Zanim przemówią zdjęcia, parę słów o samym parku i o tym, jak się tam znaleźliśmy.

Oczywiście wszystkie rezerwowalne miejsca kempingowe były już dawno zajęte, łudziliśmy się jednak, że uda nam się znaleźć miejsce na polu namiotowym typu „first come, first served”, których się nie rezerwuje, tylko cierpliwie czeka aż coś się zwolni. Osób równie cierpliwych co my jest jednak wiele, a przyjeżdzając do parku po południu zupełnie pozbawiliśmy się szans. Uznaliśmy jednak, że skoro na pojedyńczym miejscu kempingowym mogą parkować 2 auta i stać 2 namioty, to przejedziemy się po polu i popytamy ludzi czy możemy się do nich dołączyć i dorzucić się do wynajmu. Chętnych jednak nie znaleźliśmy. Szkoda.

Zostaliśmy więc zmuszeni poszukać miejsca do spania poza terenem parku. W okolicy żadnego Walmarta, pojeździliśmy więc po prywatnych polach namiotowych w poszukiwaniu wolnych miejsc w przyzwoitej cenie. Tych nie znaleźliśmy. Zapłaciliśmy nieprzyzwoitą (45 dolarów) i następnego dnia z samego rana, przed 7, ustawiliśmy się w kolejce samochodów oczekujących na tanie miejsce na kempingu wewnątrz parku. Poczekaliśmy godzinę, dostaliśmy miejsce, zrobiliśmy rezerwację od razu na 2 dni wprzód.

W końcu mogliśmy spokojnie iść podziwiać park. Podobnie jak w Grand Canyonie, po parku jeździ darmowy autobus, który rozwozi turystów do punktów widokowych i na szlaki. Na ten dzień wybraliśmy  Riverside Walk, Hidden Canyon i Lower & Upper Pools.

Riverside Walk

Szlak można w zasadzie opisać jako miły spacer wzdłuż rzeki. Przy niskim poziomie wody można dojść to The Narrows (polecamy wygooglować!). Nie zawsze jest niedziela, poziom wody był wysoki i The Narrows było zamknięte. Przeszliśmy się więc tam gdzie mogliśmy i ruszyliśmy dalej.

Hidden Canyon

Ten szlak wymagał już trochę wysiłku. Początek łatwy, bo po chodniku (choć stromo!), druga część prowadziła przez zbocze góry do wejścia do kanionu. Miejscami trzeba było wspomagać się łańcuchami, trasa zdecydowanie nie dla osób które boją się wysokości. Dalej ścieżka prowadziła już w środku kanionu, po jego dnie. Nie było już ani stromo, ani wysoko, ale dalej było trudno. Co jakiś czas pojawiała się przed nami ściana, na którą trzeba było się wdrapać. Niestety tego dnia nie ubraliśmy butów trekkingowych, mieliśmy na sobie adidasy i w pewnym momencie musieliśmy zrezygonować z dalszej wędrówki ze względu na kiepską przyczepność.

Lower & Upper Pools

Trasa łatwa, mija się dwa nieduże wodospady, a na koniec dochodzi się do niewielkiego stawu (lub dużej kałuży). Miły spacer, ale jak ktoś ma mało czasu to można się bez niego obyć.

Angel’s Landing

Kolejnego dnia po śniadaniu, gdy zaczęliśmy się przygotowywać do wędrówki, zauważyliśmy parę na motorze, która kręciła się po polu, podobnie jak my dwa dni wcześniej. Zaprosiliśmy ich do siebie. Pogadaliśmy chwilę i poszliśmy na szlak – Angel’s Landing. Ktoś inny mógłby napisać „słynne Angel’s Landing”, dla nas jednak w tamtym czasie był to po prostu szlak, który ulotka określała jako trudny. Angel’s Landing to jednak coś szczególnego.

Początek łatwy, druga część trasy z kolei niemal w całości prowadziła przez grzbiet góry, w górę której trzeba było się wspinać po łańcuchach. Bywały miejsca, gdzie z lewej i prawej była przepaść (np. zdjęcie nr 2 w galerii poniżej). Chyba tylko zdjęcie sferyczne oddałoby widok ze szczytu. Dla tej chwili warto było przyjeżdzać do Stanów, serio.

Par’rus Trail

W drodze powrotnej do kempingu zrobiliśmy jeszcze Par’rus Trail, który ciągnie się wzdłuż rzeki, pozwalając nacieszyć się widokiem kanionu.

Canyon Overlook Trail

Jako, że było jeszcze dostatecznie jasno, pojechaliśmy samochodem w górę kanionu w stronę tunelu. Na miejscu spotkaliśmy parę naszych rodaków, z którymi wstępnie umówiliśmy się na piwo w Vegas, z którego finalnie nic nie wyszło – nie wyrobiliśmy się w porę. Ogólnie ogarnianie messengerów, facebooków, maili, rachunków, banków i innych wychodzi nam ostatnio kiepsko.

Ostatni wieczór w Zion spędziliśmy na przemiłej pogawędce z naszymi współlokatorami – Tomem i Rose. Jako że już na emeryturze, postanowili w ciągu 59 dni odwiedzić większość parków narodowych na zachodzie. Okazało się, że ostatnie 4 lata mieszkali w Azji, w tym w Korei do której przecież zmierzamy. Zasugerowali nam również odwiedzenie Tajwanu. Z opowieści Toma i Rose wynika, że to przepiękny kraj z super miłymi ludźmi. Jeszcze nie zdecydowaliśmy czy tam będziemy. Ale chyba nas przekonali!

Następnego dnia rano pojechaliśmy do Kanionu Kolob, który jest częścią PN Zion.

Po południu wróciliśmy do Las Vegas, gdzie na 2 noce zatrzymaliśmy się w motelu i staraliśmy się zacząć choć trochę kontrolować rzeczywistość. Ale w LV nie jest to łatwe 😉

PS. interesująca wydała nam się nazwa Parku. Pierwsze skojarzenia to utwór Boba Marleya „Iron like a lion i Zion”, tak nazywało się miasto w „Matrixie”, słyszeliśmy też to słowo w tekście piosenki Soulfly „Prophecy”, do której teledysk nagrywany był zresztą nieopodal wyżej opisywanego PN. Później sprawdziliśmy, że Zion to prostu Syjon.

Reklamy