Z Miami polecieliśmy do Las Vegas. Nie pojechaliśmy tam jednak grać w kasynie (choć na automatach przepuściliśmy całe 2 dolary!), a zwiedzać okoliczne parki narodowe. LV, choć zbudowane na pustyni, ma bardzo dobrą lokalizację – 4 godziny jazdy samochodem od Grand Canyon, 2:30 do Zion, 2:30 Dolina Śmierci. Będąc w okolicy odhaczyliśmy jeszcze kanion Antelope (fantastyczny!) i Red Rock. Zrobiliśmy więc kawał zwiedzania.

Ten wpis poświęcimy na Grand Canyon, kolejne będą o Antelope, Zion, Red Rock, Death Valley i Yosemite (dwa ostatnie są już w Kaliforni). No i samo Las Vegas.

Nasze początki w LV były raczej średnie, musieliśmy dopłacić 50 dolarów za bagaż, bo najwidoczniej nie doczytaliśmy regulaminu przed zakupem biletu, choć wydawało nam się, że stało tam jak byk, że bagaż nie jest dodatkowo płatny. No, ale był, 25 od plecaka. Trudno, nie jest to majątek, budżet to wytrzyma. Następnym razem będziemy bardziej uważni. Po przylocie wynajęliśmy samochód (Hyundai Elantra, na mniejszym wypasie niż Mazda 3, ale ciągle nieźle) i pojechaliśmy do motelu, za który zapłaciliśmy jakieś 25 dolarów za noc (w tym 5 dolarów opłaty klimatycznej).

Skoro Sarasota nauczyła nas, że kempingi jednak trzeba rezerwować, ogarnęliśmy się i zrobiliśmy rezerwację na GC. Udało nam się wyhaczyć ostatnie (!) miejsce na polu namiotowym wewnątrz parku narodowego, wyłącznie na jedną noc. Wszystko zarezerwowane na parę tygodni wprzód. To, co nam przypadło, to pewnie jakaś anulacja. Nie wnikaliśmy, cieszyliśmy się, że nam się poszczęśliło. Cena 20 dolarów, czyli jak na USA – ok.

Dygresja: Jeśli ktoś będzie kiedyś zwiedzał PN w USA to radzimy nocować wewnątrz parku niż na obrzeżach. Kempingi w parkach są prowadzone przez NPS (National Park Service) i raczej nigdy nie kosztują więcej niż 20 dolarów. Z kolei te poza parkami, które są prywatne, potrafią kosztować nawet 70$/noc!

Wracając dwa wersy wyżej – następnego dnia po przylocie wyruszyliśmy do GC 🙂 W drodze z LV do GC mija się zaporę Hoovera.

Zapora Hoovera

Jak na dzisiejsze czasy, to tama nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia. Zwłaszcza, jak zestawi się ją z tamą Itaipu na granicy Brazylii i Paragwaju. Albo tamami, które mieliśmy okazje widzieć w Europie. Natomiast Zapora Hoovera powstała w latach 30. ubiegłego wieku i jak na tamte czasy była ogromnym przedsięwzięciem inżynieryjnym. Budowa trwała krótko, bo ledwie 5 lat (50 lat później Itaipu otworzono po parunastu latach budowy) i szybko stała się jedym z symboli USA. Zrobiliśmy sobie krótki przystanek, przeszliśmy się po zaporze i pojechaliśmy dalej.

Grand Canyon

W GC zrobiliśmy tylko South Rim. Na miejsce dotarliśmy około 16:00, rozstawiliśmy namiot i pojechaliśmy na krótki spacer, jakkolwiek to brzmi. Cóż, w Stanach bez samochodu ani rusz, nawet w parku.

Jarek postanowił zrobić sobie niespodziankę, zasłonił oczy i Justyna doprowadziła go za rękę do samego skraju kanionu. Serio, to jest szok. Czegoś takiego nie widzieliśmy jak żyjemy.

Kanion jest niewiarygodnie ogromny, choć to nie jest precyzyjne określenie. On się ciągnie po horyzont, poprzecinany kolejnymi dopływami rzeki Kolorado oraz nią samą. Nie jest on co prawda tak głęboki jak Colca w Peru, natomiast oba są nieporównywalne. Colca to po prostu długi, ultragłęboki rów, z górami z jednej i drugiej strony. GC jest z kolei ogromną, nierównomierną, czerwoną przestrzenią, która wręcz przytłacza.

Nie udało nam się niestety uchycić dobrze koloru, musicie nam uwierzyć na słowo, kanion jest czerwony jak cegła. O tym, że musimy lepiej wykalibrować ustawienia aparatu zorientowaliśmy się dopiero, jak zobaczyliśmy zdjęcia na komputerze. Na szczęście kolejne parki udało nam się już lepiej sfotografować.

Po powrocie zrobiliśmy ognisko i wypiliśmy co wzięliśmy z Vegas. Następnego dnia pojechaliśmy w inne miejsce, oddalone bardziej na północ. Równie widowiskowe. Choć może zdjęcia tego nie oddają 🙂

Naszym zdaniem 2 dni są wystarczające na zobaczenie South Rim, o ile ktoś nie planuje schodzenia na dno kanionu, base jumpingu, raftingu, lotu helikopterem, spaceru po moście ze szkła i innych atrakcji, które za odpowiednią opłatą można na miejscu wykupić.

W okolicy kanionu kręci się sporo jeleni, królików i wiewiórek, które zupełnie nie obawiają się ludzi. Wręcz chętnie podchodzą, oczekując czegoś do jedzenia. Karmienie dzikich zwierząt jest jednak surowo wzbronione, pod groźbą grzywny 5000$. Nie chcąc zrujnować naszego budżetu, ograniczyliśmy się jedynie do fotografowania.

Skoro jesteśmy przy pieniądzach – wejście do parku kosztuje 30$/samochód dla osób które nie mają karty America the Beautiful (annual pass). Jak wcześniej wspomnieliśmy, kupiliśmy ją w Kolumbii za 25 dolarów. Z dzisiejszej perspektywy bardzo doceniamy ten zakup, szybko się zwraca, zwłaszcza osobom które planują zobaczyć kilka PN.

Naszym kolejnym celem był kanion Antelope, 2 godziny drogi od GC. Ale to już materiał na następny wpis.

 

Reklamy