mieliśmy pomysłu co robić w tym kraju. A skoro nie wiadomo co robić to trzeba się zawijać.

Parę słów o Seulu. Miasto jest gigantyczne, w całej aglomeracji mieszka 25 milionów osób (50% populacji Korei Południowej). Jak na swój rozmiar poruszanie się po nim jest w porządku. W mieście jest 9 linii metra (łącznie w całej aglomeracji jest 18 linii, w tym kolejki dojazdowe, odpowiedniki warszawskiej WKD), 256 stacji, staraliśmy się więc korzystać z tego dobrodziejstwa.

Pierwsze 3 dni spędziliśmy na odsypianiu jet laga i zwiedzaniu kolejnych pałaców. W mieście jest ich 5, my zobaczyliśmy 3 tj. o 2 za dużo. Piękne mają te pałace, drewniane, odmalowane itd. ale wszystkie wyglądają tak samo. Z dzisiejszej perspektywy trudno nam nawet powiedzieć które zdjęcia są z którego miejsca. Szczerze – nawet nie chce nam się tego sprawdzać. W każdym razie – pałace fajnie odwiedzić, ale chyba lepiej wybrać 1 i na jego historii się skupić.

Przy kasach do pałaców czychają przewodnicy, którzy polują na obcokrajowców, żeby ich po tych pałacach oprowadzić. Za darmo. Miasto płaci osobom, które mówią po angielsku, żeby oprowadzały turystów po zabytkach. Taka forma promocji. Interakcje z przewodnikami były jednak trochę dziwne. Byli bardzo nieśmiali w kontakcie z nami. Dochodziło wręcz do sytuacji, w której gość zamiast nas prowadzić to stanął i wyglądał jakby bał się iść pierwszy. Poza tym wydaje nam się, że Koreańczycy są bardzo krytyczni w stosunku do samych siebie. Nawet jak dobrze znają angielski to są zestresowani kiedy go używają, chyba boją się popełnić błąd. Wolą więc powiedzieć mniej i mieć to całe gadanie za sobą jak najszybciej. Ogólnie pewność siebie zdecydowanie nie jest na amerykańskim poziomie.

Nie poznaliśmy wielu Koreańczyków, więc nasza ocena może być niewłaściwa. Ale z tego co udało nam się wyczytać i pogadać z innymi podróżnikami, w Korei panuje trochę niezdrowe napięcie na linii „oczekiwania innych w stosunku do mnie” – „ja i moje zdolności”. Ludzie są zestresowani, boją się rozczarować wymagającą rodzinę, a przez to uciekają w alkohol https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_countries_by_alcohol_consumption_per_capita i samobójstwa https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_countries_by_suicide_rate

Ale o pałacach i Seulu miało być. Trafiliśmy akurat na czas, kiedy było obchodzone święto państwowe (Memorial Day) i wspomina się osoby które zginęły w Wojnie Koreańskiej w latach 50. Stąd mamy ładne zdjęcia z obchodów. Same pałace położone są raczej w centrum miasta, są otoczone biurowcami, które z resztą czasem widać w tle zdjęć. Zwiedzając pałace mogliśmy też zaobserwować zachowanie nastoletnich Koreanek. Snapchat i Instagram to na pewno ważna część ich życia, trudno znaleźć takie które wychodzą w miasto bez kija do selfie.

Jedzenie

Normalnie nie rozpisujemy się na ten temat, ale tu przystaniemy na chwilę. Jedzenie w Korei jest przepyszne. Powinno smakować każdemu, kto lubi warzywa i ostre przyprawy. Najbardziej smakowały nam kimbap (takie sushi, ale niekoniecznie z rybą i sosem sojowym), gotowane pierożki (wspaniałe!) i kimchi (kapusta z pastą chilli), które jest przystawką przy prawie każdym koreańskim daniu. 2 razy jedliśmy też zupy, ale tych już nie wspominamy tak dobrze, były na zimno i smakowały trochę jak makaron z wodą i mąką.

Zdecydowanie polecamy jedzenie na ulicznych targowiskach, jest bardzo tanie i bardzo smaczne.

Strefa Zdemilitaryzowana (Demilitarized Zone, DMZ)

Na początek parę słów o tym, co udało nam się zapamiętać z lekko zagmatwanej historii tego miejsca. Na początku XX wieku Korea była okupowana przez Japonię, później przyszła II Wojna Światowa i bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. Japonia skapitulowała, Korea uwolniła się od swojego okupanta.

Po wojnie zaczeła się jednak zimnowojenna gra dotycząca tego jaki ma być rząd. W rozgrywce pomiędzy USA i ZSRR padł wynik 1:1, kraj został podzielony wzdłuż 38 równoleżnika i w ten sposób powstała komunistyczna i prorosyjska „Północ” i demokratyczne i proamerykańskie „Południe”. Kłopot w tym, że przynależność do jednego lub drugiego kraju wynikała wyłącznie z zamieszkania, a nie przekonań. Dlatego taki podział rozbił miliony rodzin i generalnie – rozbił społeczeństwo. A jak jest bałagan, to trzeba posprzątać, najlepiej po swojemu. Dlatego po wojnie zarówno Północ jak i Południe robiło plany połączenia krajów.

Północ postawiła na armię, sojusz z Rosją i Chinami i w czerwcu 1950 armia Północy przekroczyła granicę, błyskawicznie zajęła Seul i dążyła do jak najszybszego opanowania całego terytorium. Było blisko, ale z pomocą dla Południa przybyli Amerykanie (i inni, ale głównie Amerykanie) i ruszyli z kontrofensywą. Szło im tak dobrze, że stwierdzili, że nie tylko odzyskają zagrabione terytorium, ale za jednym zamachem zajmą całą Koreę. Znów było blisko, ale do gry weszli Chińczycy. Ci co prawda nie mieli za dużo broni, ale mieli dużo żołnierzy, wysłali więc na front ponad 1 milion mięsa armatniego. Wojna zrobiła się skrajnie krwawa, łącznie z cywilami zginęło blisko 2,5 miliona osób. W 1953 wszyscy na chwilę się opamiętali, podpisano zawieszenie broni i wprowadzono strefę buforową pomiędzy oboma krajami wzdłuż 38. równoleżnika, która de facto jest granicą. Zawieszenie broni obowiązuje do tej pory, nigdy nie podpisano traktatu pokojowego, więc obie Koree formalnie są ze sobą w stanie wojny od ponad 60 lat.

I właśnie tę strefę buforową pojechaliśmy oglądać 🙂

W ramach DMZ pojechaliśmy na tunele, które budowali Ci z Północy. Tunele powstawały w latach 70., do tej pory odnaleziono 5, podobno jest ich dużo więcej, ale Południe jeszcze ich nie odszukało. Oczywiście służyły/służą do prowadzenia wojny, Korea Północna dzięki nim dała sobie możliwość na szybki przerzut wojska i broni na Południe.

Pojechaliśmy również na wzgórze, z którego widać Koreę Północną, tj. jak ludzie pracują na roli, widać też miasta-duchy, wybudowane wyłącznie dla propagandy, żeby Korea Południowa mogła patrzeć jak dobrze wiedzie się Północy. Widać też Kaesong, czyli fabryki które Południe postawiło w północnej części DMZ. Sens tego interesu był taki, że Południe potrzebuje taniej siły roboczej, Północ potrzebuje dolarów, więc obie strony zgodziły się na usytuowanie w tym miejscu fabryk. Niedawno, po podziemnej próbie nuklearnej i wystrzeleniu w morze rakiet balistycznych przez Koreę Północną, fabryki zostały zamknięte.

Na sam koniec odwiedziliśmy też dworzec kolejowy w Dorasan, z którego odbywał się transport towarów zarówno do strefy jak i do Pyongyang (lub jak kto woli – Phenian). Obecnie nic nie jeździ, współpraca obu krajów jest martwa. Gospodarczo Korea Południowa jest de facto wyspą. Północ nie udostępnia im infrastruktury do przewożenia towarów, nie mają więc dostępu do magistral kolejowych w Chinach i Rosji i nie mogą wysyłać towarów do Europy drogą lądową. Dworzec więc stoi, infrastruktura jest gotowa, ale brakuje dostępu do torów.

Po powrocie poszliśmy jeszcze do Muzeum Wojny (War Memorial of Korea), na market, Justyna odwiedziła fryzjera, wsiedliśmy w samolot i polecieliśmy na Filipiny!

 

Reklamy