Na dobry początek:

DSC04309

No, niezły jest ten kanion. Jeśli ktoś kojarzy podobną tapetę z Windowsa XP to tak – to stamtąd.

Dojechaliśmy tam wieczorem, przenocowaliśmy w naszym standardowym B&B, bo na kemping o tej godzinie nie mieliśmy już co liczyć. Następnego poranka wstaliśmy wcześnie rano, pojechaliśmy na pobliskie pole namiotowe, gdzie nam się poszczęściło i rozstawiliśmy namiot. Jeszcze szybki prysznic i byliśmy gotowi do działania.

Kaniony Lower Antelope i Upper Antelope położone są niedaleko miejscowości Page, która powstała wyłącznie z powodu ulokowania w tym miejscu elektrowni wodnej. Niestety kaniony nie leżą na terenie parku narodowego, więc nie zadziałała nasza magiczna karta. Teren należy do jakiegoś indiańskiego plemienia, któremu musieliśmy zapłacić dodatkowy haracz 8$/os za to, że chodzimy po ich ziemiach. Dodatkowo za wejście do Lower musieliśmy zapłacić 20$/os. Na Upper się nie skusiliśmy, wejście tam kosztuje niecałe 50$/os, co przekracza nasze możliwości.

Lower i Upper Antelope różnią się wyłącznie rozmiarem – jak można się domyślić, droższy jest większy. My nie mamy kompleksu dotyczącego wielkości, nie mieliśmy więc dylematu 😉

Zapłaciliśmy, zapoznaliśmy się z przewodniczką (po kanionie nie można chodzić swobodnie) i byliśmy już tak blisko! Tak blisko *nutki*

Czasem jednak będąc tak blisko jak my, rzeczy lubią się wywrócić na ostatniej prostej. W grupce która wchodziła jakieś 30 minut przed nami był wypadek, jakiś kolo robił zdjęcie wchodząc po drabinie (?!) no i się wywrócił. Pech chciał, że drabina nie należała do krótkich, a upadek z 8 metrów był z tych, po krótych pękają kości. Na pewno połamał sobie bark, słyszeliśmy też coś miednicy. Choć trudno nam sobie wyobrazić upadek, przy którym jednocześnie łamie się bark i miednicę. Ale kto wie? W każdym razie skutek był taki, że choć byliśmy 100 metrów od wejścia do kanionu, nasza wizyta została anulowana. Mogliśmy dostać zwrot kaski, albo przyjść później. Kolejka do zwrotów była jednak tak długa, że stwierdziliśmy, że spróbujemy wrócić za 2-3 godziny z tymi samymi biletami i a nuż się uda.

Pojechaliśmy nad tamę i jezioro. Odwiedziliśmy też lokalną marinę i jakieś punkty widokowe po drodze do mariny. Justyna nie zdecydowała się na kąpiel w lodowatej wodzie, Jarek zaś skorzystał.

Po 3 godzinach kolejny raz nawiedziliśmy kanion. Dodatkowe 15 minut w kolejce i udało nam się wcisnąć do kolejnej grupy. Naszą przewodniczką była z resztą dziewczyna u której wydarzył się wypadek 🙂

Najlepsze światło w kanionie jest między 10:00 a 12:00, my weszliśmy około 15:00, więc nie doświadczyliśmy tych słynnych refleksów i słupów światła dostających się przez szczeliny kanionu. Ale i tak było nieźle. Nie mogliśmy się zdecydować, które zdjęcia z poniższych odrzucić, wrzucamy więc wszystkie 🙂

 

Niesamowite miejsce.

Pod koniec dnia pojechaliśmy jeszcze na „Horseshoe”, które jest bardzo widowiskowym meandrem lokalnej rzeki. Przy okazji podpatrzeliśmy od pewnego Pana z Azji jak zrobić selfie z użyciem kija, kamerki Go-Pro i smartfona.

Podejrzewamy, że upadki  z wysokości mogą się nasilać wraz z nasycaniem się rynku selfie-sticków 🙂

 

Dzień zakończyliśmy w jacuzzi, które było przy basenie naszego pola namiotowego. To był dobry dzień.

Reklamy