W drodze z Yosemite do San Francisco postanowiliśmy zahaczyć o jeszcze jedną lokalną atrakcję, którą jest wybrzeże. Na południe od Zatoki Monterey, wzdłuż Pacyfiku prowadzi droga, którą określa się jako Big Sur. Tak też nazywa się największa wioska na tej trasie, do której postanowiliśmy zajechać. Z Yosemite jakieś 6 godzin jazdy. Byliśmy więc na miejscu pod wieczór.

Nocleg znów był dla nas wyzwaniem, na miejscu nie ma przesadnie wiele pól namiotowych. Najtańsze, w parku stanowym Pfeiffer, kosztowały 35 dolarów za noc, ale z uwagi na Memorial Weekend wszystkie miejsca były już dawno wyprzedane. Swoją drogą – 35 dolarów za miejsce na namiot brzmi jak zbrodnia. Gorzej, że prywatne pola namiotowe nie były tylko trochę droższe. One były koszmarnie drogie. Kolejno 62, 60 i 60 dolarów za noc! W normalnych warunkach uruchomilibyśmy nasz stały plan B, tj. Walmart. Ale najbliższe miejsce z parkingiem było jakieś 100 kilometrów na północ. Serio, wzdłuż wybrzeża nie ma nawet gdzie się rozbić na dziko. Morze, kawałek plaży, skały, droga, góry.

Skoro nie mogliśmy skorzystać z planu B, musieliśmy wrócić do planu A. Pojechaliśmy więc pod jedno z pól namiotowych z nadzieją, że uda nam się do kogoś wbić. W końcu te pola wcale małe nie są, a na pewno 60 dolarów za noc boli nie tylko nas. Justyna poszła do recepcji, szczęśliwie w pomieszczeniu był jeszcze chłopak, który właśnie się zarejestrował i zaprosił nas do siebie. Jemu ulżyło, nam ulżyło, wszyscy powinni być szczęśliwi. Furią zareagowała jednak recepcjonistka, która stwierdziła, że tak się nie robi. Że to Ameryka i tak się nie robi. Że to obraza. I w kółko taki bełkot, bite 10 minut. Gdyby nie to, że w ciągu ostatnich 6 dni to my gościliśmy Amerykanów na naszych polach czterokrotnie, może byśmy uwierzyli. A tak Justyna wysłuchała, pokiwała głową, po czym wyszła i oznajmiła sukces 🙂 Rozstawiliśmy namiot, zrobiliśmy jedzenie, poszliśmy też do pralni, bo nie mieliśmy już czego na siebie założyć.

Następnego dnia rano pojechaliśmy na północ, w stronę Monterey.

17 Mile Drive

Nieopodal Monterey jest jeszcze prywatny kawałek trasy – 17 Mile Drive. Skoro prywatny to trzeba płacić, wyszło 10 dolarów.

San Francisco

Pod wieczór zajechaliśmy do San Francisco. Przejechaliśmy się mostem Golden Gate, pobłądziliśmy trochę po mieście i uznaliśmy, że to chyba najbardziej europejskie miasto w USA, które widzieliśmy dotychczas. Wąskie ulice, działający transport publiczny, trasy rowerowe, stosunkowo niska zabudowa. DSC05399

Na następny dzień umówiliśmy się z Albertem i Amolem u nich w robocie. Zazwyczaj chodzenie pomiędzy budynkami biurowymi to żadna frajda, tu jednak mieliśmy do czynienia ze słynym kampusem Googla. Najpierw Albert oprowadził nas po budynkach, później podjechaliśmy rowerami do miejsca gdzie mieliśmy spotkać się z Amolem i wspólnie poszliśmy na lunch do indyjskiej restauracji.

Ogólne wrażenie – ekstra. Sam kampus wygląda bardziej jak park, w którym co parędziesiąt metrów ktoś wybudował piętrowy budynek. Ptaszki śpiewają, kwiaty kwitną, przed budynkami wystawione meble ogrodowe. Naprawdę przyjemne miejsce. Do tego pracownicy mogą w pracy zjeść śniadanie, obiad i kolację (wszystkie restauracje w kampusie są za friko), zrobić pranie, pójść na basen albo siłownię. W pracy! Na terenie kampusu jest nawet boisko do piłki nożnej. Byliśmy tam około 14, trwał mecz. Podobno są też korty do tenisa, nie widzieliśmy. Ale wierzymy.

W dniu naszego wylotu mieliśmy się też spotkać z Patrickiem i Tamarą, których spotkaliśmy w Perito Moreno (dali nam stopa). Nie udało nam się jednak znaleźć w umówionym miejscu. Szkoda. Poszliśmy jeszcze na spacer po mieście.

Na lotnisku oddaliśmy samochód i wsiedliśmy w samolot do Vancouver, gdzie mieliśmy przesiadkę do Seulu.

Reklamy