Po ponad tygodniowej tułaczce z jednego kanionu do kolejnego, wróciliśmy do cywilizacji. Tj. elektryczności, wifi i łóżka z materacem. Miła odmiana, choć tylko na 2 noce.

Las Vegas to miasto, które zostało wybudowane w środku niczego. I powstało właśnie po to, żeby to nic zagospodarować, tj. żeby było gdzie się zatrzymać w drodze z regionów kopalń na zaludnione wybrzeże. Od początku służyło wyłącznie rozrywce, krok po kroku stając się jej światową stolicą.

Nasz motel był zlokalizowany w centrum, mogliśmy więc spacerem dojść do ulicy Fremont, która wieczorami rozbłyska światłem neonów. Znajduje się tam również największy na świecie ekran, który rozciąga się na dachu tej ulicy. Po zmroku, co godzinę, na kilka minut gasną wszystkie neony i rozpoczyna się pokaz światła i obrazów, połączony z muzyką. Robi to naprawdę spore wrażenie.

Cała ulica usiana jest kasynami, barami i klubami ze striptizem. Klientów zdecydowanie nie brakowało.

Poszliśmy do kasyna i my. Większość osób gra na automatach w jednorękiego bandytę, do tego w wersji elektronicznej. Podejrzewamy, że prawdopodobieństwo wygrania jest tak niskie, że po wrzuceniu pieniędzy do maszyny powinien lecieć dźwięk spuszczanej wody w kiblu. My spuściliśmy 2 dolary, tym samym dorzuciiliśmy się do rachunku za prąd 🙂

Jarek zastanawiał się również nad grą w pokera, natomiast nie miałoby to większego sensu mając mniej niż paręset dolarów na zmarnowanie. My mieliśmy parędziesiąt, a przy takich kwotach można szybko polec na samych blindach. A to już żadna frajda, więc odpuściliśmy.

Jeszcze będąc w Brazylii zepsuł się Jarka Kindle, pękła szybka. Sprzęt był już wiekowy, miał ponad 4 lata, natomiast idąc za poradą Oli, pomimo upływu gwarancji, napisaliśmy reklamację do Amazona. I na otarcie łez dostaliśmy 25 dolarów na zakupy w esklepie. Postanowiliśmy zrobić z nich użytek i zamówiliśmy 2 nowe Kindle z dostawą do motelu. Niestety pan na recepcji się nie popisał i nie przyjął dostawy (choć informowaliśmy wcześniej, że przyjdzie paczka). Musieliśmy więc jeszcze pół dnia pobujać się z tym tematem, coby nasze zamówienie nie przepadło. Finalnie udało nam się odebrać sprzęt w dniu naszego wyjazdu w stronę Kaliforni.

Red Rock Canyon

Z Las Vegas docelowo kierowaliśmy się do Yosemite, które jest daleeeeko. Po drodze można jednak zaliczyć Red Rock Canyon, Death Valley i Sequoia National Park. Z tego ostatniego zrezygnowaliśmy, RRC i DV odwiedziliśmy tego samego dnia.

RRC jest bardzo blisko Las Vegas, jakieś 30 minut jazdy samochodem. Odwiedzając go byliśmy już jednak rozpieszczeni Grand Canyonem i Zionem. Park nie zrobił na nas większego wrażenia. Ze wględu na odległość od LV jest jednak całkiem popularny.

Death Valley

Z kolei Death Valley (Dolina Śmierci) była już ciekawsza. Ten park jest bardziej różnorodny, tzn. są tam chyba wszystkie możliwe rodzaje pustyń – piaszczysta, solna, kamienista i jeszcze taka w sumie nie wiadomo jaka, pomarszczona bez piasku. Do tego część terenu położona jest poniżej poziomu morza, co powoduje, że jest tam bardzo gorąco. Na tyle, że latem nie można tam robić dłuższych spacerów po 10 rano. Ulotka otrzymana przy wjeździe do parku informowała, że nie należy schodzić ze szlaków i stawiać nogi w miejscu, gdzie nie jesteśmy pewni podłoża. W Dolinie żyje bowiem mnóstwo grzechotników, skorpionów i czarnych wdów. Posłuchaliśmy.

Po zachodzie słońca pojechaliśmy bezpośrednio w stronę Yosemite. Tego dnia (i nocy) pokonaliśmy blisko 700 kilometrów. Rano, dygotając z zimna, obudziliśmy się w zupełnie innym otoczeniu.

Reklamy