Przejazd z Las Vegas do Yosemite, z przystankami w Red Rock Canyon i Death Valley, to była niezła tyrka. Zrobiliśmy jakieś 700 kilometrów, najpierw z górki, później w „górki”. O tym, że nasza podróż z Doliny Śmierci nie będzie już w dół wiedzieliśmy od razu, w końcu DV to depresja. Natomiast rozpoczynając dzień nie spodziewaliśmy się, że następnego ranka obudzimy się, a za oknem przywitają nas lokalne Alpy. Okazuje się, że przyjeżdzając przenocować do Mammoth Lakes zdecydowaliśmy się jednocześnie na nocleg na prawie 2400 mnpm!

Zaskoczenie to chyba najłagodniejsze określenie, gdy zamiast zielonej doliny przywitały nas surowe góry i śnieg. Przed chwilą byliśmy w najgorętszym miejscu na Ziemi (Death Valley), przejechaliśmy „parę” kilometrów i nawet 2 stopnie Celsjusza nie wydało nam się podejrzane. W ramach dochodzenia do siebie poszliśmy do McDonalds na kawę (1 dolar i dają darmowe dolewki) i dalej ruszyliśmy w stronę parku, w duchu śmiejąc z samych siebie. „Doliny nie ma, ale też jest zajebiście”.

W drodze zabraliśmy autostopowiczów. Dwóch starszych panów, którzy na emeryturze postanowili zrobić Pacific Crest Trail. Z buta, w sensie na piechotę. Ponad 4 tysiące kilometrów. Idą już tak od 3 miesięcy, od San Diego koło Meksyku w stronę Seattle przy Kanadzie. Łapali stopa tylko dlatego, że w Yosemite jest poczta, a jeden z panów musiał coś szybko załatwić.

Ogólnie jeżdzenie na stopa jest fajne, dla obu stron.

Tioga Pass

Wjechaliśmy do PN Yosemite od wschodu (Tioga Pass, przełęcz na 3000 mnpm). Nie mogliśmy trafić lepiej. Droga została otwarta dopiero dzień wcześniej, my oczywiście nawet nie wiedzieliśmy, że w ogóle bywa zamykana 🙂

Rozpoczęliśmy szukanie pola namiotowego, ale pierwsze które były po drodze były zamknięte. Jechaliśmy więc w dół doliny i na pierwszym kempingu który był otwarty udało nam się rozstawić namiot. 12 dolarów za noc, czyli tanio.

Później zawieźliśmy naszych pasażerów na pocztę, a sami zaprowadziliśmy się do Visitor Center, gdzie dowiedzieliśmy się co i jak. Tom i Rose, których poznaliśmy 2 wieczory wcześniej w Zion, sporo opowiadali nam o Yosemite. Podobnie Patrick i Tamara, którzy wzięli nas na stopa 3 miesiące wcześniej w Perito Moreno, wspominali, że jak będziemy w USA nie możemy pominąć tego parku. Daliśmy więc sobie więcej czasu niż zwykle, pełne 3 dni.

Jedną z głównych atrakcji Yosemite jest szczyt niedaleko doliny – Half Dome. Ma on jednak ograniczoną przepustowość, zaledwie 300 osób na dobę, wejściówki oczywiście zarezerwowane na pół roku wprzód. Codziennie jednak odbywa się losowanie 50 wejściówek, zawsze na 2 dni do przodu. Jako, że byliśmy w czasie Memorial Weekend i park był ekstremalnie przepełniony nie dawaliśmy sobie większych szans na wygraną. Mimo to wystartowaliśmy. I wygraliśmy!

Pierwsze spotkanie z doliną

Po Tioga Pass, czyli po tym jak opadły nam szczęki po raz pierwszy, zaraz opadły nam po raz drugi.

Pod koniec dnia pojechaliśmy na punkt widokowy Tunnel View, następnie na Glacier Point.

 

W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o jeden z wodospadów, który widzieliśmy ze szczytu Glacier Point.

To już był nokaut.

Nie wiemy czy jest sens to pisać, ale napiszemy, żeby nie zostawiać niedomówień. Yosemite jest niewiarygodnie piękne.

Wieczorem na kempingu zostaliśmy zagadani przez 2 chłopaków (Albert i Amol), którzy szukali miejsca na polu namiotowym. Oczywiście zaprosiliśmy ich do siebie. Spędziliśmy z nimi 2 bardzo fajne wieczory. Obaj pracują w Google, w rewanżu zaprosili nas na zwiedzanie ich kampusu koło San Francisco. Z niekrytą radością przyjęliśmy zaproszenie. Ale o tym przy okazji kolejnego wpisu.

Drugiego dnia pojechaliśmy zrobić pomniejsze trasy w parku, ale zaczęło padać, więc dzień spędziliśmy wyszukując informacji o Korei i kolejnych punktach na naszej trasie. Wieczorem przy ognisku piliśmy wina z naszymi lokatorami.

Half Dome

Wyruszyliśmy w stronę Half Dome już o 4 rano. Na trasę prowadzącą na górę wyszliśmy o świcie, chwilę przed 6 rano. Trzeba bowiem wiedzieć, że na wejście i zejście potrzeba 10-14 godzin. Sama trasa na szczyt to 1600 metrów pionowo i 14 kilometrów poziomo. Oczywiście tyle samo spowrotem.

Po drodze mija się naprawdę urokliwe wodospady (Vernal Falls i Nevada Falls), które są częścią trasy Mist Trail.

Gdy przed nami wyrósł Half Dome, poziom adrenaliny również się podniósł. Jak wcześniej wspomnieliśmy, przepustowość tej trasy jest niska. Jeszcze w XIX wieku góra była uznawana za niemożliwą do zdobycia. Obecnie na szczyt prowadzi trasa, ekstremalnie stroma i trochę niebezpieczna. W pewnym momencie nachylenie stoku przekracza 45 stopni i trzeba się wciągnąć po łańcuchach. Zdecydowanie nie dla osób które boją się wysokości lub są słabe. Ryzykuje się przecież nie tylko własne zdrowie, ale również osób, które wspinają się za Tobą.

Za to widok z góry…

Ostatnie zdjęcia pokazują nachylenie trasy. Po łańcuchach wspina się 150 metrów, około 20-30 minut.

W drodze powrotnej szliśmy urokliwym lasem, który parę lat temu ucierpiał na skutek pożaru.

*Jan Szyszko pewnie kazałby zamknąć to całe Yosemite na cztery spusty. Tyle drzew powalonych, wystające korzenie. No i plaga wiewiórek. Jednak w USA nikt nie planuje go sprzątać, a już na pewno nikt nie chce wykreślenia parku z listy światowego dziedzictwa UNESCO.

W ogóle Szyszkodnik jest jeszcze bardziej odklejony niż orzeł dyplomacji Waszczykowski. Co naprawdę jest dużą sztuką, zwłaszcza że ten ostatni osiągnął poziom Krzysztofa Kononowicza.*

Wróciliśmy z trasy okropnie zmęczeni, styrani wręcz. Rozpaliliśmy ognisko i w międzyczasie zostaliśmy kolejny raz zagadani przez osobę (Josue), która nie miała gdzie rozstawić namiotu. Tym sposobem dorobiliśmy się nowego współlokatora, który w podzięce poczęstował nas piwem i dorzucił swoje drewno. Byliśmy szczególnie wdzięczni za % 🙂

Następnego dnia wyruszyliśmy w stronę Big Sur.

 

 

Reklamy